— Ach, nie, dziękuję bardzo.
— Herbaty — stanowczo stwierdził pan Briarley. — „Śpiesząc się w Nimf towarzystwie napić się herbatki”* [Alexander Pope, Pukiel porwany, przeł. Ludwik Kamiński, Poeci języka angielskiego, t. II, wybór i oprac. Henryk Krzeczkowski, Jerzy S. Sito, Juliusz Żuławski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1971.] — zacytował.
— Pukiel porwany — odezwała się Joanna, zadowolona, że pamięta. — Alexander Pope. Pamiętam, jak pan czytał nam jego utwory. A także „Pieśń o starym żeglarzu” Coleridge’a. Mój ulubiony wiersz. „Dokoła woda, woda. Deski paczyły się okropnie”* [Samuel Taylor Coleridge, Pieśń o starym żeglarzu, przeł. Zygmunt Kubiak, Poezje wybrane. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1987.] — zaczęła i przerwała, czekając, aż nauczyciel wyrecytuje dwa kolejne wersy.
— Coleridge — mruknął. — Przeceniony romantyk. — Odwrócił się gwałtownie do Kit i spytał: — Gdzie moja herbata?
Takim tonem można się odzywać do służącej, pomyślała Joanna. Zaskoczona zerknęła na pana Briarleya, a potem na Kit, która odparła jedynie: „Zaraz przyniosę” i skierowała się do drzwi.
— Masz zagotować wodę — warknął pan Briarley. — Nie życzę sobie ciepławej herbaty z tej żałosnej…
— Kuchenki mikrofalowej — dokończyła Kit. — Dobrze, wujku Pat.
— Szybko. Nie będę czekał godzinami, Kit. Kit — powtórzył z pogardą, zwracając się do Joanny. — Co to ma być za imię? Tak się może nazywać breja do uszczelniania okien.
Co tu się dzieje?, zastanawiała się Joanna. Może trafiła w sam środek kłótni? Przypomniała sobie, że Kit nie chciała jej wpuścić do środka. Spojrzała wtedy dziewczynie w twarz, lecz nie dostrzegła w niej irytacji lub złości, tylko niepewność albo troskę. Poza tym Kit niechętnie otworzyła drzwi; ludzie zazwyczaj inaczej reagują na gości.
— Pośpiesz się, Kit. — Pan Briarley nieprzyjemnie zaakcentował jej imię. — Chcę porozmawiać ze swoją uczennicą.
— Wrócę za chwilę. — Kit posłała Joannie jeszcze jedno niespokojne spojrzenie i znikła.
Mam nadzieję, że nie zacznie teraz odnosić się w taki sposób do mnie, przeszło Joannie przez głowę, ale kiedy skierowała wzrok na pana Briarleya, uśmiechał się życzliwie.
— No dobrze. Co mogę dla pani zrobić? Powiedziała pani, że poszła do liceum…?
— Tak, szukałam tam pana.
— Już tam nie uczę. — W jego głosie zabrzmiał dziwny, niepewny ton, jakby nie potrafił w to uwierzyć. — „Ani ryba, ani drób, ani żywy, ani trup”.
Musi tęsknić za szkołą, pomyślała Joanna.
— Budynek wygląda zupełnie inaczej, nie do poznania. Nie wiem, czy pamięta pan moją klasę. Razem ze mną chodził do niej Ricky Inman, a także Candy Simons…
— Jak najbardziej pamiętam — potwierdził niemal zaczepnie.
— To dobrze, bo chciałam pana spytać o coś, co pan mówił na naszych lekcjach na temat…
— Herbata będzie gotowa za minutę. — W drzwiach stanęła Kit, niosąc przed sobą tacę. Na stopach miała wsuwane kapcie. Joanna zdjęła książki ze stolika, a Kit położyła na nim tacę.
— Przyniosłam filiżanki, spodki i cukier — wyjaśniła niepotrzebnie.
Pan Briarley z irytacją obejrzał tacę.
— Zapomniałaś o…
— Łyżeczkach. — Kity rzuciła się do kuchni. — I serwetkach, zaraz wszystko przyniosę.
— Pamiętaj o mleku! — krzyknął za nią pan Briarley. — Czy zrobienie filiżanki herbaty naprawdę jest takie trudne? Myliłem się — zwrócił się do niej, gdy wróciła z dzbanuszkiem i łyżeczkami. — Imię Kit doskonale do ciebie pasuje. Zgodzi się pani ze mną, że ona jest do kitu? — zwrócił się do Joanny.
