– A jakie jest to powinowactwo? – zaciekawiłam się. – Po kim?
– Dziesiąta woda po kisielu. Zdaje się, że jakaś kuzynka pani hrabiny miała brata, ten brat miał żonę, a pani Łęska jest córką siostry tej żony czy coś w tym rodzaju, więc żadne pokrewieństwo nie wchodzi w rachubę, tylko powinowactwo, a i to bardzo dalekie. Co nie przeszkadzało, że była traktowana jak członek rodziny i do tego przywykła. Obrażona na pana hrabiego, do Montilly nawet się nie zbliżała, ale tu, w Trouville, w naszym domu, mieszkała często, bo to jest dom po pani hrabinie.
– W jakim jest wieku?
– Koło siedemdziesiątki. Dawno jej nie widziałem, ale podobno doskonale się trzyma.
W trakcie tej rozmowy ja prowadziłam samochód i szło mi tak dobrze, że Roman prawie nie musiał już instrukcji udzielać. Słońce wzeszło, ale na szosach jeszcze pusto było, z rzadka się jakiś pojazd pokazywał. Jechałam coraz szybciej aż do chwili, kiedy nagle, już do Honfleur dojeżdżając, psa ujrzałam, który znienacka na drogę wypadł. Przeraziłam się, że go przejadę, a za nic w świecie nie przejechałabym żywej istoty, jęłam hamować, pedał z całej siły naciskając, aż samochodem rzuciło, jakbym na narowistym koniu siedziała… a wciąż jeszcze koń był mi bliższy niż jakakolwiek maszyna… możliwe, że nieumiejętnie się zachowałam, ale noga mi drgnęła, samochód potoczył się jeszcze, znów nacisnęłam, pies w ostatniej chwili spod kół wyskoczył, samochód kawałek obrotu uczynił i zatrzymał się. Motor zgasł.
I dokładnie w tym momencie prawe przednie koło nam odpadło.
Siedziałam za kierownicą jak skamieniała i słabo mi się robiło. Samochód się przekrzywił podobnie jak powóz, który koło utracił, a nawet w powozie, gdyby jechał, moglibyśmy życie postradać, Roman na zewnątrz wyskoczył, oglądając szkodę. Zaraz jednak ku mnie się zwrócił, z niepokojem pytając, jak się czuję i czy nic mi się nie stało.
Wszystko to nastąpiło tak szybko, że myśli zebrać nie mogłam. Roman był blady bardzo i zęby miał zaciśnięte. Nie, nic mi się nie stało, tylko ta słabość chwilowa mnie dotknęła, która zaraz zresztą zaczęła przechodzić. Odetchnęłam głęboko kilka razy, Roman czym prędzej kieszeń na drzwiczkach pomacał, płaską butelkę wyciągnął, metalową zakrętkę zdjął i w nią mi napoju nalał.
– Jaśnie pani wypije – rozkazał surowo. – Już! Do dna! Spełniłam jego polecenie i słabość szybciej mnie opuściła. Koniak to był, o którym już doskonale wiedziałam, że lekarstwo powszechne stanowi. Zażądałam drugiej porcji i odzyskałam równowagę.
– Nic mi nie jest – powiedziałam uspokajająco. – Co się właściwie stało i co ja źle zrobiłam?
Roman, widząc, że przychodzę do siebie, cofnął się o krok i oglądał samochód.
– Nic jaśnie pani złego nie zrobiła – zapewnił mnie i brwi zmarszczył. – Każdego by rzuciło przy takim hamowaniu, a ja sam też bym na tego psa nie chciał wpaść. Ale coś mi się wydaje, że właśnie ten pies uratował nam życie.
Pies już uciekł, nie czekając na nasze podziękowania. Popatrzyłam za nim, popędził do niedalekiego baru, który właśnie otwierano, przygoda zdarzyła nam się przy wjeździe w pierwsze zabudowania.
– Bo co się stało? – powtórzyłam pytanie. – Rozumiem, że koło odpadło, ale dlaczego? Czy to się często przytrafia? Myślałam, że tylko w powozach…?
