Szkoła znacznie się rozbudowała od czasów Joanny. Obeszła długie skrzydło, zakończone nowym audytorium, i wreszcie dotarła do frontowych drzwi. Obok nich wisiała tabliczka z napisem „Liceum w Dry Creek” oraz skaczący tygrys w szkarłatne-złote pasy.
Szkarłatno-złote, przeszło Joannie przez myśl, i nagle przypomniała sobie Sarah Dix oraz Lisę Meinecke w strojach czirliderek, wchodzące do klasy w połowie lekcji. Pan Briarley odłożył wówczas podręcznik na biurko i spytał:
— Gdzie Assyrczycy?
— Jacy Assyrczycy? — Lisa i Sarah spojrzały na siebie zaskoczone.
— Wasz hufiec. „Assyrczyk na Judeę jako wilk się miota, Huf jego od szkarłatu połyska i złota”* [George Gordon Byron, Klęska Sennacheryba, op. cit.] — wyrecytował pan Briarley, wskazując na krótkie spódniczki ze szkarłatno-złotymi plisami.
Wiedziałam, że to ma jakiś związek z liceum, zatriumfowała Joanna. Richard się myli. To wspomnienie ma treść. Ono coś oznacza, a pan Briarley zna wyjaśnienie. Otworzyła jedno skrzydło podwójnych drzwi i weszła na korytarz wyłożony złotą wykładziną. Na trzy poziomy szkoły można było dotrzeć po szerokich drewniano-stalowych schodach, prowadzących do góry i na dół. Przy wejściu stała bramka do wykrywania metali.
Przy urządzeniu stał ochroniarz w mundurze i czytał książkę W niebezpieczeństwie. Po wejściu Joanny odłożył lekturę i włączył wykrywacz.
— Przepraszam, gdzie znajdę sekretariat? — spytała.
Strażnik w milczeniu pokazał jej torebkę. Wręczyła mu ją, wyobrażając sobie podobny system zabezpieczeń na oddziale wypadków, a potem zastanawiając się, w jaki sposób sanitariusze mogliby przewieźć przez bramkę metalowy wózek No dobrze, może wykrywacz metali się nie nadawał, ale coś należało tam zainstalować.
Ochroniarz rozpiął torebkę, po kolei przeszukał wszystkie przegródki i zwrócił Joannie jej własność.
— Szukam nauczyciela, który pracował tutaj, kiedy chodziłam do szkoły. Pana Briarleya.
Strażnik nakazał Joannie przejść przez bramkę.
— Pójdzie pani na górę tymi schodami i skręci w lewo — wyjaśnił i podniósł książkę.
Tam znajdę pana Briarleya? Joanna zdumiała się, wspinając się po schodach, ale oczywiście ochroniarzowi nie chodziło o nauczyciela, tylko o sekretariat. Szerokie oszklone pomieszczenie w niczym nie przypominało zapamiętanej przez nią ciasnej nory sekretariatu dyrektora. Na szybie wisiała umocowana taśmą samoprzylepną kartka z napisem: „Przed wejściem do budynku wszyscy odwiedzający muszą uzyskać przepustkę”.
Joanna weszła do środka.
— Słucham panią — odezwała się siedząca przy komputerze kobieta w średnim wieku.
— Szukam pana Briarleya — wyjaśniła Joanna, a na widok pytającego spojrzenia kobiety dodała: — On tutaj uczy.
Kobieta podeszła do blatu i przejrzała zafoliowaną listę.
— Nie pracuje u nas żadna osoba o takim nazwisku.
Joanna nawet nie brała pod uwagę takiej ewentualności.
— Nie wie pani, czy się przeprowadził, czy może przeszedł na emeryturę?
Kobieta pokręciła głową.
— Pracuję tu zaledwie od roku. Może pani sprawdzi w administracji.
— A gdzie jest administracja?
— Na Bannock Street czterdzieści pięć dwadzieścia dwa. Ale o czwartej kończą pracę.
Joanna spojrzała na zegar ścienny nad głową kobiety. Wskazywał za pięć czwarta.
— A może jakiś inny nauczyciel, który tutaj pracował razem z panem Briarleyem? — Joanna z całych sił usiłowała sobie przypomnieć nazwiska swoich pedagogów. — Może pan Hobert? Albo pani Husted? — Jak się nazywał jej pan od WF, ten, którego wszyscy nienawidzili? Jakiś kolor. Pan Green? Pan Black? — A może pan Black?
Kobieta przejrzała listę.
— Niestety. Przykro mi.
