— Nie chcę wystawić państwa do wiatru.
— Proszę się nie martwić.
— To straszna rzecz wystawić przyjaciela do wiatru. Mówiłem pani o tym, jak Ratsy Fogle powiedział Artowi Blazaukasowi, że zgłosi się zamiast niego na wartę, bo Art chciał pójść spotkać się z krewniaczką na Maui?
— Tak — potwierdziła Joanna, lecz nic to nie dało. Musiała wysłuchać całej historii, a potem jeszcze jednej, o Jo-Jo Powersie, aż wreszcie pan Wojakowski dał jej spokój.
Poszła prosto do swojego gabinetu i została w nim, zajęta przeglądaniem przykładów niemożliwych do opisania objawień i niezwykłych mądrości, aż wreszcie nadszedł czas jej sesji, więc udała się do laboratorium, zabierając ze sobą wydruk.
Richard siedział przy pulpicie i wpatrywał się w skany.
— Gdzie byłaś? — spytał, nie odrywając oczu od monitora.
— Dyskutowałam na tematy filozoficzne z panem Mandrakiem — wyjaśniła. Wręczyła mu przyniesione kartki i poszła się przebrać w szpitalną koszulę. Gdy spojrzała na siebie w lustrze, przypomniało się jej, że nie poinformowała Richarda o sprawie Grega Menottiego. Kiedy tylko wyszła, zwróciła się do niego:
— Richard, pytałeś mnie, czy przytrafiły mi się jeszcze jakieś inne przypadki, oprócz…
— Witam wszystkich. — Do laboratorium wkroczyła Tish, wymachując kartką papieru. — Wiadomość z samej góry. — Wręczyła kartkę Richardowi.
— Co to ma być? — spytał.
— Wisiało na drzwiach.
— „Uwaga, do całego personelu szpitala” — odczytał głośno Richard. — „Ze względu na niedawną serię powiązanych z narkotykami zdarzeń na oddziale nagłych wypadków…” — Podniósł wzrok. — Jakich zdarzeń?
— Dwa postrzelenia i ugodzenie nożem — wytłumaczyła Joanna.
— Oraz atak z użyciem stojaka na kroplówkę — uzupełniła Tish, podłączając przewody z elektrodami do urządzenia kontrolnego.
— „…zdarzeń na oddziale nagłych wypadków” — ciągnął Richard — „cały personel jest proszony o podjęcie następujących środków ostrożności: Jeden. Należy zwracać szczególną uwagę na swoje otoczenie”.
— O tak, to bardzo pomoże, kiedy naćpany gangster zacznie wymachiwać pistoletem maszynowym — skomentowała Tish.
— „Dwa. Nie wolno wykonywać gwałtownych ruchów. Trzy. Należy zlokalizować wszystkie dostępne wyjścia”.
— Cztery. Nie pracować na oddziale nagłych wypadków — wtrąciła się Joanna.
— Trzymajcie mnie! — wykrzyknęła Tish. — Rada nadzorcza podjęła decyzję o zatrudnieniu dodatkowego ochroniarza. Powinni wynająć co najmniej dziesięciu. Jestem gotowa. — Joanna weszła na stół i położyła się na plecach. Tish przystąpiła do wsuwania podkładek pod jej krzyż i nogi.
— „Cztery” — odczytał Richard. — „Nie należy brać udziału w walce ani podejmować prób rozbrojenia pacjenta. Pięć”. — Zmiął kartkę w kulkę i wrzucił ją do śmieci.
— Jenni Lyons powiedziała mi, że przenosi się do Aurora Memorial — stwierdziła Tish, zawiązując gumową rurkę wokół ramienia Joanny. — Twierdzi, że tam mają przynajmniej wykrywacz metali. — Postukała palcem zgięcie w ręce Joanny, usiłując znaleźć żyłę.
Muszę jakoś wydostać stamtąd Vielle, pomyślała Joanna, podczas gdy Tish mocowała elektrody i nakładała jej słuchawki.
Muszę ją koniecznie przekonać do przeniesienia się, zanim będzie za późno, postanowiła i znalazła się w tunelu, lecz znacznie dalej od drzwi niż ostatnio. Tym razem drzwi były otwarte. Zza tych drzwi biło złote światło rozjaśniające połowę przejścia.
Nie widziała żadnych cieni ani oznak ruchu, nie dobiegały jej też żadne głosy. Stała nieruchomo, nasłuchując ich pomruku, a po chwili przyszło jej do głowy, że znowu to zrobiła. Znowu zapomniała wsłuchać się w dźwięk.
