— Słyszałam wyjątkowo dziwny hałas — odparła.
Hałas, pomyślała Joanna. A zatem jednak rozlegał się jakiś dźwięk.
Mężczyzna w białej marynarce powiedział coś, lecz Joanna nie potrafiła tego zrozumieć, ani też nie dosłyszała odpowiedz1 kobiety. Poszła przed siebie, do drzwi i od razu lepiej widziała ludzi. Młoda kobieta nosiła płaszcz, narzucony na białą sukienkę, a przód białej marynarki mężczyzny zdobiły złote guziki. Kobieta w białych rękawiczkach włożyła krótką pelerynkę z białego futra.
— Tak, proszę pani — potwierdził mężczyzna, a Joanna uznała, że to służący, a jego biała marynarka to uniform.
— To brzmiało jak rozrywany materiał — stwierdziła młoda kobieta i podeszła do mężczyzny z białą brodą. — Słyszałeś to?
— Nie — odparł, a kobieta z upiętymi włosami spytała:
— Czy sądzisz, że doszło do wypadku?
Rękę w białej rękawiczce przyłożyła do szyi, przytulając się do futrzanej pelerynki, jakby marzła. To dlatego, że są na dworze pomyślała Joanna i usiłowała się rozejrzeć po okolicy, lecz światło dobiegało spoza miejsca, gdzie stali ludzie, więc nie widziała niczego poza białą ścianą, przy której się zgromadzili. Opuściła wzrok na podłogę. Wykonano ją z drewna, przypominała podłogę w korytarzu, lecz nie była nawoskowana. Coś w rodzaju ganku stwierdziła Joanna, może patio.
— Jest tak zimno — poskarżyła się młoda kobieta, starannie otulając się płaszczem. Nic dziwnego, że marznie, pomyślała Joanna, spoglądając na jej sukienkę pod rozchylonym płaszczem. Uszyto ją z cienkiego muślinu, stanowczo zbyt lekkiego, jak na taką pogodę. Sukienka sięgała kobiecie do stóp, jak koszula nocna.
— Sprawdzę, co się stało — oznajmił brodacz, ubrany w garnitur wieczorowy, sztywną nakrochmaloną białą koszulę i białą muchę. Skinął władczo głową w stronę służącego, który podszedł pośpiesznie.
— Tak, proszę pana?
— Co się stało? Dlaczego stanęliśmy?
— Nie wiem, proszę pana. To może mieć związek z mechaniką. Jestem pewien, że nie ma powodu do niepokoju.
— Idź poszukać pana Briarleya — rozkazał brodacz. — On będzie wiedział, co się stało.
— Tak jest, proszę pana — potwierdził służący. Znikł w świetle.
— Pan Briarley wszystko nam wyjaśni. — Brodacz zwrócił się do kobiet. — Tymczasem panie powinny wracać do środka, gdzie jest cieplej.
Tak, pomyślała Joanna, do środka, gdzie jest cieplej, i znalazła się z powrotem w laboratorium, w którym krzątała się Tish.
— Nie wracała pani latami — odezwała się z przyganą w głosie pielęgniarka, mierząc jej ciśnienie. Spisała wyniki Joanny na karcie, zdjęła elektrody, odłączyła kroplówkę, co kilka minut spoglądając na zegarek.
— W porządku — oświadczyła w końcu. — Może pani usiąść.
— Z całą pewnością rozległ się dźwięk — oznajmiła Joanna, kiedy podszedł do niej Richard. — Jedna z kobiet go słyszała. Powiedziała, że przypominał odgłos rozrywanego materiału.
— Czy może pan odstawić resztę rzeczy? — spytała Tish, chowając kroplówkę. — I tak jestem już spóźniona.
— Tak — odparł Richard. — A co z upływem czasu? Jak długo tam byłaś?
— Jakieś dziesięć minut. Przez ten czas ludzie za drzwiami i rozmawiali, i z całą pewnością znajdowali się na dworze. Mężczyzna z białą brodą powiedział: „Panie powinny wracać do środka, gdzie jest cieplej”. Rozmawiali o hałasie, a następnie mężczyzna z brodą kazał służącemu dowiedzieć się, co się stało.
— Służącemu? — zdziwił się Richard.
