Policzki Joanny poczerwieniały z gniewu. Czy właśnie tak się zachowywał podczas ostatnich lat pracy w szkole? Jeśli tak, nic dziwnego, że uczniowie obrzucali jego dom jajami. Odstawiła filiżankę oraz spodek i wstała.
— Przepraszam, że pana niepokoiłam — stwierdziła sztywno.
— Odprowadzę panią do wyjścia — zaproponowała Kit i także wstała. Wyglądała na zakłopotaną.
— Dziękuję, sama trafię do wyjścia. — Joanna ruszyła do drzwi.
— Być może gdyby podczas moich lekcji bardziej pani uważała, pani Lander — usłyszała głos pana Briarleya, dobiegający z biblioteki — nie musiałaby pani…
Zatrzasnęła za sobą drzwi i przygarbiona poszła do samochodu. Część jej umysłu, która nie pogrążyła się we wściekłości, zarejestrowała, że zrobiło się późno i zapadał zmierzch. Wygrzebała z kieszeni kluczyki Vielle i otworzyła samochód.
— Proszę zaczekać!
Joanna podniosła wzrok. Na ganku stała Kit. Zbiegła po schodkach, a jej flanelowa koszula powiewała na wietrze.
— Niech pani nie odjeżdża! Proszę pani! — Podbiegła do Joanny. — Bardzo proszę, chcę pani wszystko wyjaśnić. — Położyła dłoń na otwartych drzwiach samochodu. — Bardzo panią przepraszam za to, co się przed chwilą stało. To wszystko moja wina. Nie powinnam była… — Z trudem łapała oddech. — Nie chcę, aby pani myślała…
— Niepotrzebnie narzucałam się państwu bez zapowiedzi — odparła Joanna. — Pan Briarley miał prawo rozzłościć się na mnie.
— Wujek Pat nie rozzłościł się na panią — zaprzeczyła.
— W takim razie świetnie udawał złość. Nie ma sprawy. Nie wątpię, jak kłopotliwy jest widok byłych uczniów, przychodzących do domu nauczyciela i zadających mu pytania o…
— Pani nie rozumie. On nie wiedział, o czym pani mówi. Cierpi na chorobę Alzheimera. Ma poważne zaniki pamięci. On…
— Alzheimera? — powtórzyła głucho Joanna.
— Tak. Nie wiedział, kim pani jest. Myślał, że pani jest lekarką — boi się, że będzie musiał iść do domu opieki. Właśnie dlatego tak się zdenerwował, pomyślał, że sprowadziłam panią, aby go zbadać.
— Alzheimera — powtórzyła Joanna, usiłując oswoić się z tym faktem. — Cierpi na chorobę Alzheimera?
Kit skinęła głową.
— Złość to jeden z objawów choroby. W ten sposób maskuje zaniki pamięci. Nie sądziłam, że coś go rozwścieczy. Spokojnie spędził dzień i… Jeszcze raz przepraszam.
To dlatego Kit się zawahała, kiedy Joanna oznajmiła, że chce porozmawiać z panem Briarleyem, dlatego kończyła rozpoczynane przez niego zdania i niepokoiła się, gdy usłyszała słowo szpital. Choroba Alzheimera.
— Ale przecież zacytował fragment poematu Pukiel porwany — wymamrotała Joanna i przypomniała sobie, że nie dokończył cytatu z Pieśni o starym żeglarzu. — Czy to bardzo zaawansowany stan?
— Niekiedy. Czasami zapomina tylko pojedynczych słów, a kiedy indziej jest z nim bardzo źle.
Bardzo źle. Mało powiedziane. Choroba Alzheimera oznacza powolne umieranie, któremu towarzyszy stopniowa utrata pamięci, zdolności mówienia, kontroli nad zaspokajaniem podstawowych potrzeb, a wreszcie paranoja i ślepota. Przypomniała sobie jedną ze swoich pacjentek, której mąż zapadł na tę chorobę. W połowie wywiadu mężczyzna wstał i spytał przerażonym głosem: „Co ta obca osoba robi w moim domu? Kim pani jest? Czego pani chce?” Joanna pośpieszyła z wyjaśnieniami, lecz on nie zwracał się do niej. Mówił do swojej żony, z którą mieszkał od czterdziestu lat.
— Pani z nim mieszka? — spytała Joanna. — Opiekuje się nim?
