I skąd wiadomo, że niebo istnieje?, przebiegło Joannie przez myśl. Skąd wiadomo, że za drzwiami nie czai się tygrys albo coś gorszego? Przypomniała sobie głos Amelii, świadomy i pełen grozy: „O nie, o nie, o nie”.
— Jasne, że się będę bała — ciągnęła pani Woollam. — Nawet Jezus się bał. „Niech Mnie ominie ten kielich”, powiedział w ogrodzie, a na krzyżu wykrzyknął: „Eli, Eli, lema sabachthani?, to znaczy: Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?”.
Otworzyła Biblię i przewertowała stronice. Skóra na jej dłoniach była cienka jak kartki o krawędziach pokrytych złotem.
— Nawet w Psalmach nie napisano: „Chociażbym chodził ciemną doliną, śmierci się nie ulęknę”. Napisano… — Głos pani Woollam się zmienił, zaczęła mówić ciszej i nieco smutniej, jakby naprawdę wędrowała doliną. — „Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę”.
Zamknęła Biblię i przycisnęła ją do swojej ptasiej piersi jak tarczę.
— Bo Jezus będzie ze mną. „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”.
Uśmiechnęła się do Joanny.
— Ale nie przyszła pani wysłuchiwać kazań. Chciała pani rozmawiać o doświadczeniach granicznych. Co jeszcze chciałaby pani wiedzieć?
— Kiedy poprzednio zapadała pani w stan śmierci klinicznej, czy powroty zawsze wyglądały tak samo?
— Z wyjątkiem jednego razu. Wtedy znajdowałam się w tunelu i nagle zjawiłam się z powrotem na podłodze przy telefonie.
— Na podłodze?
— Tak. Paramedycy nie zdążyli jeszcze przyjechać.
— Czy powrót przebiegł szybko?
— Zgadza się — potwierdziła pani Woollam. Ponownie otworzyła Biblię i przez chwilę Joanna sądziła, że wysłucha fragmentu Pisma Świętego, na przykład: „w mgnieniu oka będziemy odmienieni”, lecz zamiast tego staruszka podniosła książkę i zamknęła ją z trzaskiem. — O tak.
— Opisała to jako gwałtowny proces, podobny do zatrzaskiwania książki. — Joanna wyjaśniła to Richardowi następnego dnia, kiedy oczekiwali na pana Sage’a. — Pani Davenport też wspomniała, że wracała niespodziewanie.
— Pani Davenport? — powtórzył z powątpiewaniem Richard.
— Wiem, wiem — przyznała Joanna. — Ona powie wszystko, co jej każe pan Mandrake. Ale jego nie interesuje sposób powrotu, a słowo „nagły” kilkakrotnie pojawia się w jej relacji. W obydwu wypadkach serca pacjentek spontanicznie wznowiły reakcję, bez interwencji medycznej.
— A co z twoimi pozostałymi rozmówcami? Czy istnieje związek między techniką przywrócenia ich do życia i sposobem powrotu?
— Sprawdzę to, gdy tylko zakończymy sesję pana Sage’a — obiecała.
— Spytaj go o rozciągnięcie czasu i powrót.
Joanna obowiązkowo wykonała polecenie Richarda, ale to niewiele pomogło. Po dwudziestu minutach borykania się z problemem rozciągnięcia czasu dała za wygraną i spytała:
— Może pan opisać, jak się pan obudził?
— Nie wiem — oznajmił pan Sage. — Po prostu się obudziłem.
— Tak jak się pan budzi na dźwięk budzika? — dopytywała się, a Richard posłał jej pytające spojrzenie.
Wiem, sugeruję odpowiedź, pomyślała. Porzuciłam wszelką nadzieję wydobycia z niego czegokolwiek bez podpowiadania.
— Na dźwięk budzika — powtórzyła — czy też tak, jak się pan budzi w sobotę rano, stopniowo.
— Pracuję w soboty — wyznał pan Sage.
Z ulgą poszła z powrotem do swojego gabinetu i przystąpiła do wyszukiwania przypadków nagłego powrotu, chociaż nie widziała związku między nimi a spontanicznym ocknięciem. „Abraham nakazał: Wracaj!, opowiadał pan Sameshima, i bum! w jednej chwili znalazłem się z powrotem na stole operacyjnym”. Kiedy jednak sprawdziła jego akta, okazało się, że przywołano go do życia po czterokrotnej defibrylacji. Z kolei pani Kantz, która po wypadku samochodowym samodzielnie zaczęła ponownie oddychać, stwierdziła: „Unosiłam się przez długi czas w takiej zamglonej przestrzeni”.
