— Eksperymentowi? — powtórzyła Joanna. Chciał przeprowadzić kolejną sesję z jej udziałem. Chciał ją wysłać na Titanica.
— Tak, musimy się tym zająć jak najszybciej. — Wyciągnął terminarz. — Na pierwszą jest umówiona pani Troudtheim. Tobą możemy się zająć o trzeciej. A może wolałabyś zamienić się z panią Troudtheim na godziny?
O pierwszej, pomyślała Joanna. O trzeciej poszedł już na dno.
— Joanna? Którą godzinę wolisz? Może chcesz przyjść rano? Joanna?
— O pierwszej — odezwała się wreszcie. — Rano będę musiała wpaść do Maisie, jeśli nie uda mi się spotkać z nią dziś wieczorem.
— Więc lepiej idź do niej od razu. — Richard spojrzał na zegar, wskazujący wpół do dziewiątej. — Dobrze, zadzwonię do pani Troudtheim, żeby przełożyć sesję. Mam nadzieję, że nic umówiła się na wizytę u dentysty. Jeśli będziesz miała czas — jutro, nie dziś wieczorem — chciałbym, żebyś przejrzała swoje wywiady i sprawdziła, czy istnieje jakiś związek między początkowym bodźcem i dalszym scenariuszem.
Wiem, że nie istnieje, pomyślała, schodząc do Maisie. Nie na tym polega związek. Chodzi o coś innego. Niestety, jedynym sposobem udowodnienia tego jest uzyskanie niezbitych dowodów, co oznacza konieczność wyjaśnienia tego, co powiedział pan Briarley.
Ale w jaki sposób? Nawet gdyby pan Briarley nie cierpiał na chorobę Alzheimera, zapewne nie potrafiłby przypomnieć sobie ani jednego słowa, które wypowiedział podczas lekcji przeprowadzonej przeszło dziesięć lat temu. Jego uczniowie mieli jeszcze mniejszą szansę odtworzyć w pamięci zajęcia z tak odległego okresu. Zresztą nie bardzo wiedziała, jak ich odnaleźć. Musiałaby przypomnieć sobie ich nazwiska. Powinnam zadzwonić do Kerri, pomyślała ponownie. Ale najpierw wpadnę do Maisie, mam nadzieję, że nie śpi.
Nie spała. Leżała oparta o rząd poduszek i wyglądała na znudzoną. Obok łóżka siedziała na krześle jej matka i głośno czytała książkę w żółtej okładce: „— Och, nie bądź takim ponurakiem, wujku Hiramie — powiedziała Dolly. — W końcu wszystko się ułoży. Musisz tylko głęboko wierzyć. — Masz rację, Dolly — przyznał wujek Hiram — chociaż jesteś maleńką dziewczyneczką. Nie powinienem się poddawać. Tam, gdzie jest silna wola…”
Maisie podniosła wzrok.
— Wiedziałam, że pani przyjdzie — uradowała się. Odwróciła się do matki: — Mówiłam ci, że przyjdzie. — Ponownie skierowała spojrzenie na Joannę, a jej policzki zaróżowiły się z podniecenia. — Powiedziałam mamie, że obiecała pani przyjść.
— To prawda, obiecałam i przepraszam, że jestem tak późno — stwierdziła Joanna. — Coś mi wypadło…
— Mówiłam ci, że coś się musiało stać — przypomniała matce Maisie. — Inaczej przyszłaby tutaj. A ty powiedziałaś, że pewnie zapomniała.
Naprawdę zapomniałam, pomyślała Joanna, a co gorsza wyłączyłam pager i przez kilka godzin nikt nie mógł się ze mną skontaktować. Przez ten czas mogło ci się coś stać.
— Sugerowałam, że jest pani bardzo zajęta — odezwała się pani Nellis — i że zjawi się pani u niej, jak tylko znajdzie pani czas. To bardzo miło z pani strony, że przy takiej ilości pracy wpadła pani do córki.
Wpadła to dobre słowo, zważywszy na obecność matki Maisie.
— Zastanawiałam się, czy nie miałabyś nic przeciwko temu, abym odwiedziła cię jutro rano? — Joanna zwróciła się do dziewczynki.
— Tak, niech pani przyjdzie — zgodziła się Maisie. — Ale musi pani zostać naprawdę długo.
— Maisie! — Pani Nellis sprawiała wrażenie wstrząśniętej. — Pani doktor jest bardzo zajęta. Musi się spotkać z wieloma pacjentami. Nie może…
— Obiecuję, że przyjdę i zostanę tak długo, jak będziesz chciała — zadeklarowała Joanna.
— To dobrze — odparła Maisie i dodała znacząco: — Mam pani mnóstwo do powiedzenia.