Ale kiedy tak stała w tunelu, nie miała żadnych wątpliwości, że dźwięk się rozległ. Dźwięk, przypominający — co? Ryk. Albo odgłos spadającego przedmiotu. Odczuła gwałtowną potrzebę, by się odwrócić i spojrzeć w głąb ciemnego przejścia, jakby to mogło jej pomóc zidentyfikować hałas, miała ochotę wrócić korytarzem w stronę źródła dźwięku.
Nie, nakazała sobie, i nie ruszyła się z miejsca, nawet nie odwróciła głowy. To cię skieruje z powrotem do laboratorium, pomyślała. Nie rób tego. Najpierw sprawdź, co się kryje za drzwiami. Ruszyła przed siebie.
Światło zdawało się jaśnieć w miarę, jak zbliżała się do drzwi, oświetlało ściany i drewnianą podłogę, przez którą korytarz wydawał się nieprawdopodobnie długi. Ściany były białe, podobnie jak drzwi, a kiedy podeszła do końca korytarza, dostrzegła na nich liczby.
A jeśli jedne z nich mają numer pięćdziesiąt osiem?, zastanowiła się, zacisnęła dłonie przy bokach i szła dalej. „C8” widniało na jednych drzwiach, zarówno litery jak i cyfry napisano złotą barwą, „C10, C12”. Światło stawało się coraz jaśniejsze.
Spodziewała się, że kiedy stanie przy drzwiach, zrobi się nieznośnie jasno, lecz nie, gdy się zbliżyła do końca korytarza, potrafiła dostrzec stojące tam postaci. Ubrane na biało osoby, promieniujące złotym światłem.
Anioły.
Rozdział 18
„Ogromnie się lękam podróży”.
Pierwsza myśl Joanny brzmiała: Anioły! Pan Mandrake się wścieknie.
Druga: Nie, nie anioły. Ludzie. Światło dobiegało spoza nich, oświetlało ich i otaczało złotą poświatą, zdawało się promieniować z nich i ich białych koszul. Nie, to nie były koszule, tylko białe suknie, których spódnice ciągnęły się po ziemi. Staromodne sukienki.
Zmarli krewni, osądziła Joanna, chociaż nie zebrali się przy drzwiach, w oczekiwaniu na powitanie jej po Tamtej Stronie. Kręcili się po okolicy lub tworzyli dwu-, trzyosobowe grupki, cicho mrucząc coś do siebie. Joanna podeszła bliżej do drzwi, usiłując podsłuchać, o czym mówią.
— Co się stało? — spytała młoda kobieta w długiej sukience z wysokim kołnierzem. Jej włosy spływały po plecach, sięgając niemal do talii.
Dawno zmarła krewna, stwierdziła Joanna, i starała się przyjrzeć mężczyźnie, z którym rozmawiała nieznajoma. Teraz on mówił, a jego głos okazał się zbyt cichy, aby cokolwiek usłyszała. Lekko zmrużyła oczy pod wpływem otaczającego go światła, jakby dzięki temu jego głos miał się stać wyraźniejszy. Wtedy spostrzegła, że ma białą marynarkę i sympatyczną twarz. Nieznaną twarz. Nie rozpoznawała też kobiety. Joanna nigdy wcześniej nie widziała żadnego z nich.
Młoda kobieta powiedziała jeszcze coś do mężczyzny, który skłonił się głęboko i odszedł do stojącej razem pary. Także ta druga kobieta była ubrana na biało, lecz włosy uczesała w kok. Miała białe dłonie: kiedy położyła jedną z nich na ręce swojego towarzysza, dłoń zamigotała. Mężczyzna nosił przystrzyżoną białą brodę, która wyglądała jak ze starego albumu ze zdjęciami, podobnie jak włosy kobiety, ale ich twarze były nieznajome. Jeśli to zmarli krewni, to na pewno nie moi, doszła do wniosku Joanna.
Kobieta z rozpuszczonymi włosami przemówiła do brodacza. Joanna zbliżyła się jeszcze o krok, niemal do samych drzwi, usiłując usłyszeć cokolwiek. Brodaty mężczyzna powiedział: „Nic, jestem pewien”.
Joanna posłała niespokojne spojrzenie w głąb przejścia. Właśnie to powiedział poprzednim razem, a następnie kobieta poskarżyła się: „Zimno mi” i Joanna ocknęła się ze śmierci klinicznej. Jeśli chciała sprawdzić swoją teorię, że powrotna droga korytarzem prowadziła do rzeczywistego świata, że cofnięcie się w głąb tunelu zakończyłoby doświadczenia graniczne, musiała to zrobić teraz, zanim sama się ocknie, ale chciała zostać i posłuchać, o czym oni mówią.