Выбрать главу

— Crenshaw. Ma pani przepustkę? — Spojrzał wymownie na kołnierz jej swetra.

— Nie — odparła Joanna i pośpiesznie dodała: — Widzi pan, lekcje angielskiego w mojej klasie maturalnej prowadził właśnie pan Briarley. Był moim ulubionym nauczycielem i chciałam…

— Nikt nie może przebywać na terenie szkoły bez ważnej przepustki. — Pan Crenshaw nadal surowo się wpatrywał w jej klatkę piersiową. — Tak głosi regulamin.

— Ja tylko… — zaczęła Joanna, lecz pan Crenshaw zdążył już otworzyć drzwi.

— Nie ma pani tutaj czego szukać. Proszę wrócić do sekretariatu i się zarejestrować. Pójdzie pani tym korytarzem — pokazał palcem — potem skręci w prawo, zejdzie schodami i znowu skręci w prawo. — Wskazał jej drzwi. — Wolałbym uniknąć konieczności wzywania ochrony.

Skrzyżował ręce na ramionach i wpatrywał się w nią cały czas, gdy odchodziła korytarzem, a potem skręcała w prawo.

Miał rację w jednej sprawie — nie miała tutaj czego szukać. Szukała w niewłaściwym miejscu. Pana Briarleya tu nie było i doskonale wiedziała, dlaczego zrezygnował z pracy. Mogła sobie wyobrazić jego reakcję na przepustki i wykrywacze metali.

Skręciła w prawo i przeszła korytarzem, lecz nie zauważyła żadnych schodów. Korytarz rozdwajał się na boki. Pan Crenshaw powiedział, aby iść w prawo, więc poszła w prawo i doszła do drzwi oznaczonych napisem: „Wyjście ewakuacyjne. Uwaga, alarm”. Wróciła i skierowała się w lewą odnogę korytarza, zastanawiając się, o której godzinie zamykają główne wejście.

Krążyła po prawdziwym labiryncie, takim, w którym można się zgubić na zawsze. Zapragnęła spotkać innego pana Crenshawa, który nakaże jej opuścić budynek. Przynajmniej poprosiłaby o odprowadzenie do wyjścia. W klasach nie zauważyła jednak nikogo. Wszystkie drzwi pozamykano na klucz.

Ten korytarz również okazał się ślepy. Na jego końcu znajdował się oszklony pokój. Gabinet zastępcy dyrektora? Nie, jego gabinet znajdował się w połowie korytarza. Biblioteka, pomyślała, rozpoznając pomieszczenie, pomimo napisu: „Centrum zasobów multimedialnych”. Tam, gdzie wcześniej stały stoliki, teraz ustawiono komputery. Nie widziała też żadnych książek, a mimo to miała przed sobą tę samą bibliotekę. Oznaczało to, że znalazła się na południowym krańcu budynku, w punkcie najbardziej oddalonym od sal języka angielskiego.

Ale przynajmniej znała to miejsce, a drzwi były otwarte. Zdjęła kardigan, przewiesiła go przez rękę, aby bibliotekarka uznała, że przepustka jest ukryta w swetrze, i weszła do środka. Bibliotekarka była młodsza niż Joanna, lecz przynajmniej nie wbiła od razu wzroku w jej klatkę piersiową.

— Zamykamy — oznajmiła na powitanie. — Czy mogę w czymś pomóc?

— Wątpię — odparła Joanna, dochodząc do wniosku, że powinna od razu spytać o drogę do sekretariatu. I poprosić o mapę. — Szukam pana Briarleya. Kiedyś uczył tutaj angielskiego w klasach maturalnych.

— A tak, pan Briarley — potwierdziła bibliotekarka. — Mój mąż chodził tutaj do szkoły. Miał z nim lekcje. Nie cierpiał go.

— Nie wie pani, gdzie można go znaleźć?

— Skąd. Kiedy zaczęłam tutaj pracować, już go nie było. Wydaje mi się, że ktoś kiedyś wspomniał, że umarł.

Umarł. Jakoś nigdy nie wzięła pod uwagę takiej ewentualności, co było dziwne, zważywszy na to, że wciąż zajmowała się śmiercią.

— Jest pani pewna?

— Chwileczkę — rzekła bibliotekarka i podeszła do półek. — Myra? To nie ty mi mówiłaś, że pan Briarley zmarł? Ten nauczyciel angielskiego?

Zza półek wyłoniła się siwa kobieta ze stosem książek przyciśniętym do piersi.

— Pan Briarley? Nie. Przeszedł na emeryturę.

