Выбрать главу

Jej nadzieje okazały się uzasadnione, lecz niestety, łącznik pomalowano. Na wpół otwarte drzwi, prowadzące na korytarz, zablokowano nie tylko żółtą taśmą, lecz w dodatku dwoma pomarańczowymi słupkami drogowymi. Gdy kręciła się przy zatarasowanym wejściu, usiłując zajrzeć przed drzwi, dostrzegła tylko, że całą podłogę wyłożono folią ochronną.

— Tędy pani nie przejdzie — wyjaśnił przypadkowy sanitariusz. — Trzeba wejść na czwarte piętro.

Stary dobry Szpital Miłosierdzia, pomyślała Joanna. Stąd nie da się tam dostać. Najbliższa winda znajdowała się daleko za ambulatorium. W tej sytuacji zdecydowała się pójść schodami, w nadziei że nie napotka nowych żółtych taśm ani farby. Nie napotkała i ku jej zdumieniu, wydział techniczny nie zdecydował się na remont obydwu łączników na raz.

Otworzyła drzwi i weszła do środka. Zanim zrobiła pięć kroków, nabrała pewności, że nie chodzi także o ten korytarz. Podłogę pokrywały czarno-białe kafelki, tworzące szachownicę. Płytki stykały się z drzwiami idealnie pod kątem prostym. Podobnie było w tunelu, pomyślała i cofnęła się, żeby spojrzeć na przeciwległy koniec korytarza. Łącznik się nie zakrzywiał. Dlaczego pomyślałam, że miałby się zakrzywiać? Rzędy czarnych i białych płytek widzianych z perspektywy zdawały się zwężać na końcu, przez co łącznik sprawiał wrażenie dłuższego niż w rzeczywistości. Tak jak tunel? Wydał się jej nieprawdopodobnie długi, lecz to mogło być złudzenie perspektywy.

Kucnęła na kolanach i zapatrzyła się w miejsce styku framugi drzwi z kafelkami. Może drewniane deski miały taki kształt, że w perspektywie stawały się węższe i sprawiały, że podłoga się zakrzywiała? Nie, nie zakrzywiała…

— Coś upadło? — spytał głos z góry.

Spojrzała tam. Barbara.

— Zdaje się, że ja, na głowę — wyjaśniła Joanna i wstała, otrzepując kolana rękoma. — Co pani tu robi?

Barbara wyciągnęła przed siebie dwie puszki pepsi i snickersa.

— Wszystkie automaty w naszym skrzydle wysiadły. To kolacja. Cieszę się, że panią spotykam. Chciałam przekazać, że Maisie Nellis znowu miała atak migotania komór.

— Wszystko z nią w porządku? — zaniepokoiła się Joanna.

Barbara potwierdziła, a serce Joanny ponownie zaczęło bić.

— Straciliśmy ją tylko na kilka sekund i nie wygląda na to, żeby doszło do jakichkolwiek poważniejszych uszkodzeń organizmu. Zostawiłam wiadomość na pani sekretarce.

— Od wczesnego rana nie byłam w gabinecie.

— Domyśliłam się. Gdyby stało się coś niedobrego, przesłałabym pani wiadomość na pager.

Wyłączyłam go, pomyślała z poczuciem winy Joanna.

— Tak czy owak, Maisie jest na górze, na oddziale intensywnej opieki kardiologicznej, i chce się z panią zobaczyć. Muszę wracać. — Obróciła rękę z dwiema puszkami pepsi, żeby spojrzeć na zegarek.

— Pójdę z panią — zaproponowała Joanna, otwierając drzwi na korytarz. — Może przyjmować gości?

— Jeśli nie śpi.

— Która właściwie godzina? — Joanna popatrzyła na zegarek, idąc obok Barbary. Za piętnaście dziewiąta. Ganiała obsesyjnie po całym szpitalu przez niemal dwie godziny, zapomniała o bożym świecie, podczas gdy Maisie…

Nagle bardzo mocno ogarnęło ją przekonanie, że rozwiązanie trapiącego ją problemu jest już blisko. Instynktownie spojrzała na podłogę, na koniec korytarza, lecz nie było tam drzwi, tylko rząd telefonów. To nie to. To musiało mieć związek z czymś, o czym przed chwilą myślała, z tym, że zapomniała o wszystkim, z wyłączeniem pagera, i…

— Wszystko w porządku? — Barbara wpatrywała się w nią z niepokojem. Joanna zdała sobie sprawę, że niespodziewanie stanęła w miejscu, trzymając rękę na brzuchu. — Maisie naprawdę dobrze się miewa, wcale nie chciałam tak pani wystraszyć. Wiem, jak bardzo jest pani do niej przywiązana. Czuje się dobrze, Kiedy wychodziłam, zarzucała Paulę opowieściami o Wezuwiuszu. Założę się, że pani też nie jadła kolacji. Proszę. — Barbara otworzyła jedną puszkę i wręczyła Joannie. — Poziom cukru w pani krwi jest pewnie jeszcze niższy od mojego. Ten bufet należałoby wysadzić w powietrze.