Nie takiego pana Briarleya miała w pamięci. Bywał sarkastyczny, zgoda, czasami nawet uszczypliwy, ale nigdy złośliwy. Nigdy nie poniżyłby Ricky’ego Inmana tak bardzo, jak upokarzał Kit.
— Gotowa — oznajmiła Kit, wchodząc z imbrykiem. — Dla ciebie z cukrem i mlekiem, prawda wujku? — spytała i posłodziła herbatę, a następnie dolała mleka. Wręczyła mu filiżankę.
Joanna obawiała się, że pan Briarley poskarży się na nieodpowiednie proporcje, a także na temperaturę herbaty, która okazała się ledwie ciepła. Nie ulegało wątpliwości, że pomimo wyraźnych nakazów pana Briarleya Kit podgrzała wodę w kuchence mikrofalowej. Nauczyciel stracił jednak zainteresowanie napojem, a także ułomnościami Kit i jej imieniem. Odchylił się na krześle, filiżankę i spodek oparł na kolanie i z zamyśleniem wpatrywał się w rzędy książek.
— To bardzo miło, że wpadła pani odwiedzić wujka Pata — oświadczyła Kit i wyciągnęła rękę po na wpół opróżnioną filiżankę Joanny, jakby wizyta dobiegła końca.
— Nie przyszłam tylko w odwiedziny — wyjaśniła Joanna. — Chciałam spytać pana o coś, co pan mówił podczas lekcji angielskiego, czego pan uczył…
— Niemało w życiu uczyłem — odparł. — Definicji przysłówka, liczby stóp w białym wierszu, różnicy miedzy asonansem i aliteracją… Nie wiem, o co pani konkretnie pyta.
— O coś związanego z Titanikiem.
— Titanikiem? — nagle spytała Kit.
— Tak, nie wiem, czy odczytał pan to z książki, czy wspomniał podczas wykładu. Pracuję w Szpitalu Ogólnym Miłosierdzia…
— W szpitalu? — Filiżanka pana Briarleya zadźwięczała na spodku.
— Tak. Uczestniczę w projekcie badawczym, związanym z pamięcią i… — Na widok miny swojego rozmówcy Joanna domyśliła się, że jej tłumaczenia są niewłaściwie odbierane. — Współpracuję z neurologiem, który…
— Mam świetną pamięć. — Pan Briarley spojrzał na Kit tak, jakby obwiniał ją za przyjście Joanny.
— Nie wątpię — potwierdziła Joanna. — Tak naprawdę właśnie na to liczę. Zapomniałam czegoś, czego pan nas uczył albo czytał nam. Mam nadzieję, że pamięta pan, co to takiego. To dotyczy Titanica. Pamiętam, że mówił pan coś o ludziach stojących na pokładzie po zderzeniu. Mieli na sobie koszule nocne oraz piżamy i nie wiedzieli, co się stało. Obudziło ich zatrzymanie silników. — Pochyliła się w stronę nauczyciela. — Czy pamięta pan, jak pan o tym mówił? Albo czytał coś takiego klasie?
— Pamiętam — wyjaśnił z przyganą — że rzadko kiedy miałem czas czytać Dickensa i Szekspira, a co dopiero książkę o Titanicu.
— Nie wiem, czy to była książka. Może chodzi o esej albo lekcję…
— Lekcję? O czym? O onomatopei rozrywania burty przez górę lodową? Albo opracowanie diagramu wrzasków tonących pasażerów? Jaki u licha istnieje związek między wrakiem statku i lekcją literatury angielskiej?
— A… ale przecież podczas lekcji wciąż pan o tym wspominał — wyjąkała Joanna. — Mówił pan o orkiestrze, i Lorraine Allison i Californian…
— Oczywiście zdaję sobie sprawę, że obecnie podczas lekcji języka angielskiego uczy się wszystkiego z wyjątkiem angielskiego — dziecięcych wyliczanek, skandowanych pieśni indiańskich plemienia Nawaho oraz postmodernistycznego memłania. Czemu nie, można też uczyć o morskich katastrofach.
— Wujku… — zaczęła Kit, ale nawet jej nie usłyszał.
— Być może Titanic oraz Toni Morrison stanowią podstawę tematyki współczesnych lekcji angielskiego, ale na swoich zajęciach uczyłem o Wordsworcie i Szekspirze.
— Wujku…
— Pytała pani, kiedy przeszedłem na emeryturę. Odpowiem pani. Kiedy nie mogłem już dłużej znieść rzucania pereł angielskiej literatury przed wieprze z moich klas, kiedy nie potrafiłem ścierpieć ich odrażającej gramatyki i głupich pytań.