Od pewnego punktu pokład się zwężał i skręcał zgodnie z linią dziobową statku. Nieco dalej, idealnie pod lampą, znajdowały się drzwi. Podbiegła do nich i szarpnęła za klamkę.
Drzwi się otworzyły. Już miała wejść do środka, gdy zatrzymała się i odwróciła. Nie dostrzegała przejścia z powodu krzywizny pokładu, więc się zawahała, czy powinna wrócić i upewnić się, że wejście nadal jest otwarte. Następnie otworzyła drzwi i zniknęła w środku.
Znalazła się na korytarzu. Na polakierowanej drewnianej podłodze leżały chodniki, a przy ścianach stały ławki z wysokimi i oparciami. Pośrodku umieszczono proste drewniane schody z rzeźbionymi tralkami. Joanna podeszła bliżej, położyła dłoń na poręczy i wychyliła się za wypolerowaną balustradę. Schody sięgały dwóch niższych pokładów, a głębiej niknęły w mroku.
Podniosła głowę, usiłując dojrzeć szczyt schodów, lecz na górnych pokładach także panowały ciemności. Nigdzie nie dostrzegła stewarda. Zawahała się, nie potrafiąc się zdecydować, w którą stronę pójść. Nie na dół, doszła do wniosku, na pewno nie na Titanicu, i zaczęła się wspinać po schodach.
Wyżej znajdował się znacznie elegantszy korytarz i kolejne schody, węższe i bardziej strome. Podłogę przykrywały perskie dywany, a na oklejonych tapetą ścianach wisiały obrazy. Wejście po prawej stronie zagrodzono podwójnymi drzwiami z pochylonymi szybami. Przez szkło Joanna dostrzegła duży pokój z różowymi dywanami, na których umieszczono zastawione stoły.
Jadalnia pierwszej klasy, pomyślała i popchnęła podwójne drzwi, lecz okazały się zamknięte na klucz. W środku nie dostrzegła nikogo, a między przykrytymi białymi obrusami stołami nie kręcili się kelnerzy. Każdy stół udekorowano kwiatami i niewielką lampą z różowym kloszem. Srebrne sztućce i porcelanowe naczynia połyskiwały czerwonawo w ich świetle.
Na ścianach wisiały podobne różowe lampy, wykonane z jasnego, spłowiałego drewna. Na fortepianie także ustawiono lampę. Instrument wykonano z takiego samego jasnego drewna, lecz starannie polakierowanego. Podniesiona klapa fortepianu błyszczała złoto w świetle kryształowego żyrandola. Przed instrumentem stała pozłacana klatka, lecz z takiej odległości Joanna nie potrafiła określić, czy znajduje się w niej jakiś ptak. Czy na Titanicu przewożono jakieś ptaki? Maisie nic o tym nie wspominała.
Wąskie drewniane stopnie prowadziły na górę obok okien jadalni, a wyżej usytuowano kolejne schody. Joanna wdrapała się po stopniach. Na końcu schodów znajdowały się drzwi z iluminatorem. Na pewno prowadzą na zewnętrzny pokład, uznała Joanna, lecz kiedy zerknęła przez szybkę, dostrzegła wyłącznie ciemności. Otworzyła drzwi.
Nadal nic nie widziała. Nagły powiew chłodu uświadomił jej, że się znajduje na dworze, lecz nie czuła wiatru, ani nawet łagodnej bryzy. Tej nocy było zupełnie bezwietrznie, przeszło jej przez myśl. Pan Briarley wspominał o tym na lekcji. Wszyscy rozbitkowie potwierdzali, że woda zupełnie się nie ruszała, nie odczuli żadnych fal.
Wbiła wzrok w ciemności, ręką trzymając się drzwi i czekając, aż jej wzrok przystosuje się do mroku. Możliwe, że tu jest jak w przejściu, pomyślała, że nie ma tu światła, do którego się można przyzwyczaić. Po bardzo długim, jak się jej zdawało, czasie, zaczęła jednak rozróżniać kształty. Burty, zagięta rura wentylacyjna, a z prawej strony wysoka i masywna konstrukcja.
To jeden z kominów, doszła do wniosku, wpatrując się w czarną sylwetkę na jeszcze ciemniejszym niebie. Znalazła się na otoczonym poręczami małym tarasie. Z początku sądziła, że balustrada całkowicie zamyka przestrzeń tarasu, lecz po minucie dostrzegła małe stalowe schodki o czterech stopniach, prowadzące na wyższy pokład.
