To jedno kazało mi nie zrzec się tego spadku bezzwłocznie, co pewnie bym zaraz uczyniła, bo wcale nie chciałam po niej dziedziczyć. Odrzucała mnie i jej osoba, i jej całe życie przy boku pradziada, i ten widok straszny, który w kredensowym gabinecie ujrzałam, i ta woń, nieco się jeszcze wokół mnie snująca. Pomyślałam, że cokolwiek po niej zostało, na dobroczynne cele przekażę, chyba że będą to przywłaszczone pamiątki po mojej prababce.
– Skoro tak – rzekłam wreszcie – może wpuszczono by mnie do owego mieszkania? Razem z Romanem, moim… kierowcą?
– Widzi pani w tym jakiś pożytek? – zdziwił się pan Desplain trochę podejrzliwie, mniemając zapewne, i słusznie, iż kieruje mną tylko naganna ciekawość.
– Owszem – odparłam stanowczo. – Tak się jakoś składa, że Roman więcej wie niż ktokolwiek inny, z panną Lerat stykał się wiele razy, przy każdej podróży do Paryża jeszcze rodziców moich, całą dawną służbę znał doskonale i nawet jakieś przyjaźnie pozawierał. Wszystkich plotek wysłuchiwał i, choć niczego nie rozpowiadał, to jednak znajomość całego tematu osiągał. Jestem pewna, że się przyda, a chciałabym przy tym być, bo w końcu różne rzeczy z dawnych czasów sama jeszcze pamiętam.
Pan Desplain zastanowił się, kiwnął głową kilkakrotnie, jakby samemu sobie przyświadczając, po czym przyznał mi rację. Obiecał zaraz porozumieć się z właściwym pracownikiem policji i już bez oporu żadnego podał mi adres paryskiego mieszkania panny Luizy. Po czym zawahał się, spojrzał na mnie bystrze i rzekł:
– Nie zamierzam się wtrącać zbyt natrętnie, ale zobowiązany jestem dbać o pani sprawy. Czy pani sama napisała już testament?
Wcale mi nie było przyjemnie przyznać mu się, że nie. Faktem było, iż po śmierci mojego małżonka zamierzałam napisać, ale jakoś zbyt szybko czas mi przeleciał i do tej pory nie zdążyłam. Ponadto aż prawie do ostatniej chwili, porządkując interesy, sama nie wiedziałam, czym rozporządzam, teraz zaś nowe mienie na mnie spadło i tym bardziej kwestie majątkowe pozostawały dla mnie niezupełnie ustalone. Co gorsza, w grę zaczynały wchodzić sprawy dodatkowe, któż bowiem miałby w tej chwili po mnie dziedziczyć?
Dzieci nie miałam. Jedynaczką będąc, nie miałam też żadnego rodzeństwa. Jedyny brat ojca zmarł bezpotomnie, a dwie starsze siostry mojej matki, osoby bardzo leciwe, również potomstwa się nie doczekały i nadziei na nie już nie było. Jakieś dalekie pokrewieństwa jeszcze się wokół mnie plątały, ale nikogo sobie nie wybrałam na dziedzica albo dziedziczkę. Nie wyrzekałam się drugiego męża i dzieci, nie mogłam jednakże czynić ich spadkobiercami, skoro jeszcze nie istnieli. Gdybym zaś napisała testament teraz, i tak straciłby ważność w chwili zawarcia związku małżeńskiego.
I czy miałby to być testament obecny czy też ten sprzed stu lat…? Kto był moim krewnym dziś, na dobrą sprawę nie miałam najmniejszego pojęcia…
Nie kryjąc skruchy i zakłopotania, obiecałam panu Desplain przemyśleć wszystko i do niego po radę się zwrócić we właściwej chwili. Nie wydawał się w pełni usatysfakcjonowany, ale zostawił mnie w końcu samą w tym kredensowym gabinecie i poszedł załatwiać interesy.
Nie zaniechałam poszukiwań nie wiadomo czego. Korciło mnie to sanktuarium panny Luizy. Słusznie sądziłam, że trzymała tam rachunki gospodarskie, które niekoniecznie jej chlebodawca powinien był oglądać, zaś na czym jak na czym, ale na rachunkach tego rodzaju znałam się doskonale i nawet nowy sposób drukowania mi nie przeszkodził. Czytać, mimo wszystko, umiałam…
Wśród biżuterii, starannie przez policję zebranej, zadziwiająco skromnej jak na chciwą kokotę, ujrzałam dowód niedbalstwa i nieporządku. Czymże innym mógł być urwany kawałek złotego łańcuszka albo jeden kolczyk z pary, podczas gdy drugi zapewne został zgubiony? Kolczyk nie wiszący, a w ucho wkręcany, maleńki, w kształcie gwiazdki, z diamentem w środku. Przymierzyłam go.
