Выбрать главу

Na pewno nikt już z niego nie uczy. Był przestarzały już wtedy, gdy z niego korzystała, a jak zauważył pan Briarley, obecnie uczono zupełnie innych rzeczy. Poza tym sam mógł dysponować wersją dla nauczycieli. Sądząc po liczbie zgromadzonych przez niego książek, nigdy nie pozbył się ani jednego egzemplarza. Na pewno jednak nie pamiętał, gdzie jest ten podręcznik.

Może Kit będzie wiedziała. Albo spróbuje przeszukać półki, jeśli Joanna wytłumaczy jej, jak wygląda książka. Wiem, że miała na okładce żaglowiec na niebieskim tle, pomyślała, a jej tytuł brzmiał… Zmrużyła oczy, usiłując przypomnieć sobie złociste litery, i ponownie zagapiła się na zielonym świetle. Wpatrywała się w wiszącą nad ulicą reklamę. „Marlboro”, głosił napis, „$19.58 za karton”.

Na szczęście tym razem nikt za nią nie jechał, ani też nie nadjeżdżał z boku, niechcący bowiem zgasiła silnik pośrodku skrzyżowania. Dobry sposób na odebranie sobie życia, uznała, uruchamiając auto i zjeżdżając ze skrzyżowania. Potem nie będziesz już musiała się zastanawiać nad tym, co chciał ci powiedzieć Greg Menotti ani też dlaczego widziałaś Titanica. Dowiesz się z pierwszej ręki.

Postarała się skoncentrować na ruchu drogowym, światłach i dalszej drodze do domu. Skręciła w swoją ulicę, minęła miejscowego Burger Kinga. „Figurki X-Menów”, głosił napis na markizie. „Zbierz wszystkie 58”. Może chciał jej wskazać numer książki? Ujrzała pana Briarleya, jak podnosi niebieski podręcznik i go otwiera. „Dobrze, proszę otworzyć książki na stronie pięćdziesiątej ósmej”.

Przestań, przykazała sobie Joanna, wjeżdżając na swoje miejsce parkingowe i wysiadając z samochodu. Richard ma rację. Zmieniasz się w Bridey Murphy. Albo pana Mandrake’a. Musisz iść na górę, wykąpać się, obejrzeć wiadomości i pozwolić ochłonąć swojemu płatowi skroniowemu, gdyż ta obsesja na punkcie Powieści i podróży, czy jakkolwiek się nazywała tamta książka, stanowi objaw stymulacji płata skroniowego.

Otworzyła drzwi i włączyła światło. Gdyby zadzwoniła i spróbowała skłonić Kit do znalezienia Wierszy i wiktorian, niczego by nie osiągnęła. Nawet gdyby na pięćdziesiątej ósmej stronie znajdowało się opowiadanie o tym, jak stanęły silniki Titanica, wrażenie bliskości odkrycia prawdy przeniosłoby się na coś innego.

Zresztą i tak zrobiło się zbyt późno, aby tam dzwonić. Zdenerwowałaby tylko pana Briarleya, a Kit ma z nim i tak wystarczająco dużo zmartwień. Powinna za to zatelefonować do Vielle, podziękować jej za udostępnienie samochodu i przeprosić za przetrzymanie go tak długo. Poza tym warto spytać, jaki film pożyczyć na wieczór smakołyków w piątek. Tylko nie Szósty zmysł.

Joanna podniosła słuchawkę i wystukała numer.

— Dobry wieczór, mówi Joanna Lander — odezwała się, gdy usłyszała głos Kit. — Czy pani wujek wciąż ma podręczniki, z których korzystał, kiedy pracował w szkole?

Rozdział 23

„Nic na świecie nie trwa wiecznie”.

Słowa wyryte na murze w Pompejach

Joanna zadzwoniła do Kerri Jakes, a następnie poszła prosto do Maisie, gdy tylko znalazła się w szpitalu następnego ranka. Powiedziała co prawda, że zjawi się o dziesiątej, ale bała się, że coś ją zajmie i znowu zapomni. Poza tym wolała spotkać się z dziewczynką przed pojawieniem się jej matki.