Podeszła bliżej, puszczając drzwi, które zaczęły się zamykać. Joanna złapała za klamkę i znieruchomiała, nie chcąc odcinać sobie drogi powrotu. Rozejrzała się wokoło, lecz na tarasie nie znajdowało się nic, czym mogłaby zablokować drzwi. Nie ośmieliła się ich zamknąć z obawy przed zatrzaśnięciem.
Złapała klamkę drugą dłonią, schyliła się i zdjęła but. Zablokowała nim drzwi, ostrożnie je przymknęła i podeszła do schodków. Wspięła się po nich, trzymając się obydwu poręczy, i poszła górnym pokładem. To na pewno pokład łodziowy, zadecydowała. Powyżej wznosiły się cztery ogromne kominy oraz zwisały grube liny dźwigów przeładunkowych. Ale gdzie się podziały szalupy ratunkowe? Nigdzie ich nie widziała. Powinny wisieć wzdłuż całego pokładu.
A jeśli już są na wodzie? Nagle ogarnęła ją panika. To niemożliwe. Łodzi ratunkowej A nie opuszczono aż do piętnaście po drugiej, kiedy dziób zniknął już pod wodą, a pokład tak bardzo się pochylił, że zachodziła konieczność odcięcia lin. Pokład, na którym teraz stała Joanna, wciąż znajdował się w pozycji poziomej.
Poza tym nawet po wodowaniu szalup na pokładzie łodziowym pozostali ludzie, Strausowie i Allisonowie, a także wszyscy nie wpuszczeni do łodzi mężczyźni i pasażerowie z niższych klas, którzy przedostali się z dolnych pokładów.
Przypomniała sobie o orkiestrze. Muzycy stali na pokładzie łodziowym, grając ragtime i walce przez cały czas wprowadzania ludzi na szalupy, a wreszcie Bliżej Ciebie, Panie. Grali do samego końca.
A zatem to niemożliwe, aby spuszczono już łodzie, gdyż na ciemnym pokładzie nie znajdowała się ani jedna osoba. Poza tym panowała kompletna cisza, zakłócana jedynie przez nierówny stukot buta i odgłos bosej stopy Joanny.
Pokład kończył się niespodziewanie na niskiej, białej konstrukcji, zwieńczonej kratownicą. Obok znajdowały się stalowe schody, dłuższe niż poprzednie, przez otwór w podłodze prowadzące na dół, do zadaszonego pokładu. Joanna zeszła tam, spoglądając w górę, aby zapamiętać drogę powrotną.
Gdy się odwróciła, dostrzegła łodzie. Wisiały na białych stalowych żurawikach, przyczepione do wózków i grubych zwojów lin. Kapitan Smith najwyraźniej nie wydał jeszcze rozkazu opuszczenia szalup. Wciąż przykrywały je płócienne pokrowce.
Mimo to na pokładzie powinni znajdować się oficerowie. Kapitan Smith wysłał dwóch podkomendnych, aby oszacowali zniszczenia, a sam pozostał na mostku wraz z pozostałymi oficerami do czasu ich powrotu. Niektórzy pasażerowie zjawili się u niego, aby sprawdzić, co się stało. Joanna nie dostrzegła też marynarzy pełniących wachtę ani pasażerów przechadzających się po pokładzie. Pokład łodziowy nigdy nie bywał tak pusty.
Może to nie jest Titanic, może to Mary Celeste, zastanowiła się Joanna i wsunęła ręce do kieszeni. Statek nie jest opuszczony, odpowiedziała sobie. Po prostu jest zbyt zimno, żeby ludzie stali na pokładzie. Wszyscy są w środku.
To musiało być właściwe wyjaśnienie. Gdy oddychała, widziała parę wodną, a jej bosa stopa zmarzła na kość. Ukryli się pod pokładem. W oddali dostrzegała światła wydobywające się z rzędu iluminatorów i układające się w złocisty kwadrat na pokładzie. Właśnie tam przebywali, stwierdziła i poszła do światła, mijając długie i niskie pomieszczenie w białym kolorze. „Kwatery oficerskie”, głosił napis na drzwiach.
To tutaj przechowywano składane łodzie ratunkowe, pomyślała Joanna i spojrzała na płaski dach, usiłując wypatrzyć szalupy. Było jednak zbyt ciemno, aby je dostrzec.
Skoro tutaj mieściły się kwatery oficerskie, światła musiały dobiegać ze sterówki i z, mostku. Szła niestrudzenie, aż wreszcie zatrzymała się w jasnej części pokładu. Stała przed schodami prowadzącymi na górę. Pasażerowie nie mogą wchodzić na mostek, przypomniała sobie i wdrapała się po schodach.