— Nie orientuje się pani, jak można się z nim skontaktować? — dopytywała się Joanna. — Czy zna pani kogoś, kto mógłby udostępnić mi jego adres?

Kobieta pokręciła głową.

— Wszyscy, którzy mogliby to wiedzieć, już odeszli. Trzy lata temu rada miasta zaproponowała im przejście na wcześniejszą emeryturę i wszyscy o stażu pracy dłuższym niż dwadzieścia lat przyjęli propozycję.

— I właśnie wtedy pan Briarley przeszedł na emeryturę? Trzy lata temu?

— Nie, jeszcze wcześniej. Nie wiem kiedy.

— No cóż, dziękuję pani bardzo. — Joanna wyciągnęła z kieszeni swoją wizytówkę i wręczyła kobiecie. — Jeśli przypomni pani sobie o kimś, kto mógłby wiedzieć, jak znaleźć pana Briarleya, proszę o telefon pod ten numer.

— Wątpię, czy jest ktoś taki. — Myra schowała wizytówkę do kieszeni, nawet na nią nie patrząc.

Joanna podeszła do drzwi. Młoda bibliotekarka już zamykała. Przekręciła klucz, aby wypuścić Joannę.

— Czy dowiedziała się pani czegoś?

Joanna pokręciła przecząco głową.

— Kiedyś mieszkał przy uniwersytecie. Przy jakiejś okazji mój mąż pokazał mi jego dom.

Pager Joanny zaczął piszczeć. Nie teraz, pomyślała, grzebiąc w torbie. Wyciągnęła urządzenie i je wyłączyła.

— Pani mąż pokazał pani, gdzie jest dom pana Briarleya?

Bibliotekarka przytaknęła z uśmiechem.

— Na dzień przed rozdaniem świadectw maturalnych mój mąż podkradł się tam wieczorem razem ze swoimi przyjaciółmi i obrzucił jego dom jajami.

— Pamięta pani adres? — dopytywała się gorączkowo Joanna.

— Nie. Nie pamiętam też nazwy ulicy. To było tuż obok parku z obserwatorium.

— Pamięta pani. jak wyglądał budynek?

— Był zielony. — Bibliotekarka przymknęła oczy w zamyśleniu. — Albo biały z zielonymi elementami. Nie przypominani sobie. Na podwórku rosła wierzba płacząca. O ile się nie mylę, budynek stał od zachodu.

— Bardzo pani dziękuję. — Wyszła, ale zanim bibliotekarka za nią zamknęła, Joanna odwróciła się i wsunęła dłoń w drzwi. — Jedną chwilę. Jeszcze tylko krótkie pytanie. Czy po otwarciu drzwi na dwór uruchamia się alarm?

— Nie — zaprzeczyła zaskoczona bibliotekarka. Joanna przeszła korytarzem i wyszła na zewnątrz pierwszymi drzwiami, które napotkała. Wciąż padał śnieg, a ona znalazła się oczywiście po przeciwnej stronie budynku niż samochód, ale to nie miało znaczenia. Wiedziała, gdzie mieszka pan Briarley. Przy uniwersytecie. Park z obserwatorium. Nie znała nazwy ulicy, ale wiedziała, gdzie jest ten park, a obserwatorium można było zobaczyć z Evans.

Pojechała do uniwersytetu i skręciła na północ. Dom z zielonymi elementami i płaczącą wierzbą na podwórzu. Chyba że go przemalowano. Albo wierzba uschła. Albo zmarł pan Briarley.,,Wydaje mi się, że ktoś kiedyś wspomniał, że umarł”, powiedziała bibliotekarka. Co prawda tą osobą nie była Myra, lecz mogła usłyszeć tę informację od kogoś innego. Kiedy Joanna chodziła na jego lekcje, był mężczyzną w średnim wieku, a minęło przeszło dziesięć lat. Możliwe, że przeszedł na emeryturę z powodu choroby. Albo rok później zachorował i umarł.

Mógł się też wyprowadzić, pomyślała i skręciła na wschód do Iwans. Zaglądała w boczne uliczki, usiłując wypatrzyć park. Jeszcze kilka lat temu w tej dzielnicy mieszkali ludzie zamożni, lecz teraz wiele domów podzielono na mieszkania. Na niemal każdym podwórku stała tablica z napisem: „Mieszkanie do wynajęcia”. Wszystko wskazywało na to, że park zlikwidowano.

Nie, jednak nie. Kopuła obserwatorium nadal znajdowała się na końcu parku, lecz przy domu na rogu ustawiono tabliczkę „Do wynajęcia”. Przed budynkiem stał zardzewiały cadillac.