Выбрать главу

— Dzień dobry, moje panie. — Barbara z dezaprobatą spojrzała na nie dokończone śniadanie dziewczynki. — Jajka nie smakują, co? Może wolisz musli?

— Nie jestem zbyt głodna — odparł Maisie.

— Musisz coś zjeść — oznajmiła stanowczo Barbara. — Może trochę owsianki?

— Nie lubię owsianki — wykrzywiła się Maisie. — Mogę zjeść później? Muszę powiedzieć pani doktor coś ważnego.

— To może zaczekać, aż skończysz śniadanie. — Joanna natychmiast wstała i skierowała się do drzwi.

— Nie, proszę zaczekać! — pisnęła Maisie. — Zaraz zjem. — Podniosła trójkątną grzankę i znowu ugryzła odrobinę. — Mogę jeść, rozmawiając z panią doktor, prawda?

— Pod warunkiem, że naprawdę będziesz jadła — wyjaśniła surowo Barbara. Odwróciła się do Joanny. — Połowę jajecznicy, całą grzankę i cały sok.

— Rozumiem — potwierdziła Joanna.

— Jeszcze wrócę, żeby sprawdzić — zagroziła Barbara. — I nie zgadzam się na chowanie jedzenia w chusteczkach. — Wyszła.

Maisie momentalnie odsunęła blat i pochyliła się, żeby otworzyć szufladę w nocnej szafce.

— Zaraz, zaraz — zaprotestowała Joanna. — Słyszałaś, co mówiła Barbara.

— Wiem, wiem, ale muszę coś wziąć. — Wsadziła rękę do szuflady i wydobyła złożoną kartkę, wyrwaną z notatnika, taką samą, na której napisała nazwisko członka załogi Hindenburga. Wręczyła papier Joannie.

— Co to takiego? — zdziwiła się Joanna.

— Relacja z moich doświadczeń granicznych. Kiedy pani wyszła, opisałam resztę, żeby niczego nie zapomnieć.

Joanna rozpostarła kartkę.

,,Mgła była koloru szarego”. Maisie miała staranny, zaokrąglony charakter pisma. „Zrobiło się ciemno, jak w nocy, albo jakby ktoś wyłączył światło. Znajdowałam się w długim, wąskim pomieszczeniu z prawdziwymi, wysokimi ścianami”.

— Pewnie o czymś zapomniałam — odezwała się Maisie.

— Jedz — przykazała Joanna. Podsunęła dziewczynce blat i czytała dalej. Maisie podniosła widelec i zaczęła bezwiednie dłubać w jajecznicy.

— Jeśli nie będziesz jadła, pójdę sobie i przyjdę kiedy indziej.

Maisie momentalnie wpakowała do ust widelec jajecznicy. Joanna przyglądała się, jak dziewczynka żuje i połyka. Dopiero potem wróciła do lektury. „Nie wiem, czy nade mną znajdował się sufit. Czułam się tak, jakbym była na dworze, ale nie wiem tego na pewno. To było tak, jakbym się znajdowała jednocześnie na dworze i w pomieszczeniu”.

— Czy ściany były wysokie? — spytała Joanna.

— Wznosiły się bardzo wysoko z obydwu stron — potwierdziła Maisie i uniosła obydwie ręce, aby zademonstrować. — Myślałam jeszcze o samej chwili powrotu. Ostatnio było inaczej niż poprzednio. Nie tak szybko. Napisałam o tym.

— Mogę wziąć tę kartkę?

— Jasne — przytaknęła Maisie, a Joanna złożyła papier i wsunęła go do kieszeni. — Ale pani jeszcze nie może iść. Mam pani jeszcze mnóstwo do powiedzenia.

— Więc jedz. — Joanna wskazała na jajecznicę.

— Jest zimna — poskarżyła się Maisie.

— A czyja to wina?

— Wiedziała pani, że podczas prac wykopaliskowych w Pompejach znaleziono jajka? Skamieniały pod warstwą popiołu.

— Cztery kęsy — zarządziła Joanna. — I popij sokiem.

— Dobrze. — Masie zjadła cztery malutkie kęsy i zaczęła powoli żuć.

— Jeszcze sok.

— Pamiętam. Muszę tylko wyciągnąć słomkę.

Mistrzyni opóźniania, pomyślała Joanna. Odchyliła się na krześle i przyglądała, jak Maisie zdziera folię, wtyka rurkę do kartonika i sączy niechętnie, w nadziei że Joanna zajmie się czymś innym. Wreszcie skończyła pić i siorbnęła na dowód, że kartonik jest pusty.

