Выбрать главу

– O, już panią trochę łapie – zauważyła. – Widać ślad kostiumu. Byle nie za prędko, na pani miejscu z tym słońcem do jutra bym poczekała. Gdzie też się pani uchowała z taką białością…!

Zaczynałam mieć trochę dosyć tej mojej białości, z której tak dumna byłam przez całe życie. Żadna przyzwoita kobieta nie powinna zwracać na siebie uwagi odstępstwami od panujących obyczajów, zniecierpliwienie mnie ogarniało, chciałam też zyskać ciemną karnację, skoro taka moda zapanowała. Nic tu jednak przyśpieszyć nie mogłam, wiedziałam wszak, co znaczy oparzenie!

Ledwo, przebrana już, na próg domu wyszłam, automobil podjechał i rudowłosa, młoda osoba w pośpiechu zeń wysiadła. Spojrzała, ramiona ku mnie wyciągnęła i już cudem jakimś wiedziałam, że jest to Ewa Borkowska. Starsza o te kilka lat, z innym włosów kolorem, ale ona, ona sama, prawdziwa moja przyjaciółka!

Padłyśmy sobie w objęcia, śmiejąc się i płacząc. Dokładnie od tej chwili część mojej egzystencji pobiegła jeszcze szybciej. Ze zwierzeniami wzajemnymi nie mogłyśmy nadążyć, Ewa przedstawiła mi zaraz swojego męża, który z nią razem na wypoczynek przyjechał, wspólnie siedliśmy do obiadu, nagle, z prędkością piorunującą, jęłam się uczyć wszystkiego, mowy, zachowań, obyczajów, postępowania, dbałości o siebie! Ewa wręcz oburzyła się, że nie mam malowanych paznokci u rąk i u nóg, wskazała mi zakład, gdzie te zabiegi się czyni, skorzystałam od razu. Chciwie spenetrowałam jej stroje, chciwie słuchałam opowieści o jej życiu i pracy. Tak, pracy, bo oto ona pracowała niczym mężczyzna, choć jej mąż był człowiekiem bogatym, pracowała dla przyjemności i satysfakcji własnej, w firmie jakiejś ogromnej, robiącej reklamy. Dzięki niej rychło pojęłam, czym są owe reklamy i czemu służą, od niej się dowiedziałam wszystkiego o ludziach znanych i sławnych, od niej pierwszej usłyszałam okropne słowo: seks…

W pięć dni stałam się inną kobietą.

Nie poleciałam do Londynu po tygodniu.

Zaczęło się od tego, że, kiedy wszyscy razem, Ewa, jej Karol i ja, byliśmy na plaży w bliskości mojego domu, podszedł do nas ów doktór, który mi białość wytykał. Tak się odezwał, jakby znajomość nasza trwała od dawna, i tak też został przez tamtych dwoje przyjęty, co miało tę dobrą stronę, że się przedstawił. Pan Philip Villon. Pochwalił mnie od razu.

– Zdumiewający rozsądek pani wykazuje, widzę, że ta olśniewająca biel już znika bez żadnej szkody dla zdrowia. A to zaledwie czwarty dzień. Gratuluję siły charakteru.

Nim zdążyłam usta otworzyć, wtrąciła się Ewa.

– Słusznie, ja też ją podziwiam. Sama już bym się spiekła. Choć z drugiej strony, doprowadzić się do takiej bieli, to skandal, przez ileż lat słońce jej na oczy nie widziało! Chory mąż nie stanowi żadnego usprawiedliwienia.

– Aaa…! – odgadł doktór i usiadł przy nas. – Rozumiem, pielęgnowała pani chorego męża? I z jakim skutkiem?

– Śmiertelnym – wyrwało mi się zgryźliwie, bo rozgniewało mnie, że Ewa zbyt szczerze obcemu człowiekowi takie szczegóły wyjawia.

– Uch, mówmy wprost! – zniecierpliwiła się Ewa. – Łaska boska, że umarł. Do dziś zrozumieć nie mogę, po co w ogóle za niego wyszłaś!

– Możliwe, że dziś i ja sama siebie zrozumieć nie mogę – zgodziłam się z nią, hamując niezadowolenie. – Ale wtedy… Wzruszyłam ramionami i ugryzłam się.w język, by nie po

wiedzieć za wiele. Cóż ja wtedy miałam do gadania? Panna z doskonałej rodziny, ale zupełnie bez posagu, bez żadnej sperandy, pozbawiona krewnych, po których mogłaby dziedziczyć, urodę miałam i wykształcenie, nic więcej. Rodzicom ledwo-ledwo na siebie starczalo, bo ojciec cały majątek na swoje eksperymenty naukowe stracił i jedyny skarb, jaki posiadał, to bibliotekę niezwykle obszerną, która na moją własność nie tak dawno przeszła. Kiedy zatem bogacz i hrabia, choć hrabiostwo jego gdzie było od naszego młodsze, o moją rękę jął się starać, wydało się to czystym darem losu. Że starszy ode mnie o lat czterdzieści, gruby, pokraczny i schorowany, cóż to komu szkodziło? Ja zaś, przerażona niepewną przyszłością, w szesnastym roku życia, sama nie wiedziałam, co czynię, a gdybym nawet wiedziała, widząc ulgę wielką rodziców, też bym pewnie okazała posłuszeństwo…

