Выбрать главу

W tym momencie Tish litościwie zasłoniła słuchawkami uszy Joanny, która leżała w oczekiwaniu na Richarda. Spodziewała się. że podejdzie, podniesie słuchawkę i spyta, czy jest już gotowa.

Gotowa na co?, zamyśliła się. Na opadnięcie popiołu? Na Tommy’ego Lee Jonesa? Wezuwiusz eksplodował o pierwszej, pomyślała i znalazła się w tunelu.

W przejściu panowała cisza, jakby głośny dźwięk ucichł. Od otwartych drzwi oślepiająco błyszczało złote światło. Jeśli to Wezuwiusz, przykryj usta i nos ręką, a potem biegnij z powrotem do korytarza, przykazała sobie, ruszając w stronę drzwi. Nie był to jednak Wezuwiusz ani zbliżający się pociąg, ani też nie stała w korytarzu na drugim piętrze, co zresztą wiedziała od chwili, gdy się tu znalazła. Przebywała na Titanicu, a przez otwarte drzwi widziała ubraną w białą nocną koszulę kobietę rozmawiającą z panią w białych rękawiczkach.

— Jestem pewna, że nie ma się czym przejmować, Edith — stwierdziła kobieta w białych rękawiczkach.

— Idź poszukać pana Briarleya — Przykazał brodacz stewardowi. — On będzie wiedział, jaka jest sytuacja.

— Tak jest, proszę pana — potwierdził steward.

— Będziemy w kabinie.

— Tak jest, proszę pana — oświadczył steward i skierował się ku światłu.

Joanna próbowała wypatrzyć, dokąd idzie, lecz poświata okazała się zbyt jasna. Poszła krok do przodu, usiłując jak najwięcej zobaczyć, ale zaraz się zatrzymała. Muszę przekroczyć próg, pomyślała, i znowu ogarnął ją strach.

Głos powiedział: „Nie możesz przejść na tę stronę”, jak stwierdziła pani Grant, a pan Olivetli mówił: „Wiedziałem, że gdybym przeszedł przez bramę, nigdy bym nie powrócił”. A jeśli wejdzie na pokład, czy będzie mogła powrócić? A może Vielle się nie myliła i doświadczenia graniczne stanowiły element procesu umierania, zapoczątkowywanego przez przekroczenie progu?

To niemożliwe, zadecydowała Joanna. Oboje się mylą, a wraz z nimi pan Mandrake. Doświadczenia graniczne nie są bramą prowadzącą na Tamtą Stronę. Są czymś innym, a ja muszę się dowiedzieć czym. Kiedy stanęła na progu, ponownie spojrzała na podłogę, wyraźnie widoczną w mocnym świetle. Pomiędzy wyłożoną woskowanym drewnem podłogą korytarza i nic lakierowanymi deskami pokładu przebiegała zauważalna granica.

Joanna przyłożyła rękę do klatki piersiowej, jakby pragnąc uspokoić serce.

— „Śmierć jest także wielką przygodą” — powiedziała, przekroczyła próg i wyszła na pokład.

Rozdział 25

„Teraz możemy pokonać ruchome piaski”.

Ostatnie słowa Lymana Franka Bauma

— Pan Briarley wszystko nam wyjaśni — odezwał się brodacz do kobiety. Żadne z nich się nie odwróciło, kiedy Joanna wyszła na pokład. Zastanawiała się, czy ją widzą.

— Tymczasem — ciągnął mężczyzna — panie powinny wracać do środka, gdzie jest cieplej.

Młoda kobieta skinęła głową, otulając się płaszczem.

— Zimno mi — zadrżała.

Steward zniknął w świetle. Joanna poszła za nim, w nadziei że dostrzeże, dokąd się udał. Minęła grupkę ludzi i przeszła obok młodej kobiety oraz grubego siwego mężczyzny w tweedowym ubraniu.

— Wyjaśnili, co się stało? — spytał gruby nieznajomy wysokiego mężczyznę w czarnym płaszczu, gdy Joanna ich mijała.

— Co ty tu robisz? — krzyknął brodacz.

Joanna podskoczyła i ze zdumieniem odwróciła się w jego stronę, lecz mężczyzna nie zwracał się do niej. Swoje słowa skierował do młodego mężczyzny w brudnawym swetrze i miękkiej czapce.

— Nie powinieneś tu wchodzić — surowo wyjaśnił brodacz.

— Osoby postronne nie mają tu prawa wstępu.

— Przepraszam. — Młody człowiek rozejrzał się nerwowo.

— Usłyszałem hałas i przyszedłem sprawdzić, co się dzieje.

