Выбрать главу

Dostrzegła park zbyt późno. Podjechała do następnej ulicy, skręciła na południe i zawróciła, wypatrując wierzby i żałując, że nie spytała bibliotekarki, czy dom stał na obrzeżach kwartału czy gdzieś w środku.

Zielony dom z wierzbą. Najprawdopodobniej oznaczało to jednopiętrowy ceglany budynek z dziką jabłonią. Albo chodziło o zupełnie innego nauczyciela. „Mój mąż go nie cierpiał!”, przyznała bibliotekarka, co nie pasowało do pana Briarleya. Bywał sarkastyczny, a jego klasówki zawsze sprawiały trudności, lecz uczniowie raczej go lubili. Uwielbiał go nawet Ricky Inman, którego niewyparzony język wpędzał go w kłopoty przynajmniej dwa razy w półroczu. Powszechnie nienawidzono pana Browna.

Właśnie tak się nazywał nauczyciel WF, pan Brown, a nie Black. Nic dziwnego, że sekretarka nigdy o nim nie słyszała. To dowód na zawodność pamięci. Dom wskazany przez męża bibliotekarki może stać za jakimś magazynem albo kawiarnią Starbucks, w otoczeniu jodeł.

Zawróciła do Fillmore. Pan Brown. Jeśli poszukiwania domu spełzną na niczym, może sprawdzić, czy pan Brown wciąż pracuje w liceum. Mawiał, że nigdy nie przejdzie na emeryturę, groził, że będą go musieli wynieść ze szkoły nogami do przodu. Z całą pewnością tam jeszcze będzie.

Dom stał na swoim miejscu, pośrodku kwartału. Był to dwupiętrowy budynek z szerokim gankiem. Joanna zatrzymała samochód przy krawężniku. Dom pomalowano na jasnozielony kolor, a przed wejściem stała najprawdziwsza wierzba. Pod warstwą śniegu wyglądała jak biała fontanna.

To nie oznacza, że pan Briarley wciąż tu mieszka, myślała Joanna, wysiadając z samochodu i idąc chodnikiem. Wiele wskazywało na to, że jej poszukiwania zakończyły się porażką. Na ganku stał rower, a kiedy zadzwoniła do drzwi, otworzyła jej dziewczyna w dżinsach i cienkiej flanelowej koszuli. Nie nosiła obuwia i miała krótkie jasne włosy, takie same jak Maisie.

Pan Briarley był kawalerem. „Pani Austen ma słuszność w sprawie ludzkich poglądów na temat kawalerów”, przyznał, kiedy przerabiali Dumę i uprzedzenie. „Niemniej zapewniam was, że wielu mężczyzn, w tym ja, nie chce wchodzić w związek małżeński. Żony przekładają książki i potem nie można ich znaleźć”. Zresztą dziewczyna była zbyt młoda na żonę pana Briarleya, czy też kogokolwiek innego. Wyglądała na jakieś siedemnaście lat.

— W czym mogę pomóc? — spytała ostrożnie dziewczyna. Charakteryzowała się subtelną urodą, lecz była zbyt chuda. Spod koszulki wystawały ostre obojczyki.

— Czy mieszka tutaj pan Briarley? — zapytała Joanna, chociaż nie ulegało wątpliwości, że nie.

— Tak — odparła dziewczyna.

— Och… och. — Joanna zająknęła się ze zdumienia. — Jestem jego byłą uczennicą. — Mówiąc to, zdała sobie sprawę, z dziewczyna nie poruszyła się, aby otworzyć drzwi. Uchyliła je tak, jakby Joanna była domokrążcą, któremu pod żadnym pozorem nie wolno umożliwić wejścia do środka.

— Nazywam się Joanna Lander. Pan Briarley uczył mnie angielskiego w liceum. Mogę z nim zamienić kilka słów?

— Sama nie wiem… — zawahała się dziewczyna. — Czy chodzi o coś, co sama mogłabym wyjaśnić?

— Niestety. Pan Briarley był moim nauczycielem w klasie maturalnej i chciałabym zadać mu kilka pytań dotyczących lekcji.

— Pytań?

— Zgadza się. Ale nie chodzi mi o ocenę, którą dostałam na koniec roku, ani nic takiego. Już na to za późno. — Zaśmiała się, wiedząc, że robi z siebie idiotkę. — Pracuję w Szpitalu Ogólnym Miłosierdzia Bożego i…

— Czy przysłała panią moja matka?

— Matka? — powtórzyła niepewnie Joanna. — Nie, tak jak mówiłam, pan Briarley był moim nauczycielem. Poszłam do szkoły, żeby się dowiedzieć, czy wciąż uczy, a jedna z bibliotekarek poinformowała mnie, gdzie on mieszka. Znalazłam właściwy dom, prawda? Pan Briarley, którego szukam, uczył angielskiego w liceum w Dry Creek.