Przytaknęła. Dlatego przeszedł na emeryturę, nagle uzmysłowiła sobie Joanna. Nie zrezygnował z pracy w szkole dlatego, że lokalne władze zaoferowały mu wcześniejszą emeryturę. Nie mógł już uczyć. Przypomniała sobie, jak podczas lekcji cytował z pamięci całe stronice Makbeta i Pieśni o starym żeglarzu. Daty, treść książek, metryka wierszy, dwuwiersze, cytaty. Antologia literatury angielskiej Briarleya, jak go nazywał Ricky Inman. Nie potrafi przypomnieć sobie słowa „łyżeczki”.
— Nie chciałam, żeby myślała pani, że on jest taki jak przed chwilą. — Kit zadrżała z zimna. W kamizelce i w kapciach musiała zmarznąć na kość.
— Niech pani lepiej wraca do domu. Zamarznie pani.
— Nic mi nie będzie. — Zaszczekała zębami. — Chciałam też poradzić, aby pani nie dawała za wygraną. On niekiedy przypomina sobie rozmaite rzeczy, zupełnie niespodziewanie, a czasami odpowiada na pytanie zadane mu wiele dni wcześniej, jakby jego umysł przez cały czas grzebał w pamięci i wreszcie odnajdywał właściwą odpowiedź. On może pamiętać to, co panią interesuje. Mówiła pani, że to coś, co ma związek z Titanikiem?
— Tak. Pan Briarley powiedział lub przeczytał coś na głos…
— On jest… był… wielkim tytanikologiem. Jeśli przypomni sobie coś lub cokolwiek powie na ten temat, zadzwonię do pani. Pani pracuje w Szpitalu Miłosierdzia, tak?
— Podam pani numer telefonu. — Joanna wygrzebała z kieszeni długopis i jakąś kartkę. — Mam automatyczną sekretarkę. Proszę zostawić wiadomość. — Nabazgrała kilka cyfr i wręczyła papier Kit. — Na pewno oddzwonię — a może nie powinnam?
— Proszę się nie martwić — uspokoiła ją Kit. — Jeśli to on podniesie słuchawkę, niech pani poprosi mnie do telefonu. — Podyktowała numer.
— Mam prosić Kit? — spytała Joanna. — A może pani ma na imię Katherine?
— Kit. Kit Gardiner. Otrzymałam imię na cześć Kita Marlowe’a, ulubionego pisarza wujka Pata. To on wybrał dla mnie imię.
I o tym zapomniał, pomyślała zdruzgotana Joanna.
— Zadzwonię, jeśli powie cokolwiek o Titanicu. — Kit wsunęła kartkę do kieszeni dżinsów.
— Będę bardzo wdzięczna.
— Kit! — krzyknął pan Briarley, stając w drzwiach. — Gdzie schowałaś moją Tragiczną historię doktora Faustusa? — Wyszedł na ganek.
— Zaraz ją znajdę, wujku — odkrzyknęła Kit i ruszyła do domu, otulając chude ciało flanelową koszulą. — Zadzwonię do pani.
— Dziękuję — odpowiedziała Joanna.
— Mówiłem ci, żebyś nie grzebała w moich książkach — odezwał się pan Briarley. — Nigdy nie mogę ich znaleźć.
Kit podbiegła kilka kroków. Joanna wsiadła do samochodu, przyglądając się, jak Kit wbiega na ganek, bierze wujka pod rękę i prowadzi do domu. Joanna wrzuciła jedynkę i zjechała z krawężnika. Minęła dwa kwartały i zaparkowała przy chodniku. Siedziała nieruchomo z rękami na kierownicy i wpatrywała się w szybko zapadający zimowy zmierzch.
Nie wiedział, co mówił o Titanicu. Jego pamięć szwankuje, stracił ją tak, jakby umarł. Bo umarł, umierał, sylaba po sylabie, jedno wspomnienie po drugim, zapominał o Coleridge’u, sarkazmie i słowie „cukier”. Nie pamiętał też, że sam nadał imię siostrzenicy.
To musi być męczarnia, zapominać wiersze i ludzi, którzy ukształtowali twoje życie. Z kolei męczarnią dla Kit musiało być obserwowanie tego procesu. Fakt, że pan Briarley nie pamiętał wykładu o Titanicu, stanowił najmniej istotny element tragedii, z którą zetknęła się Joanna. Ukryła twarz w dłoniach, nie z powodu Kit ani pana Briarleya, nie dlatego siedziała zrozpaczona w wyziębionym samochodzie, że dotknęła ich tragedia. Chodziło o jej własny problem.
Pan Briarley nie potrafił powtórzyć jej, co mówił o Titanicu. Nic wiedział tego. Nie pamiętał. To właśnie było istotne. Najistotniejsze.