Rozdział 22
„Pani pierwsza. Na panią czekają dzieci”.
Joanna pomyślała, że powinna wracać do szpitala, wciąż nie dokończyła swojej relacji. Mimo to siedziała w samochodzie, myśląc o panu Briarleyu. Kit wspomniała, że od czasu do czasu przypominał sobie rzeczy, których nie pamiętał dzień wcześniej. Może gdyby dłużej pytała go o to, co takiego powiedział…
Nie bądź śmieszna, przykazała sobie. On ma Alzheimera. Neuromediatory znikły, komórki mózgowe zanikają i obumierają, a wraz z nimi pamięć. Jeśli potrzeba dowodu na to, że życie po śmierci nie istnieje, wystarczy spojrzeć na pacjenta w końcowej fazie choroby Alzheimera, kiedy nie tylko przestanie rozpoznawać własną siostrzenicę i zapomni słowa „cukier”, ale z jego pamięci znikną wszystkie słowa, a także umiejętność mówienia, chodzenia, świadomość własnego istnienia. Dusza nie tylko nie może przetrwać śmierci; w wypadku chorego na Alzheimera nie przetrwa nawet życia. Pan Briarley mógł jej odpowiedzieć na pytania równie wyczerpująco jak Greg Menotti.
Ale ja muszę znać odpowiedzi, pomyślała z przekonaniem. Jego słowa na lekcji sprawiły, że ujrzałam Titanica. Ten powód ma ogromne znaczenie, wiąże się bowiem z podłożem doświadczeń granicznych.
Co on powiedział? Miała go przed oczyma, jak przycupnął na krawędzi biurka, z podręcznikiem w dłoni. Ktoś coś zauważył, a on gwałtownie zatrzasnął książkę i powiedział… Co powiedział? Przez przednią szybę zerknęła na ciemniejące, stalowe niebo, usiłując sobie przypomnieć. Koncentracja na pozornie nieistotnych szczegółach niekiedy wspomagała pamięć. Co widniało na tablicy? Gdzie siedziała?
W drugim rzędzie, doszła do wniosku Joanna, przy oknie, a na zewnątrz zrobiło się mglisto. Tak mglisto, że pan Briarley musiał poprosić siedzącego przy włączniku Ricky’ego Inmana o zapalenie górnego światła, a potem Ricky coś stwierdził, pan Briarley zatrzasnął książkę, i…
Nie, nie mglisto. Za to mocno się chmurzyło. Mgła ma z tym coś wspólnego. A może po prostu to sobie wymyśliła, bo Maisie widziała mgłę? Albo wszystko stało się innego dnia. Ile razy pan Briarley przysiadał na krawędzi biurka i akcentował swoje słowa zatrzaśnięciem książki? Było szaro, chmurnie. A jeśli padał śnieg, a pan Briarley coś mówił…
To nie miało sensu. Nie potrafiła sobie przypomnieć. Dobrze, więc kto mógłby jej pomóc? Kto jeszcze siedział na tamtej lekcji? Nie Ricky Inman. Nawet gdyby, to i tak nie zwróciłby uwagi. Candy Simons? Joanna wciąż pamiętała, jak Candy siedziała naprzeciwko niej, czesała blond pukle i nakładała makijaż, przeglądając się w lusterku opartym o podręcznik.
Kto jeszcze słuchał tamtej lekcji? Po pójściu na studia zgubiła książkę rocznikową ze zdjęciami kolegów. Jeśli udałoby się przedrzeć obok ochroniarza, mogłaby iść do biblioteki, gdzie na pewno mieli egzemplarz rocznika. Jeśli jednak z popołudniowych doświadczeń mogła wyciągać wnioski na przyszłość, nawet jeśli się dowie, kto z nią chodził do klasy, i tak nie otrzyma od szkoły żadnych informacji o miejscu pobytu tych osób. Poza tym zawsze słabo wychodziło jej podtrzymywanie kontaktów z ludźmi. Jedyną osobą z liceum, którą widywała, była Kerri Jakes, i to tylko dlatego, że pracowała w Szpitalu Miłosierdzia, w ambulatorium. Co prawda Kerri chodziła na piąty semestr angielskiego, lecz niewykluczone, że pamiętała osoby z drugiego semestru.
Zadzwonię do niej z domu, zadecydowała Joanna. Powrót do szpitala nie miał sensu. Na pewno minęła już piąta. Zerknęła na zegarek. Dobry Boże, wpół do ósmej. Zmarnowała wiele godzin. Vielle się wścieknie. Pewnie powie, że siedząc bez płaszcza w wyziębionym samochodzie, można dostać hipotermii…
W jej wyziębionym samochodzie. Joanna ze zgrozą uzmysłowiła sobie, że pożyczyła auto od Vielle i obiecała je zwrócić kilka godzin wcześniej. Uruchomiła silnik i wyjechała na drogę. Vielle skończyła zmianę o siódmej i na pewno usiłuje się z nią skontaktować.
