Выбрать главу

— Pan doktor Wright mówił mi, że w Pompejach znaleziono ciało psa — przypomniała Joanna.

— Zgadza się — potwierdziła Maisie. Opowiedziała jej o łańcuchu, na którym uwiązano zwierzę, i o tym, jak próbowało wspinać się coraz wyżej po popiele. — Doktor Wright powiedział mi, że wszystkie psy w Pompejach miały na imię Fido, ale ja w to nie wierzę. Skąd miałyby wiedzieć, że trzeba przyjść, kiedy zawoła je właściciel, gdyby wszystkie tak samo się wabiły?

— Myślę, że pan doktor żartował — wyjaśniła Joanna. — Wiedziałaś, że Fido oznacza po łacinie „wierny”?

— Nie — stwierdziła spokojnie Maisie. — To byłoby dobre imię dla tego psa, którego znaleźli. — Wyciągnęła książkę spod koca i przerzuciła kilka stron. Wreszcie zatrzymała się na jakimś zdjęciu. — Usiłował uratować tę dziewczynkę. — Pokazała Joannie. Gipsowe odlewy psa o długim pysku i przytulonej do zwierzęcia dziewczynki leżały razem pod ścianą. — Ale mu się nie udało. Oboje zginęli.

Przysunęła książkę do siebie.

— Ten pies też nie miał identyfikatora z imieniem. — Niespodziewanie gwałtownie zamknęła książkę.

Joanna spojrzała na drzwi. Maisie podniosła koc, aby ukryć książkę, lecz gdy do pokoju wszedł czarny sanitariusz, uspokoiła się i położyła ją z powrotem na łóżku.

— Cześć, Eugene — ucieszyła się i wręczyła sanitariuszowi tacę.

— Dzień dobry — przywitała się Joanna. — Musi pan zostawić tacę. Maisie ma dokończyć jajecznicę.

— Ale Eugene ma obowiązek zebrać wszystkie tace w tym samym czasie — zaprotestowała Maisie.

— Nie, to nie jest konieczne — stwierdził Eugene i odłożył tacę na blat. — Mogę przyjść po nią później. — Mrugnął do Joanny.

— Dziękuję — powiedziała Joanna i wstała, gdy Eugene wyszedł. — Na mnie też już czas.

— Jeszcze nie. Obiecała pani, że zostanie tak długo, jak tylko zechcę. Muszę pokazać pani jeszcze jedno zdjęcie.

Zanim Joannie udało się wreszcie wyjść, obejrzała co najmniej dwadzieścia fotografii — stanowiska archeologicznego, odtworzonych rzymskich łaźni, złotej bransolety, srebrnego lusterka, rysunków ludzi w białych togach, którzy uciekali z przerażeniem w oczach jak najdalej od tryskającego czerwienią i złotem wulkanu, ludzi kryjących się w przyciemnionych od popiołu kolumnadach. Jeśli tym razem nie zobaczę Wezuwiusza, myślała Joanna w drodze powrotnej, to teoria Richarda nie jest warta funta kłaków.

Otworzyła drzwi do swojego gabinetu i sprawdziła nagrania na sekretarce. Lampka na telefonie błyskała niemal histerycznie.

— Masz dwadzieścia trzy wiadomości — wyjaśniło urządzenie, gdy je uruchomiła. I wszystkie od pana Mandrake’a, żadnej od Kit albo Kerri Jakes, pomyślała Joanna i wcisnęła przycisk odtwarzania.

Nic bardziej mylnego. Trzy nagrała Maisie, jedną Richard i cztery Vielle. Wszystkie pochodziły z wczoraj i były próbami odnalezienia Joanny. „Cześć, pamiętasz, że masz mój samochód, co?” zaczynała się ostatnia od Vielle. „Wychodzę. Jak wrócisz, zostaw kluczyki u pielęgniarki dyżurnej. Na nasz następny wieczór smakołyków pożyczę 60 sekund albo Grand Theft Auto”.

Na chwilę zapadła cisza, a potem Vielle sapnęła: „O mój Boże, nie uwierzysz, kto właśnie się pojawił. Pamiętasz tego przystojnego policjanta, który przyszedł, aby powiedzieć nam o facecie strzelającym gwoździami? Tego, co wyglądał jak Denzel Washington? No właśnie, oto on, i zdaje się, że weźmie udział w zebraniu. Panie aspirancie Right, nadchodzę!”

Joanna uśmiechnęła się szeroko, wcisnęła „kasuj” oraz „następna wiadomość”.