— W takim razie nauczyciel angielskiego. Pan Briarley uczył w klasie maturalnej. Kto się tym teraz zajmuje?
— Pani Forrestal, ale już wyszła.
— Może mi pani podać jej domowy numer telefonu?
— Nie jestem upoważniona do przekazywania takich informacji. Proponuję, aby skontaktowała się pani z administracją. Jest czynna od dziesiątej — wyjaśniła i wróciła do komputera.
— Dziękuję. — Joanna wyszła na korytarz. I co teraz?, zastanowiła się, kierując się ku schodom. Administracja jest nieczynna do jutra do dziesiątej, a tam mogła się dowiedzieć dokładnie tego samego: że nie są upoważnieni do przekazywania takich informacji.
Zeszła po schodach do wyjścia. Pogrążony w lekturze ochroniarz nawet nie podniósł głowy. Będzie musiała przyjść jutro, podczas lekcji, i spotkać się z panią Forrestal — o ile w sekretariacie wydadzą jej przepustkę. Poza tym nie miała żadnych gwarancji, że pani Forrestal dysponuje adresem pana Briarleya. Albo że udostępni go Joannie. Muszę pochodzić po korytarzach i porozmawiać z nauczycielami, aż wreszcie znajdę kogoś, kto go znał, zadecydowała Joanna.
Zatrzymała się z ręką na poręczy i spojrzała na ochroniarza. Wciąż jej nie widział. Po cichu weszła z powrotem na górę, żałując, że sekretariat jest całkowicie oszklony. Na szczęście kobieta, z którą rozmawiała, wciąż siedziała przy komputerze i coś pisała. Joanna szybko przeszła pod oknami i dotarła do klatki schodowej na przeciwległym końcu korytarza. To żałosne, pomyślała, gdy wbiegała po schodach. Złapią cię i wyrzucą z budynku. Albo gorzej, poprawiła się, przypominając sobie kaburę pod pachą ochroniarza.
Kiedy zatrzymała się na szczycie schodów, aby złapać oddech, nie słyszała ani krzyków, ani wrzasków, ani nawet odgłosu kroków za sobą. Wyszła na korytarz. Klasy od angielskiego znajdowały się na północnym krańcu szkoły, na pierwszym piętrze. Weszła piętro wyżej i ruszyła korytarzem, poszukując czegoś znajomego.
Licea najwyraźniej projektowali ci sami architekci, co Szpital Miłosierdzia. Wszędzie rozciągały się łączniki między skrzydłami i korytarze pełne szafek. Jednakowe hole różniły się od siebie wyłącznie wiszącymi na ścianach plakatami, które od czasów Joanny wyraźnie się zmieniły. Znikły wycięte serca, reklamujące potańcówkę walentynkową lub sprzedaż ciast wykonanych przez drugoklasistów. Na wszystkich widniały numery gorących linii w sprawie gwałtu lub informacje o oznakach anoreksji albo tendencji samobójczych. „Znasz kogoś zagrożonego?”, pytało kilka plakatów.
Drzwi do większości sal były zamknięte. Zajrzała przez jedne z nielicznych otwartych, lecz nikogo w środku nie zobaczyła. Korytarz niespodziewanie skręcał pod kątem prostym obok plakatu piętnującego jazdę po alkoholu: „Możesz uratować życie!” Weszła po czterech schodkach i znowu skręciła. Joanna nie miała pojęcia, gdzie się znalazła, a w pobliżu nie dostrzegła nikogo, kto mógłby jej wyjaśnić, dokąd powinna iść. Korytarze świeciły pustkami.
To dlatego, że ludzie nie mogą wejść do środka, pomyślała Joanna, naciskając klamki pozamykanych na klucz drzwi. Korytarz kończył się klatką schodową z jasnoniebieskim transparentem z pytaniem: „Potrzebujesz pomocy?” Joanna zdecydowała się zejść niżej i znalazła się przed salą orkiestry. W środku stało zniszczone pianino, otoczone półkolem krzeseł i stojaków na nuty. Pod ścianą ktoś postawił tubę.
— Przepraszam bardzo. — Joanna zwróciła się do łysiejącego mężczyzny z nadwagą, porządkującego nuty na pianinie. Nie znała go, lecz wyglądał na osobę w odpowiednim wieku, aby pamiętać pana Briarleya. Poza tym sprawiał wrażenie pogodnego. — Szukam pana Briarleya. Kiedyś uczył tutaj angielskiego. Zastanawiałam się, czy może wie pan, jak mogłabym się z nim skontaktować, panie…