Выбрать главу

I zaraz nazajutrz zaproponował mi rzecz osobliwą, a to wyjście na tyły przez okno. Myślałam w pierwszej chwili, że źle słyszę, i wręcz posądziłam go o pijaństwo, ale prędzej już chyba sama mogłabym być pijana niż Roman.

– I na cóż to? – spytałam podejrzliwie. – Jeśli już frontem nie mam wychodzić, to dlaczego nie kuchennymi drzwiami? – Bo też jest z nich wyjście tylko na promenadę – odparł

zimno. – A z okna prosto na ulicę z tyłu i tak jaśnie pani ośmielam się radzić.

– Bo co?

– Bo jak wczoraj wracaliśmy, ktoś się nam przyglądał i ta sama osoba może teraz popatrzeć, jak wyjeżdżamy. Skoro jeździmy w tajemnicy, to w tajemnicy, a dla jaśnie pani, bez urazy, wychodzenie przez okna nie pierwszyzna. Jaśnie pani raczy pamiętać, że znam jaśnie panią od najmniejszego dziecka i więcej widziałem niż ktokolwiek inny.

Zakłopotałam się na moment, bo też istotnie w dzieciństwie zbyt potulna nie byłam. Owszem, pozornie grzeczna i posłuszna, swoje kaprysy miewałam, sił i wigoru czułam w sobie zbyt dużo, jak na egzystencję dobrze wychowanej panienki, i nie raz jeden, i nie dziesięć, oknem się wymykałam, by wzroku służby uniknąć, to nad wodę do kąpieli, to na jazdę konną, to do lasu, który o świcie najpiękniejszy mi się wydawał, to Cyganów podglądać, to owoce prosto z drzewa zjadać, i jakoś wcale mnie nie dziwiło, że w drodze powrotnej prawie zawsze Romana spotykam. Teraz nagle pojęłam, że czuwał nade mną z daleka i moje wykroczenia znał doskonale.

No dobrze, ale co innego dziecko dwunastoletnie, a co innego dorosła kobieta. Z własnego domu przez okno wyłazić, żeby się ukryć… Przed kim?!

– I któż to jest, ta osoba? – spytałam sucho.

– Pan Armand. Nie muszę chyba mówić, że on się jaśnie

panią bardzo interesuje?

Masz ci los, znów Armand…! W jednym mgnieniu oka zdecydowałam się na to okno od tyłu i trzeba przyznać, że wyjście przez nie najmniejszych trudności mi nie sprawiło.

Dzięki czemu zresztą od razu bardzo dużo się nauczyłam, bo Roman kazał mi samej ruszyć, z wąskich uliczek wyjechać, a potem mocno przyśpieszyć, w dodatku we wsteczne lusterko cały czas jednym okiem patrząc dla sprawdzenia, czy nikt za nami nie jedzie. Ta sztuka udała mi się dzięki edukacji całego życia, gdzie indziej patrzeć, a co innego widzieć, to każda niewiasta potrafi. No, może przy patrzeniu całkowicie do tyłu trochę się trzeba wysilić.

Nim się zdążyłam obejrzeć, Roman dokonał zakupu drugiego samochodu dla mnie, mniejszego nieco, i na zmianę jęłam jeździć to jednym, to drugim. Wciąż o tym świcie wczesnym, tuż przed wschodem słońca zaczynając. Trzeciego dnia doznałam uspokojenia, bo Armand zapowiedział swój wyjazd do Paryża, gdzie rankiem musiał coś załatwić i wrócić zamierzał dopiero pod wieczór. Byłam świadkiem jego odjazdu i dopiero kiedy znikł mi z oczu, pojęłam, jak ciężki kamień zlatuje mi z serca. Z wyjątkową przyjemnością wyszłam z domu przez drzwi…

Po czym, wczesnym popołudniem, przeżyłam chwilę straszliwą.

Weszłam do wody zwyczajnie, zadowolona bardzo, obok mnie były osoby znajome, Gaston w pobliżu, nieco dalej Philip, odpłynęłam w głąb morza radośnie, bo coraz bardziej pływanie mi się podobało i przemyśliwałam już nad nauką nurkowania głębokiego i umiejętnością posługiwania się deską ze skrzydłem, na co dotychczas brakowało mi czasu, w samym pływaniu nabierałam jeszcze większej wprawy i siły, kiedy nagle nastąpiło coś, co niemal mnie sparaliżowało.

Znienacka poczułam, że coś mnie chwyta za nogi i ciągnie w głębinę.