„Cześć, mówi Kerri Jakes. Czy pamiętam tytuł podręcznika do angielskiego z liceum? Żartujesz? W ogóle słabo pamiętam liceum. Po co ci ta informacja? Nie mów tylko, że tak naprawdę nie zrobiłaś matury i ktoś cię teraz zmusza do zapisania się na kursy uzupełniające. Tak czy owak, nie pamiętam tytułu tej książki, a jedyne, co pamiętam z drugiego semestru, to Ricky Inman, bo strasznie się na niego napaliłam i pętałam się przy drzwiach sali pana Briarleya przed końcem zajęć trzeciego semestru, czekając, aż wyjdzie”.

Kerri nie pamiętała liceum. Joanna wcisnęła przycisk „następna wiadomość”. „Mówi Elspeth Haighton. Staram się skontaktować z panią doktor Lander. Ustalony przez nas termin sesji jest nieaktualny. Tego dnia mam zebranie Junior League* [Amerykańska organizacja kobieca, zajmująca się działalnością dobroczynną i sprawami publicznymi.]. Proszę o telefon w celu ustalenia kolejnego terminu”.

Nikła szansa, pomyślała Joanna, lecz wykręciła numer pani Haighton. Telefon był zajęty. Jak to możliwe?, zastanowiła się Joanna, przecież jej nigdy nie ma w domu. Następnie powróciła do odsłuchiwania wiadomości.

Trzy kolejne nagrał pan Mandrake, zaczynając je niezmiennie od słów: „Nigdy nie odpowiada pani na wiadomości na pager, pani doktor”. Chciał porozmawiać z nią na temat pewnych niesamowitych nowych szczegółów, które przypomniała sobie pani Davenport. „Są tak żywe i autentyczne, że z całą pewnością przekonają panią o prawdziwości doświadczeń granicznych”.

Z tym, że to bzdura, pomyślała Joanna, chociaż prawdą jest, że szczegóły są żywe i autentyczne. Wciąż miała przed oczyma koronki na koszuli nocnej młodej kobiety, jej przerażony wyraz twarzy, a także misterne lampki w przejściu. Mimo to nie znajdowała się na prawdziwym Titanicu, chociaż wizja prezentowała się wyjątkowo realistycznie. To było coś innego.

„…nie tylko swojego wuja Alvina, lecz także duchy Juliusza Cezara i Joanny d’Arc, oczekujące, aby powitać ją po Tamtej Stronie”, głosił pan Mandrake.

Joanna skasowała go, a następnie szybko zapoznała się z treścią pozostałych wiadomości, zapisując je i od razu o nich zapominając, z wyjątkiem komunikatu od pana Wojakowskiego, który pozornie zadzwonił po to, aby wyjaśnić, że jego badania związane ze słuchem potrwają dwa miesiące, a po tym czasie będzie ponownie do jej dyspozycji, lecz w gruncie rzeczy chciał jeszcze raz opowiedzieć historię o zatonięciu Yorktown i marynarzach, układających swoje buty na pokładzie. Tej wiadomości nie zanotowała. Skasowała ją i wcisnęła przycisk „następna wiadomość”, zastanawiając się, kiedy wreszcie dotrze do końca.

„Mówi Kit Gardiner. Mam wiadomość dla Joanny Lander”, oznajmił głos Kit. „Wydaje mi się, że znalazłam pani książkę”.

W tle rozległ się głos pana Briarleya: „Joanna? Panna młoda”. Nauczyciel musiał się potem odsunąć od telefonu, bo Joanna zrozumiała tylko pojedyncze słowa: „…nie był… klucz…”

„Jest niebieska ze złotymi literami, a jej tytuł brzmi: Wyprawy i wspomnienia”, ciągnęła Kit. „Czy to coś pani mówi?”

Nie mówiło, ale tytuł przynajmniej zaczynał się na W, tak jak to zapamiętała Joanna.

„Właściwie jestem zupełnie pewna, że o tę książkę pani chodziło. Na okładce jest statek. Wujek Pat”, Kit ściszyła głos,,,zwykle ucina sobie drzemkę między jedenastą i pierwszą, więc byłby to dobry moment”.

„Tam właśnie weszła panna młoda, Piękna w ten czas wesela jak róża”* [Ibid.], mówił pan Briarley. „Kit, widziałaś mój dziennik z ocenami?”

„Na mnie już czas”, zakończyła Kit. „Do widzenia”. Sekretarka pisnęła po odegraniu ostatniej wiadomości.

Joanna rzuciła okiem na zegarek. Wpół do dwunastej. Porwała torbę, kluczyki i płaszcz, a następnie pobiegła do laboratorium. Przy pulpicie siedział Richard i wpatrywał się w skany z brodą opartą na dłoni.

— Muszę coś sprawdzić — wyjaśniła. — Wrócę przed pierwszą.