— No pewnie — potwierdziła pani Nellis. — Doktor Murrow przepisał jej nowy lek przeciw arytmii i teraz Maisie czuje się o wiele lepiej. Jej stan w pełni się ustabilizował, a płuca także lepiej pracują. A właśnie, koteczku, przecież nie robiłaś jeszcze swoich ćwiczeń oddechowych. — Odłożyła książkę na łóżko i podeszła do blatu przy umywalce, aby wziąć stamtąd plastikową rurkę inhalacyjną.
— Przyjdę z samego rana — zapowiedziała Joanna, wpatrując się w książkę. Na jej okładce ozdobnymi zielonymi literami wydrukowano tytuł: Legendy i lekcje. Jej podręcznik do angielskiego nosił podobny tytuł. Cośtam i cośtam. Nagle przypomniał się jej pan Briarley, siedzący na krawędzi biurka z książką w rękach i czytający coś na głos. Miała przed oczyma złote litery tytułu. Cośtam i cośtam. Poematy i przyjemności albo Przygody i parafrazy, albo Katastrofy i kolizje. Nie, to tytuł książki o tragediach, którą czyta Maisie.
— O której? — chciała wiedzieć dziewczynka.
— O dziesiątej. — Coś związanego z wyprawami. Podróże i perypetie. Ekskursje i epopeje.
To wcale nie jest samo rano — sprzeciwiła się Maisie.
— Maluszku, pani doktor jest bardzo, bardzo zajęta…
W. Zaczyna się na W. Wiersze. Nie, nie Wiersze, ale coś podobnego. Wieże. Wojaże.
— Doktor Murrow mówi, że masz wydmuchiwać piłeczkę powyżej osiemdziesięciu, to ta linia, pięć razy. — Pani Nellis wskazała niebieską kreskę na plastikowym cylindrze. — Wiem, że potrafisz to zrobić.
Maisie posłusznie wsunęła ustnik do buzi.
— Do zobaczenia jutro, dzieciaku. — Joanna pośpiesznie upuściła pokój i zbiegła do samochodu. W. Co jeszcze zaczyna się na W? Wiktorianie. Winiety. Wiersze i winiety. Nie, to też źle brzmi. Na pewno chodzi o W.
Wsiadła do samochodu i wyjechała z parkingu. Przednia szyba momentalnie zaparowała. Włączyła ogrzewanie i przesunęła dźwigienkę na „odmrażanie”, usiłując dojrzeć, co się dzieje na jezdni. Wielkość. Wezuwiusz. Wizje. Wiersze i wizje. Nie, to brzmi jak tytuł książki pana Mandrake’a.
Zatrzymała się na światłach, oczekując, aż zapali się zielone. Jakiego koloru była tamta książka? Czerwona? Nie, niebieska. Niebieska ze złotymi literami. Albo szkarłatna. Szkarłatno-złota. Konfabulujesz, powiedziała sobie. To nie żaden szkarłat, tylko błękit. Niebieska książka z…
Samochód za nią zatrąbił, a ona podniosła wzrok ze zdumieniem. Paliło się zielone światło. Wcisnęła pedał gazu, a silnik zgasł. Zaczęła pośpiesznie uruchamiać auto. Samochód z tyłu znowu zatrąbił. Nie tylko konfabulujesz, ale w dodatku nie zwracasz uwagi na to, co robisz, pomyślała, przekręcając kluczyk w stacyjce. Samochód wreszcie zapalił, chociaż kierowca z tyłu zdążył już ją wyprzedzić, przejeżdżając niebezpiecznie blisko i wymachując zaciśniętą pięścią. Joanna miała nadzieję, że nie trzymał w niej nabitej broni.
Należy zwracać szczególną uwagę na otoczenie, pomyślała i spróbowała się skoncentrować na prowadzeniu samochodu, lecz obraz pana Briarleya na krawędzi biurka wciąż pojawiał się przed jej oczyma. Trzymał przed sobą książkę. Niebieską, ze złotymi literami, a na okładce widniał statek zanurzający się dziobem w falach i rozpryskujący wodę. Wyraźnie go widziała. Skąd wiedziała, że to nie konfabulacje? Może było na odwrót, może wymyśliła sobie Titanica na podstawie statku z okładki podręcznika?
Ale to nie był taki rodzaj statku. Na rysunku przedstawiono żaglowiec z wydętymi białymi żaglami. Pan Briarley hałaśliwie zatrzasnął książkę, jakby skończył coś głośno czytać. Gdyby tekst pochodził z powieści lub wiersza, nie miałoby znaczenia, że pan Briarley go nie pamięta. Wystarczyłoby znaleźć w podręczniku odpowiedni fragment. O ile zdobędzie egzemplarz właściwego podręcznika.