— Tak, ale obawiam się, że on nie może…

— Ktoś przyszedł? — Z głębi domu wydobył się męski głos.

— Tak, wujku Pat! — odkrzyknęła dziewczyna, a Joanna pomyślała, że to nie może być prawdziwy pan Briarley. Nie mogła go sobie wyobrazić jako czyjegokolwiek wujka, nie mówiąc już o nazywaniu go wujkiem Patem.

— Kto to? — odezwał się głos i tym razem Joanna go rozpoznała. To był pan Briarley. Wujek Pat.

— Czy to Kevin? — zainteresował się pan Briarley.

— Nie, wujku Pat, to nie Kevin — wyjaśniła dziewczyna. — Obawiam się, że to nie jest odpowiedni…

— Powiedz mu, żeby wszedł — polecił pan Briarley i stanął w drzwiach. Wyglądał dokładnie tak samo jak dawniej, wciąż miał ciemne włosy, lekko siwiejące na skroniach, oraz sardonicznie wygięte brwi. Joanna mogłaby przysiąc, że ma na sobie identyczną tweedową kamizelkę.

Dziewczyna szerzej uchyliła drzwi.

— Wujku, to jest…

— Joanna Lander. Jestem pana byłą uczennicą. — Joanna wyciągnęła rękę. — Nie sądzę, aby mnie pan pamiętał. Dwanaście lat temu chodziłam na pańskie lekcje angielskiego dla klas maturalnych. W drugim semestrze — dodała niepotrzebnie.

— Mam wyśmienitą pamięć — oznajmił. — Kit, dlaczego trzymasz panią na mrozie? Gości należy wpuszczać do domu. Otwórz drzwi.

Kit otworzyła drzwi na całą szerokość i Joanna weszła do wąskiego przedpokoju.

— Zapraszam do biblioteki — powiedział pan Briarley i zaprowadził Joannę do pokoju, wyglądającego dokładnie tak, jak sobie wyobrażała. Na trzech ścianach wisiały półki z książkami, od podłogi do sufitu, a na czwartej, między oknami, znajdowały się ryciny opactwa Westminster i teatru Globe. W pokoju stało mahoniowe biurko i dwa ciemnoczerwone skórzane fotele, obydwa zawalone stosami książek. Książki leżały także na dwóch małych stoliczkach, na szerokim parapecie i na podłodze.

Kit pośpiesznie zdjęła książki z jednego z foteli, robiąc miejsce Joannie. Pan Briarley usiadł naprzeciwko, a przy nim stanęła Kit. Wciąż ostrożnie wpatrywała się w Joannę.

Joanna miała teraz możliwość lepiej się przyjrzeć dziewczynie i ogarnęły ją wątpliwości, czy trafnie oceniła jej wiek. Pod oczyma Kit dostrzegła bladoniebieskie cienie, a wokół ust smutne zmarszczki. Z tyłu, na jednej z półek stało zdjęcie przedstawiające ją z naręczem książek. Fotografię wykonano przed budynkiem miejscowego uniwersytetu. Na innym zdjęciu widniała Kit z młodym mężczyzną. Być może Kevinem, o którym pan Briarley wspomniał z głębi domu. Na obydwu ujęciach Kit wyglądała dziesięć kilogramów zdrowiej i znacznie weselej. Co się stało od tamtego czasu? Anoreksja? Narkotyki? Czy właśnie dlatego tutaj mieszkała? Joanna nie potrafiła wyobrazić sobie pana Briarley a jako rehabilitanta, ale z drugiej strony nie wyobrażała go sobie także jako czyjegokolwiek wujka. W dodatku dziewczyna dziwnie nieprzyjemnie zareagowała na wieść, że Joanna pracuje w Szpitalu Miłosierdzia.

— Jestem bardzo wdzięczna, że chce mnie pan wysłuchać — zaczęła Joanna. — Zadzwoniłabym do pana, ale nie znam numeru telefonu. Pojechałam do liceum, bo pomyślałam, że jeszcze tam pan pracuje, ale poinformowano mnie, że przeszedł pan na emeryturę. Kiedy przeszedł pan na emeryturę?

— Pięć lat temu. — Kit odezwała się nie proszona.

Pan Briarley spojrzał na nią.

— Kit, nie stój tak. Zaproponuj naszemu gościowi…

— Herbatę — dokończyła pośpiesznie Kit. — Pani Lander, ma pani ochotę na filiżankę herbaty? Albo kawy?