— Może pani opisać światło?
— Było piękne. — Spojrzała w górę i rozpostarła ręce. — Wszystko w nim błyszczało.
— Może pani opisać tunel?
— Panowały ciemności — zawahała się. — Przypominał korytarz. Tak jakby.
— Powiedziała pani, że przypominał. Czy wydawał się znajomy?
— Nie — odparła natychmiast. No tak, pomyślała Joanna. Zajrzała do swoich notatek, aby sprawdzić, czy czegoś nic przeoczyła.
— Miałam poczucie — wyjaśniała z przejęciem pani Isakson — że gdziekolwiek on jest, znajduje się daleko stąd. — To prawda, uznała Joanna, przypominając sobie przejście. Znajdowało się daleko stąd. Właśnie to miał na myśli Greg Menotti, kiedy mówił, że jest za daleko, aby jego dziewczyna tam przyszła.
Skłamałam Richardowi, przeszło jej przez myśl. Powtórzyłam mu tylko o trzech przypadkach skojarzenia, a były cztery. Zapomniałam o Gregu, mamroczącym: „Pięćdziesiąt osiem”. Kiedy to mówił, znów nabrała przekonania, że wie, co miał na myśli. To nie mogła być nadmierna stymulacja płata skroniowego. Wtedy jeszcze nie poddawała się eksperymentom. Nawet jeszcze nie znała Richarda.
— Dziękuję za pomoc — zwróciła się do pani Isakson i wyłączyła dyktafon. Wsunęła do kieszeni notatnik wraz z podpisaną zgodą na przeprowadzenie rozmowy, pożegnała się i wyszła z pokoju. Prosto na pana Mandrake’a.
— Pani doktor. — Wyglądał na zaskoczonego jej widokiem i złego, że ukradła mu pacjenta. — Rozmawiała pani z panią Isakson?
— Tak, właśnie skończyłyśmy — potwierdziła i szybko pomaszerowała korytarzem.
— Proszę zaczekać. — Zagrodził jej drogę. — Chciałbym omówić z panią kilka spraw.
Żeby tylko nie wiedział, że uczestniczę w eksperymentach, jęknęła w duchu Joanna i spojrzała tęsknie w stronę wind na końcu korytarza, ale nie miała szans — Mandrake dopadł ją między wózkiem zaopatrzeniowym a otwartymi drzwiami pokoju pani Isakson.
— Ogromnie jestem ciekaw, jak przebiegają badania prowadzone przez panią i doktora Wrighta.
Nie wątpię, odparła w myślach, zwłaszcza że straciłeś wszystkich swoich szpicli.
— Muszę przyznać, że poczułem rozczarowanie, kiedy powiedziała mi pani o swojej współpracy z doktorem Wrightem. Gdybym wiedział, że jest pani zainteresowana rozpoczęciem pracy w zespole, zaoferowałbym pani stanowisko asystentki, lecz, zawsze odnosiłem wrażenie, że woli pani pracować samodzielnie.
Winda cicho zadzwoniła, a Joanna spojrzała w jej stronę, modląc się, aby wysiadł ktoś, kogo zna. Ktokolwiek. Nawet pan Wojakowski.
— Tymczasem zdecydowała się pani na udział w tak wątpliwym projekcie badawczym! Pomyśleć, próby odtworzenia metafizycznego zjawiska fizycznymi środkami!
Drzwi windy się rozsunęły i ze środka wyłonił się masywny mężczyzna z dużą chryzantemą w doniczce.
— Wszystkie te tak zwane eksperymenty w jego wykonaniu sprowadzają się do wywołania wrażenia, że człowiek widzi światełka i się unosi. W żadnym wypadku uczestnicy nie dostrzegli aniołów ani duchów zmarłych. Widziała pani panią Davenport?
Czyżby zmarła?, przyszło Joannie do głowy. Zdumiała się, a potem rozbawiła. Właśnie tego mi trzeba, zobaczyć panią Davenport na końcu tunelu.
Pan Mandrake czekał na odpowiedź.
— Czy pani Davenport wciąż jest w szpitalu? — spytała. — Uznałam, że wróciła do domu.
— Niezupełnie. Ujawniło się kilka symptomów, których przyczyny są trudne do określenia, toteż lekarze zatrzymali ją na kilka dodatkowych badań — wyjaśnił. — W rezultacie udało mi się przeprowadzić z nią jeszcze parę rozmów i za każdym razem przypominały się jej nowe szczegóły związane z doświadczeniami granicznymi.
Jakżeby inaczej, pomyślała Joanna, opierając głowę o ścianę.