I Ewa… Ależ tak, właśnie Ewa oburzała się strasznie i płakała nade mną. Przed samym prawie moim ślubem się rozstałyśmy i straciłyśmy z oczu.

Nagle bunt we mnie wybuchł i znów ta rewolucja rozkwitła.

– No dobrze, mówmy wprost – rzekłam zimno i gniewnie. – Poszłam za niego dla pieniędzy. Wiesz doskonale, że moi rodzice stracili wszystko, a ja, głupia dziewczynka…

– Po pierwsze, nigdy nie byłaś głupia – zaprotestowała Ewa z energią – a po drugie mogłaś studiować, iść do pracy… No owszem, ciężkie życie. I twoja matka… I ojciec… Czarujący człowiek zresztą, uwielbiałam go… Jeśli ze względu na nich ustawiłaś się finansowo, coś niecoś mogę zrozumieć. Jeśli był to błąd, zapłaciłaś za niego całkiem nieźle, ale za to twoi rodzice spędzili ostatnie lata życia w błogim spokoju.

– Przepraszam, a na co chorował pani mąż? – spytał doktór bardzo spokojnie i rzeczowo.

O mój Ty Boże, a na cóż on NIE chorował…?!

– Na wszystko – westchnęłam smętnie. – Chroniczna niestrawność, połączona z nieopanowanym łakomstwem. Żółć. Wątroba. Ustawiczne ataki. Niedowład nóg, reumatyzm, przeziębienia, jedno za drugim, sama nie wiem, co jeszcze, wszystko w nim szwankowało. Także nerki. W młodości prowadził bardzo niezdrowy tryb życia…

Znów się ugryzłam w język, żeby nie wspomnieć o kurtyzanach wiedeńskich, o których dowiedziałam się znacznie później, a które podobno siły żywotne z niego wyssały sposobem bliżej mi nie znanym. I o stu dwudziestu kołdunach, które w jedno popołudnie pożarł z flakami na najtłustszym rosole, jaki w życiu widziałam, i po których przed świtem umarł. Doglądałam wtedy źrebiącej się klaczy wielkiej klasy, z weterynarzem razem i z Romanem, klacz oźrebiła się szczęśliwie, ale kiedy wróciłam do domu, mój mąż owe kołduny już kończył… Widząc to, po doktora posłałam od razu, ale nieszczęście chciało, by doktór akurat trudny poród baronowej Brzezińskiej przyjmował… Dwa życia za jedno.

Przez wspomnienie okropne straciłam chwilę rozmowy. – Och, sękocińskie lasy – mówiła Ewa. – Podobno przed wojną były rzeczywiście wspaniałe, starodrzew, ale wszystko zostało wycięte i teraz niewiele zostało. Oczywiście odrasta, ale w mniejszym zakresie, to już nie to, co było. Przyznam się panu, gdybym wiedziała, że moja przyjaciółka do tego stopnia poddała się tej pielęgniarskiej pracy, sama bym do niej pojechała, ale na ostatnie kilka lat straciłyśmy się z oczu, urwany kontakt, i zupełnym przypadkiem, przez notariusza, odnalazłyśmy się ponownie. To w wielkim stopniu moja wina, zmieniałam adresy, nie zdążałam wszystkich zawiadamiać…

– Nie wiem, czy należy żałować, bo, wnioskując na oko, to zamknięcie się wśród lasów wyszło pani przyjaciółce na zdrowie. Opalanie się to moda, czasem nawet szkodliwa – tu doktór zwrócił się do mnie – ale metoda, którą pani stosuje jest ze wszech miar godna polecenia. Umiar, a nie szaleństwo.

W głowie ciągle jeszcze miałam te potworne kołduny.

– Urodziło się wtedy źrebię – powiedziałam wbrew woli. – Klaczka. Astra. Jej matka, Gwiazdeczka, do tej pory jest moim ulubionym wierzchowcem.

– Jeździsz konno? – zdziwiła się Ewa i natychmiast odpowiedziała sama sobie. – Ależ tak, pamiętam! Oczywiście, mieliście konie, a do tego objeżdżałaś konie na Służewcu, na treningach! Wstawałaś o piątej rano! O Boże, podziwiałam cię z przyjemnością!