Выбрать главу

Pani Pekish zmarszczyła czoło, próbując się skoncentrować.

— To, co się zdarzyło.

— Może pani opowiedzieć mi o kilku takich zdarzeniach?

— Wszystko działo się bardzo szybko — zaprotestowała.

Badana wypowiadała się równie niejasno, kiedy mówiła o świetle. Nawet nie starała się zgadnąć, co przypominał dźwięk. Pani Grant przynajmniej próbowała:

— Zabrzmiał jak muzyka. — Uniosła pociągłą twarz, jakby ponownie wsłuchując się w jej brzmienie. — Niebiańska muzyka.

Pani Grant musiała być reanimowana podczas adoptywnej immunoterapii nowotworu, zastosowanej podczas leczenia raka płuc. Wypadły jej włosy, a twarz przybrała wygląd typowy dla zawansowanej fazy nowotworu i więźniów obozów koncentracyjnych. Joannę zdumiało, że pacjentka chętnie zaczęła opowiadać o swoich wspomnieniach i ochoczo podpisała formularz zgody na przeprowadzenie wywiadu — już ostatni, Joanna musiała wziąć więcej z gabinetu.

— Tam było pięknie — oznajmiła chora, zanim Joanna zdążyła o cokolwiek spytać. — Wszędzie wokół otaczało mnie światło i nie czułam strachu, tylko spokój.

Nie ulegało wątpliwości, że doznała klasycznej formy pozytywnych doświadczeń granicznych, które pan Mandrake uważał za dowód na istnienie nieba. Joanna nie potrafiła opanować zadowolenia.

— Stałam na progu drzwi, a za nimi widziałam piękne miejsce, całe w bieli i złocie, skąpane w błyszczącym świetle. Chciałam tam pójść, ale nie mogłam. Głos powiedział: „Nie możesz przejść na tę stronę”.

To zjawisko również zaliczało się do klasycznych. Osoby po doświadczeniach granicznych często wspominały o chęci przejścia na drugą stronę i o tym, że ktoś im tego zabraniał lub nie potrafiły pokonać bariery — bramy lub jakiegoś progu. Pani Jarvis, pierwsza pacjentka Joanny, stwierdziła: „Wiedziałam, że krainę żyjących od krainy umarłych dzielił most”, a pan Olivetti oświadczył: „Wiedziałem, że gdybym przeszedł przez bramę, nigdy bym nie powrócił”.

— A potem znalazłam się z powrotem tutaj — zakończyła pani Grant, wskazując na łóżko — i zobaczyłam, że wszyscy mnie ratują.

— Wspomniała pani o muzyce. Może pani powiedzieć coś bliższego na jej temat? Jakieś głosy? Instrumenty?

— Nie słyszałam głosów. Wokół grała tylko muzyka. Piękna, przepiękna muzyka.

— Kiedy ją pani słyszała?

— Przez cały czas, do samego końca — wyjaśniła pani Grant. — Wszędzie wokół siebie, otaczała mnie jak światło i uczucie spokoju.

— To chyba już wszystko. — Joanna zamknęła notatnik i wyciągnęła rękę, aby wyłączyć magnetofon.

— Co widzieli inni ludzie? — zainteresowała się pacjentka.

Joanna podniosła wzrok, zastanawiając się, czy ma przed sobą kolejnego pana Funderburka, pragnącego za wszelką cenę uzyskać jak najwięcej informacji.

— Zazwyczaj nie…

— Czy widzieli podobne miejsca, białe, złote i pełne światła? — dopytywała się pani Grant, a jej głos wydawał się bardziej napastliwy niż ciekawy. Joanna zerknęła na kroplówkę, zastanawiając się, jakie lekarstwo otrzymuje pacjentka.

— Widzieli? — nie ustępowała pani Grant.

— Tak, niektórzy badani wspominali o pięknym miejscu — odparła ostrożnie Joanna.

— A mówią, co się dzieje potem, jeśli się nie wróci? — W jej tonie pojawił się strach. Joanna rozważała możliwość wezwania pielęgniarki. — Czy ktokolwiek mówił o czymś złym, co mu się tam przytrafiło?

— Czy widziała pani cokolwiek, co panią przeraziło?

— Nie — zaprzeczyła, a potem ciągnęła, jakby pytanie Joanny podniosło ją na duchu. — Nie. Wszystko było piękne. Światło, muzyka i spokój. Nie czułam żadnego lęku, kiedy się tam znajdowałam, tylko spokój.

