W rezultacie oburzenie ogólne ten wypadek wzbudził, jego sprawca zaś uciekł pod wodą i tyle go widziano. Przyszłam do siebie całkowicie, ale na razie zaniechałam dalszych wypraw pływackich. Mogłam przecież równie dobrze pływać wzdłuż brzegu, gdzie kąpało się więcej ludzi i żadne niebezpieczeństwo nie groziło.
Cztery dni zaledwie trwała ta moja nauka jazdy, bo przyszła wiadomość od pana Desplain, że policja wyniosła się z pałacu i zostawiła otworem kredensowe miejsce zbrodni Natychmiast z Romanem i, rzecz jasna, z Gastonem pojecha łam wprost do Montilly.
Woń okropna już prawie całkowicie wywietrzała, bo piękna pogoda pozwalała trzymać okna cały czas otwarte i przeciągi robić. Jeszcze w tkaninach się trzymała, kazałam zatem od razu firany i zasłony zdjąć i do prania zabrać, meble wyściełane postanawiając wyrzucić później. Zresztą niewiele ich było, kanapa, fotel jeden, trzy krzesła i kilka poduszek. Reszta, drewniana, tylko renowacji wymagała.
Pan Desplain z wyraźną niechęcią przystąpił wraz ze mną do przeszukiwań.
– Nie wiem, co pani chce tu znaleźć – rzekł sucho. – Policja spenetrowała wszystko bardzo dokładnie, każdy przedmiot i każdy papierek obejrzeli, międry innymi w nadziei, że trafią na ślad tego tajemniczego wielbiciela panny Lerat, bo oczywiście plotki dotarły i do nich. Nie wiem, na co trafili.
– Otóż to – odparłam. – Jeśli znajdę to samo, co oni, tyleż samo będę wiedziała. Nie zabrali przecież niczego?
– Nie. Zdjęcia zrobili.
– No właśnie, zdjęcia! Też bym je chciała znaleźć tu i zobaczyć! – Policyjnych tu przecież nie ma.
– Nie szkodzi. Wystarczą mi zwykłe, prywatne, ludzkie… Zorientowałam się już, że w obecnych czasach fotografia jest czymś powszechnym i nie istnieje chyba w Europie człowiek, który by nie miał żadnej swojej podobizny. Panna Luiza również musiała posiadać takie pamiątki, fotografowano ją przecież bodaj w szkole czy w rodzinie, a tak strasznie chciałam zobaczyć, jak naprawdę wyglądała, że aż mnie skręcało. Portretowe jej zdjęcie w sypialni pradziada z dawniejszych lat pochodziło i mogło być pochlebione, poza tym tylko twarz i popiersie przedstawiało, a gdzież reszta? Panu Desplain do tak niepoważnej ciekawości wolałam się nie przyznawać.
Jednakże fotografii nie było. Owszem, album jeden, w którym głównie pradziad się znajdował, to przed pałacem na schodach, to na koniach różnych, to przy stajniach w towarzystwie panów, którzy mi wyglądali na ważne jakieś osobistości, to w salonie, w fotelu przed kominkiem lub przy stole karcianym, raz nawet z kielichem w ręku toast wznoszący, głowy gości przed nim siedzących widoczne były, ale panny Luizy ani śladu. Miał zapewne ten album świadczyć o jej wielkim uczuciu do niego.
Z uporem pomyślałam, że trzeba będzie przekopać się przez wszystkie albumy w pałacu, gdzieś bowiem może leżeć taki, który by świadczył o wielkim uczuciu pradziada do panny Luizy, i tam ją znajdę, ale w tym momencie pan Desplain udzielił mi niezmiernie ważnej informacji.
– Sądzę – rzekł – że swoje prawdziwe pamiątki rodzinne i z dzieciństwa trzymała we własnym mieszkaniu.
– Jak to? – spytałam, zaskoczona. – Myślałam, że tu było jej mieszkanie?
– Poniekąd tak, istotnie. Ale jako osoba przezorna zachowała swoje mieszkanie w Paryżu i tam była zameldowana. Nie zdziwiło pani, że, mieszkając w Montilly, ślub załatwiała w Paryżu, w siedemnastej dzielnicy?
Wcale mnie nie zdziwiło i nic mi w ogóle w tej kwestii do głowy nie przyszło. Teraz dopiero przypomniało mi się niejasno, że zwyczaj nakazuje brać ślub w parafii panny młodej, gdyby zatem oboje, i pradziad, i panna Luiza, oficjalnie mieszkali w Montilly, Paryż byłby niemożliwy. Skoro jednak tam była usadowiona…
– Małe mieszkanko, gdzie jeszcze z matką przed laty mieszkała, matka umarła, pannie Lerat lokal został i cały czas był opłacany. Bywała tam niekiedy, zatrzymywała się jedną lub dwie noce – ciągnął pan Desplain, dziwnie jakoś niezadowolony. – Przyznam się, że o tym nawet nie wiedziałem, wyszło to na jaw dopiero ostatnio. Rachunki płaciła sama, nie przechodziły przeze mnie. Tam zapewne przechowywała swoje rzeczy najbardziej osobiste.