Nie krzyknęłam, na szczęście, bo przy próbie krzyku woda mogłaby mnie zadusić. Powietrze miałam w płucach, wstrzymałam je, poszłam pod wodę bezwolnie, aż te sekundy paniki minęły. Nie wiem, jakim cudem udało mi się uwolnić nogi i wyprysnęłam w górę. Wtedy krzyknęłam. Po czym znów uczułam owe więzy, ale tym razem tylko za jedną nogę coś mnie chwyciło, drugą w coś uderzyłam, wciągnięta w głąb otwarłam oczy i ujrzałam widok tak przerażający, że od niego samego powinnam była paść trupem. Potwór jakiś straszny, czarny i z wyłupiastymi oczami mnie napastował, do ryby żadnej niepodobny, do człowieka też nie, monstrum z bajki najokropniejszej macki ku mnie wyciągało, pod wodę wlokąc. Siły nadludzkie we mnie wstąpiły, w walkę z tym

– Jest takie powiedzenie, i bardzo słuszne – pouczył mnie Roman przy tej okazji. – Kierowca ma oczy dookoła głowy…

Kiedy po powrocie z tej jazdy dosyć kawalerskiej znów weszłam przez to samo okno i wyjrzałam nieznacznie na front, Roman mi pokazał Armanda, wśród namiocików na plaży ukrytego. Więc jednak…! Śledził mnie…? Może i był jakiś sens w mojej obawie przed nim…?

Wahałam się, czy Gastonowi o nim powiedzieć. Pojedynki wprawdzie w obecnych czasach były nie w modzie, ale jakieś nieprzyjemności mogły z tego wyniknąć. W dodatku tak dziwnie mało czasu mieliśmy dla siebie, że szkoda go było na długie dyskursy. Nie konwersacji byłam spragniona i nie sztuki rozmowy musiałam się uczyć, inne doznania nowość kuszącą dla mnie stanowiły i bywało, że, wspomniawszy chwile niedawno przeżyte, sama czułam, jak mi rumieniec na twarz wypływa. Któż by przypuszczał…?! Czyż to takimi sposobami kurtyzany wiernych mężów od żon odrywały, pozbawiając razem przytomności umysłu i majątku…?

O Boże, wszelka moralność mnie odbiegła…!

Na sam widok Gastona jakiś przewrót we wnętrzu czułam, a i w nim widać było, jak przy mnie światło wielkie gdzieś mu w środku rozbłyska. Nad twarzą panował, co, miałam nadzieję, że i mnie się udaje, ale oczy wszystko mówiły wyraźnie. Ciałem, duszą i sercem należałam do niego i aż dziw brał, że nic przy tym nie myślałam i nad przyszłością nie zastanawiałam się wcale.

– Nigdy w życiu nie spotkałem takiej dziewczyny jak ty – rzekł mi jednego wieczoru. – Jest w tobie coś, czego nie umiem określić, czasem wydajesz mi się wręcz nierzeczywista. Pomijam już twoje wszystkie inne zalety, od pierwszego spojrzenia na ciebie dostałem małpiego rozumu, to było chyba widać? Świat mi z oczu zginął. Zdawałoby się, że. zaczynam cię poznawać, a jednak nie, co, u diabła, jest w tobie takiego…? Bo że jest, czuję wyraźnie!

A pewnie, że było. Dziewiętnasty wiek. Nie mogłam mu tego przecież powiedzieć… koszmarem się wdałam, ale pewnie bym uległa i została utopiona, gdyby nie to, że nagle tuż obok ktoś więcej w wodę się zwalił. Poczułam, że chwyt na nogach zelżał, jak szalona wyskoczyłam nad powierzchnię morza i popłynęłam do brzegu. Kątem oka dostrzegłam, że komuś na desce płynącemu skrzydło padło do wody, sam też się ześlizgnął, teraz wyłaził z powrotem. Nie krzyczałam już, ale i tak ujrzałam, że jakieś osoby płyną ku mnie, najbliżej Gaston, niespokojnie próbujący pytać, co mi się stało. Nie odpowiadając, parłam ku brzegowi, aż wreszcie na nogach udało mi się stanąć na płytszej wodzie i wówczas dopiero ze szlochem padłam mu w ramiona.

Nadpłynęli wszyscy, przestraszeni, Ewa z brzegu do wody zbiegła, wyprowadzono mnie na piasek, posadzono pod namiocikiem, wezwano z tarasu kelnera z koniakiem, mogłam wreszcie mówić zrozumiale i opowiedzieć im rzecz całą. W pierwszym momencie zwątpili w moje zdrowe zmysły, ale już po chwili Karol wysunął przypuszczenie, iż mógł to być jakiś płetwonurek, który sobie taką zabawę urządził.

Oprzytomniała już i nieco uspokojona, po krótkim namyśle przyznałam mu rację. Owszem, czarny potwór przeraził mnie śmiertelnie, ale też istotnie widziałam podobne kształty na filmach. Nie ryba i nie człowiek, stwór podwodny… Możliwe, że tu nurkował, dowcipniś idiotyczny, kretyński pomysł wpadł mu do głowy, żeby nastraszyć kogoś. Doprawdy, gdyby nie to, że Armand odjechał do Paryża, jego bym o to posądziła, bo dostrzegłam w nim już skłonność do głupich żartów, jeśli grubiańskie nietakty w ogóle żartami nazwać można…