— Idę — oświadczyła Tish. — O której jutro?
— O dziesiątej — wyjaśnił Richard i Tish wyszła. — Jeden z nich był służącym?
— Tak. Widziałam złote guziki na jego uniformie, a także haft na białej sukience kobiety, tylko że to nie była sukienka. To była koszula nocna. Narzuciła na nią płaszcz… — Zachmurzyła się, przypomniawszy sobie, jak kobieta się otulała. — Nie, nie płaszcz, raczej koc, bo…
Nagle zamilkła, głośno oddychając.
— Mój Boże — szepnęła. — Wiem, co to jest.
CZĘŚĆ DRUGA
„Czy sądzisz, że śmierć może być łodzią?”
Rozdział 19
„Vancouver! Vancouver! Zaczęło się!”
— Wiesz, co to jest? — spytał bez entuzjazmu Richard, przekonany, że Joanna nie może wiedzieć. Poczucie rozpoznawania czegoś, kształtujące się w płacie skroniowym, nie było niczym innym, jak tylko właśnie przekonaniem, nie wiązało się z żadną konkretną treścią. Niemniej Joanna najwyraźniej sądziła, że wie. Jej głos przepełniało zdumione podniecenie.
— Wszystko się zgadza — wyjaśniła. — Podłoga, chłód, koc, a nawet przekonanie, że nie powinnam była wyłączać pagera, że stało się coś strasznego, o czym powinnam wiedzieć. Wszystko się zgadza. — Spojrzała na Richarda promiennym wzrokiem. — Mówiłam ci, że poznawałam to miejsce, lecz nigdy tam nie byłam, i miałam rację. Mówiłam ci, że wiem, co to jest.
Richard niemalże odczuł lęk przed zadaniem jej pytania: „No dobrze, co to jest?” Gdyby to zrobił, Joanna przybrałaby zdumiony wyraz twarzy albo rozzłościłaby się, albo i jedno, i drugie. Właśnie tak się zachowywała przez ostatnie dwa tygodnie, gdy ją pytał. To zdumiewające, jak silne jest poczucie wiedzy, związane ze stymulacją płata skroniowego, nawet u kogoś takiego, jak Joanna, rozumiejąca przyczyny tego zjawiska, wiedząca, że jest ono sztucznie wywoływane.
— Mówiłam ci, że dźwięk to nie dźwięk, tylko odgłos czegoś wyłączanego, i miałam rację. Właśnie to ich obudziło, wyłączanie silników. Mało kto usłyszał kolizję. I wtedy wyszli na pokład, żeby sprawdzić, co się stało…
— Na pokład?
— Tak, i było przenikliwie zimno. Większość ludzi po prostu narzuciła na piżamy płaszcze lub koce. Minęła już północ i prawie wszyscy położyli się spać. Oprócz kobiety z upiętymi włosami. Ona i jej mąż musieli być przez cały czas na nogach. Mieli na sobie wieczorowe ubrania. — Joanna zamyśliła się, jakby dopasowując w myślach elementy łamigłówki. — Właśnie dlatego nosiła białe rękawiczki.
— Joanna…
— Korytarz na drugim piętrze jest wgłębiony, a stopień na jego końcu sprawia wrażenie, jakby podłoga się zakrzywiała do góry. I jeszcze ten twój fartuch.
— Joanno, to, co mówisz, nie ma sensu…
— Oczywiście, że ma. Palacz zaszedł Jacka Phillipsa od tyłu i usiłował zerwać z niego kamizelkę ratunkową, a on niczego nie zauważył. Tak bardzo skoncentrował się na nadawaniu sygnału SOS, i jeszcze…
— SOS? Kamizelki ratunkowe? — wykrzyknął Richard. — Joanno, o czym ty mówisz?
— Mówię, co to jest — wyjaśniła. — Powiedziałam przecież, że wiem co to jest, więc ci tłumaczę.
— I co to takiego?
— Wiedziałam, że to ma coś wspólnego ze słowem pałac. Właśnie tak go nazywano, pływającym pałacem.
— Co tak nazywano?
— Titanica.
Odpowiedź Joanny go zdumiała, choć zdziwiłoby go każde konkretne wyjaśnienie. Przez chwilę po prostu się w nią wpatrywał.