— Wie pani o tym przywiązanym psie, który nie miał na szyi żadnego identyfikatora, więc nie można było stwierdzić, jak się wabił? No więc podobnie się stało z jedną małą dziewczynką.

— W Pompejach?

— Nie — zniecierpliwiła się Maisie. — Podczas pożaru w cyrku w Hartford. Miała dziewięć lat. Udusiła się dymem. Wcale się nie spaliła, więc opublikowano jej zdjęcie w gazetach, i mówiono przez radio, i w ogóle. Ale nikt się po nią nie zgłosił.

— Nigdy? — zdziwiła się Joanna. Ktoś musiał ją w końcu zidentyfikować. Dziecko nie może tak po prostu zaginąć, nie zwracając niczyjej uwagi. Maisie pokręciła jasną czupryną.

— Nigdy. Wszystkie ciała ułożono w jednym wielkim pomieszczeniu, a matki i ojcowie przychodzili, aby je zidentyfikować, ale jej nikt nie rozpoznał. Nie znano jej imienia ani nazwiska, więc nadano jej numer.

Joanna nagle się przelękła. Tylko nie pięćdziesiąt osiem, poprosiła w myślach. Nie mów mi, że pięćdziesiąt osiem.

— Tysiąc pięćset sześćdziesiąt pięć — oświadczyła Maisie. — Takim numerem oznaczono jej ciało. Powinna była mieć identyfikator na szyi albo imię wyszyte na ubraniu, czy coś w tym stylu, jak pan Astor.

— Kto taki? — Joanna się wyprostowała.

— John Jacob Astor. Płynął Titanikiem. Jeden z kominów zmiażdżył mu twarz, więc nikt nie potrafił go rozpoznać, ale po wewnętrznej stronie swojej koszuli miał wyszyte inicjały. — Maisie złapała za kołnierz szpitalnej koszuli, aby pokazać. — J. J. A. Dopiero wtedy udało się im wyjaśnić, kto to.

— Dużo wiesz o Titanicu, Maisie?

— No pewnie. To najlepsza katastrofa, jaka się kiedykolwiek wydarzyła. Zginęło całe mnóstwo dzieci.

— Nigdy nie słyszałam, abyś kiedykolwiek o niej wspominała.

— To dlatego, że czytałam o niej znacznie wcześniej, kiedy leżałam w innym szpitalu. Chciałam obejrzeć film, ale mama nie pozwoliła mi pożyczyć kasety, bo w filmie jest… — pochyliła się i wyszeptała — S-E-K-S. Ale taka jedna Ashley, która miała wycinany wyrostek, powiedziała, że to nieprawda, bo pojawiają się tam tylko goli ludzie. Mówiła, że film jest naprawdę super, zwłaszcza kiedy statek unosi się w powietrze i wszystko spada, naczynia, meble, fortepiany i w ogóle, i jest straszny hałas. Wiedziała pani, że na Titanicu było pięć fortepianów?

— Maisie… — Joanna żałowała, że przywołała ten temat.

— Wiem wszystko o Titanicu. — Maisie nie zwróciła na nią uwagi. — Ludzie wieźli rozmaite rasy psów. Pekińczyki, airedale, pomeraniany i te śliczne maleńkie francuskie buldogi. Ich właściciele wyprowadzali je na spacery po pokładzie, choć przez większość czasu musiały siedzieć w psiarni w ładowni, z wyjątkiem tego malutkiego pieska Frou-Frou, który podróżował w kabinie…

— Maisie… — usiłowała się wtrącić Joanna, ale Maisie jej nie słyszała.

— …a po zderzeniu z górą lodową jeden pasażer, nie pamiętam, jak się nazywał, zszedł do psiarni i…

— Maisie…

— …wypuścił wszystkie psy — zakończyła dziewczynka. — Ale i tak potonęły.

— Nie możesz mi opowiadać o Titanicu. Prowadzę pewne badania…

— Mogę pani pomóc? — spytała ochoczo Maisie. — Pani Sutterly mogłaby przynieść trochę książek, a ja sama już sporo wiem na ten temat. Tak naprawdę, to nie doszło do żadnego zderzenia z górą lodową, statek tylko się o nią otarł burtą. Nawet niezbyt mocno, tylko że wodoszczelne grodzie…

Trzeba to było zakończyć.