Znikło, równie niespodziewanie, jak się pojawiło, a gdyby teraz poszła prosto do laboratorium, ślady zdarzenia pojawiłyby się na monitorze skanera RIPT. Ale Joanna dzisiaj już raz zawiodła Maisie. Nie miała zamiaru tego powtarzać.

Z wdzięcznością przyjęła puszkę i pociągnęła łyk pepsi.

— Racja. Od rana nic nie jadłam. — Od razu poczuła się lepiej. Być może to tylko skutek niskiego poziomu cukru we krwi pomyślała, kiedy szły na pediatrię, połączony z troską o Maisie.

Z całą pewnością istniały powody do niepokoju.

— Lekarze nie potrafią utrzymać jej w stabilnym stanie — wyjaśniła Barbara, kiedy jechały windą. — Podają jej coraz silniejsze leki przeciwko arytmii, które wywierają bardzo silne skutki uboczne na wątrobę i nerki, lecz to i tak niewiele pomaga. Tylko pani Nellis zachowuje pogodę ducha i sądzi, że wszystko układa się świetnie, Maisie wraca do zdrowia, a jej ataki migotania to tylko przejściowe kłopoty. Tak to właśnie określiła. — Barbara nie potrafiła ukryć niechęci. — Przejściowe kłopoty.

Pan Wojakowski tak określiłby japońskiego zero lecącego na Yorktown. Albo wystrzeloną w niego torpedę.

Weszła na oddział intensywnej opieki kardiologicznej. Maisie spała, z przylepioną pod nosem rurką tlenową i elektrodami rozmieszczonymi na klatce piersiowej. Na stojaku do kroplówek wisiało niemal tyle torebek, co u pani Grant. Joanna przeszła na palcach kilka kroków w głąb częściowo pogrążonego w mroku pokoju i znieruchomiała na parę minut, wpatrując się w chorą. Nietrudno było się domyślić, skąd tym razem wzięło się poczucie strachu. Symulowanie umierania to jedno, a spojrzenie śmierci w oczy to zupełnie co innego.

Co widziałaś, dzieciaku, kiedy cię reanimowano?, spytała w myślach Joanna. Uchylone drzwi i ludzi ubranych na biało, którzy mówili: „Co się stało?”, „Zimno mi”? Mam nadzieję, że zobaczyłaś piękne miejsce, całe w złocie i w bieli, i że grała ci niebiańska muzyka, tak jak pani Grant. Nie, nie jak pani Grant. Jak pani Woollam. Obyś ujrzała ogród, zielony i biały.

Joanna przez dłuższy czas stała w ciemnościach, a potem poszła do swojego gabinetu. Barbarze powiedziała, że będzie w szpitalu przynajmniej do jedenastej i poprosiła o wiadomość na pager. Potem spisywała relacje z doświadczeń granicznych, a skończyła dopiero po północy. Cały czas czekała, aż odezwie się pager albo zadzwoni telefon.

Rankiem Maisie obudziła się równie radosna, co zawsze.

— Jutro wracam do swojego pokoju. Nienawidzę tego całego podawania tlenu — poskarżyła się Joannie. — Rurki wcale się nie trzymają w nosie. Gdzie pani była wczoraj? Mówiła pani, że mam opowiadać o swoich doświadczeniach granicznych zaraz po tym, jak się ocknę, żeby niczego nie zapomnieć i nie zmyślić.

— Co widziałaś? — spytała Joanna.

— Nic — odparła z niechęcią Maisie. — Tylko mgłę, tak samo jak ostatnio. Tyle że nieco rzadszą. Ale i tak nic więcej nie dostrzegłam. Za to coś słyszałam.

— Co takiego?

Maisie przybrała skupiony wyraz twarzy.

— Myślę, że to był wybuch.

— Wybuch.

— Tak, zupełnie jakby doszło do erupcji wulkanu, eksplodowała bomba albo coś takiego. Bum! — krzyknęła, rozkładając ręce.

— Ostrożnie. — Joanna z niepokojem spojrzała na kroplówkę w jej ręce.

Maisie ledwie zerknęła na tkwiącą w jej skórze igłę.