Tak samo jak ja, pomyślała Joanna. Kiedy podeszła bliżej, dostrzegła, że światło dobiega z lampy umocowanej na pomalowanej na biało metalowej ścianie. Jedno ze świateł pokładowych, uznała. Musi być jeszcze bardzo wcześnie, gdyż pod sam koniec światło zaczęło zanikać i świecić na czerwono, inżynierowie nic mogli bowiem podtrzymać pracy prądnic.

A potem zgasło, przypomniała sobie Joanna. To światło było jednak pokrzepiająco jasne, tak jasne, że w jego promieniach nie widziała niczego, nawet kiedy przysłoniła oczy. Uznała, że musi je obejść, aby cokolwiek zobaczyć.

Ponownie się zatrzymała, tak samo jak wtedy, gdy przystanęła na progu. Przyłożyła rękę do piersi i zeszła pod pokład w miejscu, w którym zniknął steward. Ruszyła ku światłu, przeszła przez nie i za nie.

Myliła się. Nie znajdowała się na dworze, chociaż czuła przenikliwe zimno. Pokład był oszklony, na całej jego długości znajdowały się długie i szerokie okna z białymi framugami. Joanna do nich podeszła i wyjrzała na zewnątrz, lecz szkło odbijało światło tak silnie, że dostrzegła tylko odblask białej ściany i pustego pokładu. Joanna odwróciła się w stronę prowadzących do przejścia drzwi. Ujrzała czarny otwór.

Pasażerowie zapewne znikli we wnętrzu statku. Brodacz powiedział stewardowi: „Będziemy w kabinie”, a kobieta poskarżyła się na zimno. Na pewno poszli do swoich kajut, uznała Joanna i ruszyła za nimi do przejścia.

Do tunelu. Nie rób tego, zabroniła sobie. Jeszcze nie chcesz wracać, jeszcze się nie dowiedziałaś, dlaczego widzisz Titanica, ani nie poznałaś związku między nim a twoimi doświadczeniami. Nawet nie patrz w tamtą stronę. Pamiętaj, co się przydarzyło Orfeuszowi, przykazała sobie i zmusiła się do odwrócenia głowy od drzwi.

— A jeśli nie uda mi się znaleźć przejścia, kiedy będę gotowa do powrotu? — spytała głośno, a jej głos rozszedł się głuchym echem po zamkniętej przestrzeni pokładu. Żałowała, że nie miała przy sobie okruchów chleba albo kłębka wełny pani Troudtheim. Musisz zapamiętywać, dokąd idziesz, pomyślała, i nie wolno ci zostać tutaj zbyt długo. Masz tylko nieco ponad dwie i pół godziny. Albo cztery do sześciu minut.

Ale przecież nie znajdowała się w stanie prawdziwej śmierci klinicznej. To tylko symulacja, która się skończy, gdy Richard przestanie jej podawać dithetaminę, co może nastąpić lada chwila. Trzeba działać.

Ruszyła przed siebie. Steward zniknął. Pokład był długi i pusty, stały na nim tylko leżaki oraz niskie, pomalowane na biało schowki z namalowanymi szablonem napisami „Kamizelki ratunkowe” na wiekach. Co kilka metrów na ziemi znajdowały się linie, wyznaczające boiska do gry w shuffleboard* [Gra, w której uczestnicy popychają kijami drewniane lub plastikowe dyski na namalowane na ziemi pola o różnej wartości punktowej.].

W oddali mignęła biała marynarka stewarda, który wyszedł przez jedne z drzwi i ruszył w głąb pokładu. Jego biały uniform rozbłysnął w świetle lampy pokładowej, a następnie zniknął w cieniu, jakby ktoś zapalił i zgasił żarówkę.

Joanna przyśpieszyła kroku, usiłując dogonić stewarda; już otwierał inne drzwi. Pobiegła w jego stronę, usiłując je odnaleźć, lecz ściana okazała się pusta, choć Joanna była niemal pewna, że minęła miejsce, w którym zniknął steward.

A jednak nie, dopiero po chwili dostrzegła białe metalowe drzwi. Wyciągnęła do nich rękę, niepewna, co się stanie. Nie wiedziała, czy uda jej się otworzyć drzwi, czy też jej ręka zagłębi się w nich, jakby była duchem.

Ani jedno, ani drugie. Zacisnęła dłoń na klamce i pociągnęła, lecz drzwi okazały się zamknięte na klucz. Spróbowała jeszcze raz, obiema rękami, a po chwili dała za wygraną i poszła dalej w głąb pokładu. Kilka metrów za pierwszymi znajdowały się drugie drzwi, a potem jeszcze jedne, lecz i one nie dały się otworzyć.