Kit obiecała, że zadzwoni, jak tylko znajdzie podręcznik, przypomniała sobie Joanna, idąc korytarzem między skrzydłami i schodami na pediatrię. Być może będę musiała po niego pojechać. Albo znaleźć kogoś, kto przerabiał angielski w drugim semestrze. Zostawiła wiadomość dla Kerri — rankami w ambulatorium panował największy tłok — a ponieważ nie chciała się bawić w wielokrotne dzwonienie i nagrywanie się na sekretarki, od razu spytała o książkę z drugiego semestru, w nadziei że Kerri przypomni sobie jej tytuł. Liczyła na to, że kiedy wróci od Maisie, zastanie na sekretarce wiadomość od Kerri albo od Kit. Chociaż nie mam pojęcia, jak można oczekiwać od Kit, że znajdzie odpowiedni podręcznik na podstawie tak żałosnego opisu, jaki jej przedstawiłam, pomyślała Joanna.

Kit zachowała się tak, jakby przypominanie sobie rozmaitych spraw stanowiło jej chleb powszedni (co zresztą nie odbiegało od prawdy, zważywszy na jej sytuację) i od razu spytała, w którym roku Joanna robiła maturę, jakich rozmiarów i jak gruba była książka.

— Poza tym sądzi pani, że jej tytuł brzmiał Cośtam i cośtam. Na literę W.

— Tak mi się wydaje — odparła Joanna. — Przepraszam, że tak niewiele pamiętam.

— Żartuje pani? Jestem specjalistką od domyślania się, czego nie pamiętają inni. To może chwilę potrwać. Wujek Pat ma mnóstwo książek. Kiedyś stały w określonym porządku, ale…

— Czy na pewno nie żądam zbyt wiele? — zawahała się Joanna.

— Z przyjemnością pomogę — zapewniła szczerze Kit.

— Kevin dzwoni? — Z oddali dobiegł głos pana Briarleya. — Powiedz mu, że ogromnie się cieszę. I gratuluję.

— Zadzwonię jutro — pożegnała się Kit.

Joanna nie miała pewności, czy tak szybko pozna odpowiedź, zważywszy na to, że w domu pana Briarleya znajdowało się mnóstwo książek, a wiele z nich miało niebieskie okładki. O ile ten podręcznik naprawdę był niebieski. Rano wcale nie miała co do tego pewności. Uznała, że Candy „Raszpunka” Simons opierała swoje lusterko o książkę koloru najprawdopodobniej czerwonego. Konfabulujesz, skarciła się surowo i wbiegła po schodach na pediatrię. Na korytarzu wciąż stał wózek ze śniadaniem, a kościsty sanitariusz zbierał na nim puste tace. Joanna machnęła mu ręką i poszła do Maisie.

Jej taca z jajecznicą, grzanką i szklanką soku nadal stała na blacie, przysuniętym nad łóżko.

— Cześć, dzieciaku — przywitała się Joanna i weszła do pokoju. — Jak tam?

— Jem śniadanie — wyjaśniła Maisie, grubo przesadzając. Na grzance widniały ślady po dwóch maleńkich kęsach, a jajecznica i sok w ogóle nie były ruszone.

— Rozumiem. — Joanna przysunęła krzesło do łóżka i usiadła. — No dobrze, opowiedz mi o Pompejach.

— Więc tak — zaczęła Maisie, odkładając grzankę. — Ludzie usiłowali uciec jak najdalej od wulkanu, niektórym niemal się udało. Pewna pani z dwiema córeczkami i niemowlęciem prawie dotarła do bramy. W mojej dużej niebieskiej książce jest zdjęcie.

Joanna posłusznie podeszła do szafki i wyciągnęła Katastrofy i kolizje, ukryte w torbie z Barbie. Wręczyła książkę Maisie, która odepchnęła blat i otworzyła ją na kolanach.

— O, tutaj. — Znalazła jaskrawy rysunek wulkanu wyrzucającego czerwono-czarne kłęby dymu i lawy. Na drugiej stronie znajdowała się czarno-biała fotografia. Maisie przyłożyła do niej palec i przysunęła bliżej Joanny.

Zdjęcie nie było czarno-białe. Wydawało się takie, gdyż znajdowało się na nim kilka gipsowych odlewów, wyglądających jakby powstały z szarego popiołu. Postaci leżały tam, gdzie upadły. Dwie dziewczynki przywarły do matki, tulącej w ramionach niemowlę.

— To jest służąca. — Maisie wskazała zwiniętą kobietę, leżącą w pobliżu. — Pomagała im uciec. — Z powrotem przysunęła książkę do siebie. — Stratowano mnóstwo małych dzieci. — Przewertowała kilka stron. — Jedno z nich… — Gwałtownie podniosła głowę, zatrzasnęła książkę i ukryła ją pod kocem. Kiedy weszła Barbara, Maisie właśnie przysuwała do siebie blat.