— Znam pani pogląd, że wywiady należy przeprowadzać niezwłocznie po zdarzeniu, ale odkryłem, że wspomnienia pacjentów ulegają poprawie z biegiem czasu. Choćby wczoraj pani Davenport przypomniała sobie, że Świetlisty Anioł uniósł dłoń i rzekł: „Ujrzyj”, a ona zobaczyła, że śmierć to nie śmierć, tylko przejście.
— Przejście? — powtórzyła Joanna i momentalnie tego pożałowała, ale na szczęście pan Mandrake najwyraźniej nic nie usłyszał.
Przejście na Tamtą Stronę, które ukazało się przed panią Davenport w całej chwale. A ona zapatrzyła się w piękno następnego życia, ujawniły się przed nią tajemnice przeszłości i przyszłości, a także zrozumiała sekrety kosmosu.
— Powiedziała, co to za sekrety?
— Oznajmiła, że słowami nie da się ich wyrazić. — Pan Mandrake sprawiał wrażenie zirytowanego. — Czy doktor Wright może odtworzyć takie objawienie w swoim laboratorium? Oczywiście, że nie. Takie objawienia pochodzą wyłącznie od Boga.
Albo od płata skroniowego, pomyślała Joanna. On ma rację. To są bez wyjątku symptomy aktywności płata skroniowego.
— „Więcej jest rzeczy w niebie i na ziemi, Horacjo, / Niż się ich śniło waszej filozofii” — zacytował pan Mandrake, a Joanna uznała, że takie zakończenie rozmowy jest równie dobre, jak każde inne.
— Muszę się spotkać z jeszcze jednym pacjentem, na piątym piętrze w zachodnim skrzydle. — Przecisnęła się obok pana Mandrake’a i podeszła do windy. Kiedy przyjechała, wcisnęła przycisk z siódemką, a gdy pojechała piętro wyżej, nacisnęła czwórkę. To go powinno zająć na jakiś czas, uznała, wysiadając na czwartym piętrze. Poza tym miała nadzieję, że uchroni w ten sposób biedną panią Isakson. Skierowała się w stronę schodów.
— Hej, pani doktor! — rozległ się krzyk za jej plecami.
Sama jestem sobie winna, stwierdziła w myślach. Mogłam się zastanowić, o co proszę.
— Co pan tu robi, panie Wojakowski? — Usiłowała się uśmiechnąć.
— Mój przyjaciel upadł i złamał sobie biodro — uradował się pan Wojakowski. — Idzie sobie na zajęcia z ceramiki, aż tu nagle ląduje na plecach. Przypomniała mi się bitwa na Morzu Koralowym, kiedy dostaliśmy bombą głębinową. Ja i Bud Roop byliśmy wtedy na pokładzie hangarowym i naprawialiśmy iskrownik w Wildcacie, i nagle oberwaliśmy. Jedno ze śmigieł odpadło i ścięło Budowi pół głowy. Trach! — Przesunął ręką w poprzek czoła. — Raz, dwa i po wszystkim. W jednej chwili wszystko w porządku, żuje gumę i gada ze mną — zawsze żuł gumę, blackjack, nie widziałem jej od lat — a w następnej nie ma połowy głowy. Nawet się nie zorientował, co go uderzyło. — Pan Wojakowski pokręcił głową. — Nie najgorsza śmierć. Lepsza, niż się szykuje mojemu przyjacielowi, o tam. — Wskazał kciukiem korytarz. — Rak, zastoinowa niewydolność serca, a jeszcze ta sprawa z biodrem. Wolałbym dostać bombą japońską, niż kończyć tak jak on, ale w sumie śmierci się nie wybiera, prawda?
— Prawda — potwierdziła Joanna.
— Tak czy owak, cieszę się, że na panią wpadłem — rozchmurzył się pan Wojakowski. — Próbowałem się z panią skontaktować, aby ustalić nowy termin.
— Wiem, proszę pana, ale rzecz w tym…
— Widzi pani, mam problem. Powiedziałem mojemu przyjacielowi w Aspen Gardens, że zapiszę się razem z nim na badania słuchu. Obiecałem mu to, zanim zgłosiłem się do tego eksperymentu i zapomniałem, co mu mówiłem, więc nagle się okazało, że uczestniczę w dwóch projektach badawczych. Spotkania z panią są o niebo ciekawsze, a mój słuch jest bez zastrzeżeń, poza lekkim dzwonieniem w jednym uchu. Dolega mi to od czasu Morza Koralowego, kiedy bomba rąbnęła tuż przed windą numer dwa i…
— Niemniej do tamtego badania zgłosił się pan najpierw. — Joanna uznała, że nie może czekać, aż pan Wojakowski wygłosi kolejną opowieść. — Zatem ono ma pierwszeństwo.