Po czym obejrzałam dokładniej, ponieważ wydało mi się, że coś podobnego już gdzieś nie tak dawno widziałam. Zreflektowałam się jednak, kolczyków podobnych mogłam widzieć dużo, moda na nie nastała i nie tylko płeć żeńska je nosiła, ale także mężczyźni. Zwróciłam już na to uwagę.
Parę godzin spędziłam w tym kredensowym gabinecie i wyszłam stamtąd mocno rozczarowana. Nie zaspokoiłam ciekawości. Najbardziej mnie irytowało, że zdjęć żadnych nie znalazłam…
Konferencję prywatną urządziłam u siebie w mieszkaniu, gdzie dostarczeniem obiadu zajęła się konsjerżka. Usługę wzięła na siebie jej córka, po czym zostaliśmy sami, Gaston, Roman i ja.
Roman, jak zwykle, miał już nowe wieści.
– Policja już sprawdziła, czy rzeczywiście w chwili zabójstwa panny Lerat obydwoje, jaśnie pani i ja, byliśmy w Sękocinie – rzekł na wstępie. – Testament panny Lerat czyni jaśnie panią jej spadkobierczynią, to jaśnie pani już wie…?
– O, nieba…! – jęknął Gaston, który dopiero teraz o tym usłyszał.
– Wiem. I co? – zainteresowałam się gwałtownie, bo sama byłam ciekawa, co też mogłam robić w Sękocinie w czasach obecnych.
– I oczywiście fakt odniesienia korzyści nasuwa podejrzenia. Ale, na szczęście, wszyscy tam doskonale pamiętali ten dzień, w dodatku są protokóły policyjne z przesłuchań, bo poprzedniego wieczoru grupa bandziorów napadła na budowę w naszym sąsiedztwie i nazajutrz od rana mieliśmy gliny na karku. Jaśnie pani to sobie przypomina? – dodał nagle bez miłosierdzia i z wielkim naciskiem.
No pewnie, że powinnam sobie przypominać, skoro byłam przy tym. Na moment poczułam się ogłuszona, ale zdołałam kiwnąć głową. No owszem, wydarzyło się coś takiego przed stu przeszło laty, kiedy to szajka złodziejska próbowała wedrzeć się do pana Taczyńskiego w przekonaniu, że go nie ma w domu. Był jednakże, z fuzją wyskoczył i cała awantura echem się aż u mnie odbiła. Nie mogła to być chyba ta sama awantura…?
Roman się zlitował i nie przymuszał mnie do udzielania odpowiedzi.
– Nie było wątpliwości, że nikt z nas nigdzie nie wyjeżdżał. Alibi doskonałe.
– Nie posądzili kogoś z krewnych albo przyjaciół? – spytał żywo Gaston.
– Nie ma takich. Szczęśliwie jaśnie pani ostatni rok spędziła jak na patelni, a zarazem samotnie. Bliskiej rodziny w ogóle przecież nie ma, wynajęcie przez jaśnie panią płatnego mordercy nie wchodzi w rachubę, bezpośrednie kontakty urwały się parę lat wcześniej i w ogóle spadek po pannie Lerat jest niczym wobec spadku po panu hrabim, więc od razu dali sobie z tym spokój. Przerzucili się na szantaż. Tu z kolei Gaston kiwnął głową.
– Zgadza się i ma to nawet jakiś sens. Mamin Beck mi się zwierzył, a ja sobie wyciągnąłem własne wnioski. Ten sfałszowany akt ślubu… Przy usunięciu owej głupiej urzędniczki panna Lerat miała pomocnika, wierzę zeznaniu kloszarda. Przez śmierć twojego pradziada sprawa się skomplikowała i pomocnik przyleciał ją szantażować. Jeśli to ona wystrzeliła z pistoletu…
– Ona – przyświadczył Roman. – Zrobili test, mimo upływu czasu został jeszcze proch na dłoni.
– No to facet się wystraszył, bo przy drugim strzale mogła lepiej wycelować. Rzucił się na nią w obronie własnej, upadła do tyłu, uderzyła głową. Wbrew zamiarom i chęciom zabił kurę, która miała mu znosić złote jaja.
– A ten tajemniczy wielbiciel? – wtrąciłam z lekkim protestem, bo bardziej mi się podobało zabójstwo romansowe. – Może nie mieć z tym nic wspólnego i teraz siedzieć cicho, rozpamiętując swoją klęskę.
– Równie dobrze może być tym pomocnikiem – powiedział Roman. – W każdym razie szukają go.