Joanna wygrzebała pager z kieszeni i ponownie go włączyła. Zapomniała, że jeszcze w budynku liceum ktoś usiłował porozumieć się z nią, lecz była za bardzo zajęta wysłuchiwaniem informacji bibliotekarki, aby zwrócić na to uwagę. Na pewno dzwoniła Vielle, chcąc się dowiedzieć, gdzie jest jej samochód. Jak wyjaśni przeszło trzygodzinne spóźnienie? Powie, że jej nauczyciel od angielskiego nie pamięta, co mówił, kiedy uczył w liceum, i teraz cały świat legł w gruzach?
Może zdarzył się karambol z udziałem pięciu samochodów, a Vielle będzie zbyt zajęta, aby mnie spytać, gdzie byłam, pomyślała z nadzieją Joanna, skręcając na szpitalny parking. Niestety, w poczekalni oddziału nagłych wypadków jak zwykle siedziało tylko kilka podejrzanych typów — latynoski nastolatek, przykładający do oka torbę z lodem, bezdomny mężczyzna, mamroczący coś do siebie, trzymający się za brzuch pięciolatek z siedzącą obok zmartwioną matką, która miała w rękach miskę na wymioty. Vielle przynajmniej nie stała przy wejściu, niecierpliwie tupiąc nogą. Może poprosiła kogoś o podrzucenie do domu.
Joanna podeszła do recepcji.
— Czy zastałam jeszcze siostrę Howard? — spytała pielęgniarkę dyżurną.
— Jest na zebraniu — padła odpowiedź.
Jakim zebraniu?, chciała zapytać Joanna, lecz nagle sobie przypomniała. Zebranie poświęcone sprawom bezpieczeństwa na oddziale nagłych wypadków. Jak długo może ono potrwać?
— Trudno powiedzieć. Personel sprawiał wrażenie mocno zaniepokojonego. Po ostatnim wypadku z rogue…
— Wypadku z rogue? Zdawało mi się, że chodziło o jakiegoś członka gangu.
— Gangu? Skąd — zdumiała się pielęgniarka. — Och, pewnie chodzi pani o te sprawę z maszyną do wbijania gwoździ. Więc nie słyszała pani o ostatnim wypadku.
— Nie.
— Widzi pani — zaczęła pielęgniarka, zerkając na Latynosa i matkę, a następnie pochylając się dyskretnie. — Więc tak, wszedł facet, przerażony, jakby zobaczył śmierć, i zaczął coś mówić o Wietkongu i Phnom Penh, a wszyscy myśleli, że to jakiś narkoman z Wietnamu albo zaburzenie stresowe pourazowe, i chwilę później zobaczyli, jak wymachuje strzykawką, nie wiadomo skąd ją wziął, i wrzeszczy, że wszystkich nas zabierze ze sobą. Ten rogue to straszne świństwo, znacznie gorsze niż anielski pył.
— Kiedy to się stało?
— We wtorek. Sądziłam, że Vielle opowiada pani o wszystkim.
— Też tak myślałam — potwierdziła ponuro Joanna. Oczywiście, że Vielle nic jej nie powiedziała. Mogła doskonale przewidzieć reakcję Joanny. Co się odwlecze, to nie uciecze, niech no tylko się zobaczą.
— Pożyczyła pani od niej samochód, zgadza się? — zainteresowała się pielęgniarka. — Vielle prosiła, żeby pani po prostu zostawiła mi kluczyki.
Nie wątpię, pomyślała Joanna, wręczając kluczyki. W sumie i tak się cieszyła, że jeszcze nie musi się z nią spotykać. Poszła do laboratorium. Drzwi były zamknięte na klucz. To dobrze, pomyślała. Z Richardem także mam spokój do jutra.
Automatyczna sekretarka mrugała jak opętana. Joanna zawahała się i wcisnęła przycisk odtwarzania. „Masz osiemnaście wiadomości”, wyrecytowało urządzenie. Wcisnęła „stop”. Wyciągnęła dyktafon z kieszeni. Jeszcze dziś wieczorem muszę nagrać resztę relacji, uznała, zanim minie zbyt dużo czasu. Czuła się jednak za bardzo wyczerpana emocjonalnie. Przełożę to na rano, zadecydowała, wzięła płaszcz, torbę i klucze, a następnie wyszła, zamykając gabinet.