Do godziny czwartej Joanna zebrała wszystkie dostępne informacje. Drukując je, wysłuchała wiadomości nagranych na sekretarkę. Vielle chciała wiedzieć, czy zrobiła jakieś postępy w związku z doktorem Wrightem. Pan Wojakowski pytał, czy będzie potrzebny. Pani Haighton oznajmiła, że musi zmienić termin spotkania z powodu nagłego zebrania Klubu Wiosennych Przyjemności. Pan Mandrake. Do przewinięcia. Guadalupe: „Proszę o kontakt przy najbliższej okazji”.
Pewnie chce wiedzieć, czy wciąż interesuje mnie Carl Śpiączka, doszła do wniosku Joanna. Nie odwiedziłam go od wielu dni.
Zaniosła wydruk Richardowi, który ledwie rzucił na niego okiem, cały czas wpatrując się w skany, a potem udała się do Guadalupe. Pielęgniarka znajdowała się w pokoju Carla, oglądając informacje o nim na ekranie komputera. Joanna spojrzała na łóżko. Przechylono je pod kątem czterdziestu pięciu stopni, a podparty ze wszystkich stron poduszkami Carl wyglądał tak, jakby lada chwila miał się zsunąć nogami w dół. Nos i usta zakrywała mu przezroczysta, plastikowa maska tlenowa.
— Jak się miewa? — spytała Joanna Guadalupe, starając się mówić normalnym tonem.
— Nieszczególnie — szepnęła pielęgniarka. — Przez ostatnie dwa dni miał trudności z oddychaniem.
— Zapalenie płuc? — Joanna ściszyła głos.
— Jeszcze nie. — Guadalupe sprawdziła kroplówkę. Na stojaku wisiały dwie torebki więcej niż ostatnio.
— Gdzie jego żona? — zainteresowała się Joanna.
— Wyszła po coś do jedzenia. — Wystukała kilka cyfr na stojaku do kroplówki. — Przez cały dzień nic nie jadła, a bufet był zamknięty, kiedy tam poszła. Tak się zastanawiam, po co w ogóle otworzyli tu jakikolwiek bufet?
Joanna przyjrzała się pogrążonemu w ciszy Carlowi, leżącemu nieruchomo na pochylonym łóżku. Zastanawiała się, czy mógł je słyszeć, czy wiedział, że jego żona wyszła, a zjawiła się Joanna, czy też raczej znajdował się w pięknym, przepięknym ogrodzie, jak pani Woollam. Albo w ciemnym korytarzu z drzwiami po obu stronach.
— Powiedział coś? — Joanna spytała Guadalupe.
— Nie dzisiaj. Wymówił kilka słów podczas dyżuru Pam, ale ona twierdzi, że trudno było cokolwiek zrozumieć z powodu maski. — Pielęgniarka sięgnęła do kieszeni po kartkę papieru i wręczyła ją Joannie.
Carl ponownie jęknął i coś wymamrotał. Joanna zbliżyła się do łóżka.
— Co się stało, Carl? — spytała i podniosła jego bezwładną dłoń.
W trakcie tej czynności poczuła, jak poruszają się jego palce. Tak ją to zaskoczyło, że niemal puściła rękę chorego. Usłyszał mnie, pomyślała, stara się ze mną porozumieć. Dopiero po chwil i uświadomiła sobie, że to nieprawda.
— Drży — zwróciła się do Guadalupe.
— Nie przechodzi mu już od dwóch dni. Temperatura jest w normie.
Joanna podeszła do otworu nawiewu ogrzewanego powietrza w ścianie i podniosła rękę, żeby sprawdzić, czy działa. Poczuła słaby powiew ciepła.
— Czy jest tutaj termostat?
— Nie — odparła Guadalupe i skierowała się do drzwi. — Ma pani rację — dodała przed wyjściem. — Tutaj jest dość chłodno. Przyniosę jeszcze jeden koc.
Joanna siadła przy łóżku i przeczytała zapiski na kartce papieru, ofiarowanej jej przez pielęgniarkę. Widniały tam tylko pojedyncze słowa: „woda” oraz „zimno? ciemno?” ze znakami zapytania, a także „o rany”.