Wydało mi się to wielce prawdopodobne.
– I co? – spytałam. – Policja też tam grzebała?
– Z całą pewnością. Szczególnie że, o ile wiem, klucze tu przy niej znaleźli.
Pożałowałam gorzko, że to policja, a nie my, Roman chociażby albo nawet i ja sama, przeprowadziła tutejsze poszukiwania. Miałabym te klucze… Nic, poza ciekawością rzeczy nowej i krew w żyłach mrożącej, nie przymuszało mnie do tego, ale skoro już takiej kryminalnej sensacji stałam się prawie uczestniczką, niechbym już wszystkie korzyści odniosła. Zrozumiałabym lepiej ową współczesną rzeczywistość, na ekranie telewizora oglądaną.
– A teraz? – spytałam trochę niecierpliwie. – Co teraz?
– Nadal mają te klucze i nie można tam wejść?
– Przeciwnie. Domagają się nawet, żeby przyszedł tam ktoś, kto znał pannę Lerat możliwie dobrze i udzielił informacji o znaleziskach.
– I kto to ma być?
Pan Desplain skrzywił się z wielką urazą i niesmakiem.
– Mnie zaproponowano rolę znawcy, ale nie czuję się na siłach wnikać w prywatne sprawy panny Lerat i oceniać pamiątki po niej. Interesowała mnie i zajmowała tylko o tyle, o ile jej poczynania dotyczyły spraw mojego klienta. Wysunąłem kandydaturę kogoś z dawnej służby i zdaje się, że właśnie szukają odpowiedniej osoby.
– Musiałby to być ktoś bardzo wścibski, kto jej nie cierpiał, albo odwrotnie, ktoś, kto jej chętnie służył – zaopiniowałam w zadumie.
– Bardzo trafna uwaga.
– A co to było, te znaleziska? Wie pan coś o tym?
– Nie dokładnie. No, biżuteria oczywiście. Ponadto zdjęcia, korespondencja, jakieś przedmioty…
– A ktoś z rodziny…? Miała jakąś? Kto w ogóle po niej dziedziczy? Jeśli coś po niej zostało, do kogo teraz należy?
– Tu zdziwi się pani niezmiernie – odparł pan Desplain tonem nieco jadowitym. – Do pani.
Osłupiałam. – Do mnie…?!
– Tak jest. Do pani.
– Ależ… Jakim cudem…?!
– No cóż, pewne sprawy, długo utajnione, notariusz po śmierci klienta musi ujawnić spadkobiercy. Z niechęcią to czynię, bo nie najpiękniej rzutują na charakter pani świętej pamięci pradziada. Testament na pani korzyść istniał od lat. Pan hrabia zrobił sobie coś w rodzaju dowcipu, miał… powiedzmy… dość osobliwe poczucie humoru. Obiecał pannie Lerat bardzo istotne korzyści, jeśli swoją spadkobierczynią uczyni tę samą osobę, co on. Dla udowodnienia, że kocha go bezinteresownie. Nie wykluczał nawet małżeństwa, z tym że unikał obietnic wyraźnych. Panna Lerat poszła na to, nie traktując sprawy poważnie, napisała testament, uczyniła panią swoją spadkobierczynią i niewątpliwie zamierzała zmienić swoją ostatnią wolę we właściwej chwili, zapewne zaraz po śmierci pana hrabiego, ale nie zdążyła. Testament leżał u mnie, opatrzony podpisami świadków i najzupełniej prawomocny. Rzecz oczywista został otwarty dopiero teraz, kiedy wyszło na jaw, że testatorka nie żyje, a o całej historii wiem od pana hrabiego, który mówił mi o tym osobiście, jako o doskonałym dowcipie. Nie byłem zorientowany, w jakim stopniu go zrealizował, okazuje się, że w pełni.
Milczałam przez chwilę, przychodząc do siebie. Wszystkiego mogłam się spodziewać, ale nie dziedzictwa po pannie Luizie. Nie mógł to być majątek godzien podziwu i starań, i nie on mnie poruszył, tylko myśl, która natychmiast zaświtała mi w głowie. Skoro jestem spadkobierczynią, będę mogła zapewne zwizytować przypadłe mi mieszkanie panny Luizy od razu, nie czekając na koniec postępowania spadkowego…