A potem strach, pomyślała Joanna, wracając do swojego gabinetu. „Jak możemy nie bać się śmierci?”, pytała pani Woollam. Joanna pchnęła drzwi, prowadzące do łącznika z drugim piętrem głównego budynku. Na dworze zrobiło się ciemno, w wielkich oknach odbijał się mrok. Która mogła być godzina? Spojrzała na zegarek. Wpół do siódmej, a wciąż miała wszystkie te relacje do spisania.

W oszklonym przejściu panował przejmujący chłód. Otuliła się swetrem i ruszyła przed siebie.

Stanęła. Coś w wyglądzie korytarza nasuwało jej skojarzenie z tunelem. Co takiego? Na pewno nie dźwięk wyłączanego grzejnika, gdyż nikt go tutaj nie włączał przez cały dzień, a zresztą cały czas słyszała niskie buczenie szpitalnej elektrowni.

Poza tym brak jej było wcześniejszego silnego przekonania, że coś wie. Teraz czuła się tak, jakby zobaczyła kogoś, kto przypominał jej inną osobę. Ten korytarz jest jak tunel, uznała. Tylko pod jakim względem? Korytarz był szerszy i wyższy niż przejście, które w dodatku zapełniały drzwi, a nie okna.

Nagle nabrała pewności, że to musi mieć związek z podłogą. Mimo to posadzka, po której stąpała, w niczym nie przypominała podłogi w tunelu. Tworzyły ją trudne do opisania szare płytki, pokryte różowymi i żółtymi kropkami.

Spoglądając na terakotę, doszła do wniosku, że nie chodzi o ten korytarz, tylko o inny, w tym samym szpitalu. Korytarz, którym szła. Tylko, że żaden z nich nie miał drewnianej podłogi. Łącznik między budynkami szpitala, usytuowany na pierwszym piętrze, wyłożono wykładziną, a te, które prowadziły do wschodniego skrzydła, pokryto kafelkami. Tylko budynek Instytutu Slopera był na tyle stary, aby znajdowała się w nim drewniana podłoga, lecz podziemne przejście, prowadzące do niego pod ulicą, zbudowano w całości z betonu.

To na pewno jeden z tych korytarzy, myślała, biegnąc przez pozostałą część przejścia, mijając drzwi i zmierzając dalej do windy. Właśnie rozsuwały się drzwi, a w środku nikogo nie było. Wcisnęła jedynkę i z zamkniętymi oczyma oparła się o ścianę. Usiłowała sobie przypomnieć, o który korytarz chodzi, próbowała wyobrazić sobie różne piętra. Łącznik między budynkami, usytuowany na drugim piętrze, wyłożono beżowymi płytkami i obniżono o pół stopnia w stosunku do korytarzy po przeciwnej stronie. Wykładzina w łączniku na pierwszym piętrze była niebieska, nie, niebieskozielona…

Nie powinnam tego robić, pomyślała Joanna i otworzyła oczy. Powinnam udać się prosto do laboratorium. Richard twierdził, że gdyby ponownie ogarnęło mnie poczucie, że kojarzą jakiś przedmiot lub miejsce, powinnam iść prosto do laboratorium, żeby mógł to uchwycić na skanerze RIPT. Wyciągnęła rękę, żeby wcisnąć przycisk z numerem pięć, lecz jej dłoń opadła. Nad drzwiami rozbłysła jedynka. Joanna energicznie pomaszerowała korytarzem do przejścia. Spojrzała na wytartą wykładzinę w kolorze ciemnofioletowym i od razu wiedziała, że nie o to jej chodzi.

No dobrze, wiedziałaś też, że wykładzina miała niebieskozielony kolor, pomyślała, skracając krok. Skąd wiesz, że te kompulsywne poszukiwania nie są wynikiem stymulacji płata skroniowego? Kiedy winda przyjechała, nacisnęła jednak „dwa” i wysiadła na drugim piętrze, aby sprawdzić łącznik z zachodnim skrzydłem.

Tę część szpitala w całości wyłożono nowymi wykładzinami w kolorze wrzosowoszarym, z narysowanymi na nich kolorowymi liniami, wskazującymi drogę do ambulatorium, kliniki urologicznej i pracowni rentgenologicznej. Linie prowadziły wzdłuż całej długości korytarza. Kiedyś usłyszała, jak jakaś pielęgniarka informuje pacjenta: „Proszę iść żółtą drogą”. To było tego dnia, kiedy wybrała się na skróty do Carla Śpiączki. Podążała czerwoną linią — co za zbieg okoliczności! — do ambulatorium, a następnie skręciła w lewo, w nadziei że nowe wykładziny nie pojawiły się jeszcze w korytarzu.