– I bardzo dobrze jaśnie pani myślała… To jest mercedes, w mercedesach koła tak same z siebie nie odpadają. Mam złe przeczucia…
Podniósł głowę, popatrzył na mnie i dodał:
– A tak uczciwie mówiąc i w cztery oczy, wcale jaśnie pani nie musiała hamować. Raczej docisnąć. Ten pies był jeszcze daleko i nie zdążyłby wpaść pod samochód, przelecielibyśmy przed nim. Więc chwała Bogu, że to nie ja za kółkiem siedziałem, tylko jaśnie pani, bo ja bym jechał i koło odpadłoby nam w czasie jazdy na pierwszym łuku. I nieszczęście gotowe.
Dreszcz mi po plecach przeleciał i po raz trzeci zażyłam lekarstwa.
– I co? – spytałam bardzo głupio, bo nic rozumnego nie przychodziło mi do głowy.
Roman pochylił się, wciąż wszystko z wielką uwagą oglądając, i odpowiedział mi dopiero po chwili.
– Teraz to sam się zastanawiam, co zrobić. Zadzwonić do serwisu czy nie? Mogę to sam naprawić, a jeśli serwis przyjedzie, zainteresują się, bo ktoś tej katastrofie dopomógł. Na moje oko śrubę z piasty wykręcił. Jaśnie pani zechce wysiąść?
Zechciałam. Uczyniłam to nawet chętnie, bo mi się krzywo siedziało. Niewygodnie. Poczułam, że nogi mam trochę miękkie w kolanach, i tęsknie popatrzyłam w kierunku baru, do którego pobiegł pies. Tego, co mi Roman powiedział, nie zrozumiałam wcale, majaczyło mi się tylko, że coś tu jest okropnie nie w porządku.
Roman zastanawiał się nadal.
– Ci z serwisu mogą nawet zawiadomić policję, a nam byłoby to bardzo nie na rękę. Musielibyśmy nakłamać, że ja prowadziłem, bo jaśnie pani nie ma prawa jazdy, a tu ślady hamowania widoczne jak byk… Żaden doświadczony kierowca tak by nie hamował. Nie, jednak lepiej będzie, jak sam to zrobię, dam radę. Jaśnie pani raczy zaczekać w tamtym barze, o, już otwarty…
Obejrzałam się na bar.
– To znaczy, Roman uważa, że co?
– Że ktoś nam obluzował koło i dlatego zleciało. Tak jak w karecie, z piasty spadło. Trzeba będzie o tym pomyśleć, ale to nie w tej chwili, najpierw zrobię tu porządek…
Dosyć stanowczo podprowadził mnie do baru, posadził przy stoliku i dał mi trochę pieniędzy, bo, oczywiście, wyjeżdżając na tę naukę o świcie, nic ze sobą nie brałam. W kieszeni lekkiej spódnicy miałam tylko chustkę do nosa.
Kawę i soki owocowe sobie zamówiłam, nie chcąc dnia od wina zaczynać, koniak mi już dostatecznego animuszu dodawał. Z odległości patrzyłam, jak Roman coś tam robił, jak podszedł do niego chłopak z furgonetki, która towary jakieś do baru przywiozła, i zaczął mu pomagać.
Czekałam cierpliwie. Oprzytomniałam po chwili całkowicie i nawet rozpoczął się we mnie proces myślenia.
Cóż ten Roman do mnie powiedział? Coś o jakiejś piaście i że ktoś się przyczynił do tej katastrofy. Czy miało to znaczyć, że ktoś coś zepsuł specjalnie, żeby narazić nasze życie? Dokonał takiego dziwnego zamachu technicznego? Jakim sposobem to uczynił? Nikt przecież nie może niczego psuć w trakcie jazdy, chyba żeby jechał razem z nami i dłubał gdzieś tam w podłodze. Nonsens wierutny. Więc musiał psuć, kiedy samochód stał i nikt go nie widział, zatem prędzej w garażu niż na ulicy, zatem nocą…
Nie wiedziałam nawet, czy mój garaż w Trouville ma porządne zamknięcie!
I któż by to miał być? Miałażbym jakichś wrogów? O żadnych moich wrogach nie miałam najmniejszego pojęcia, poza, ewentualnie, panną Lerat, która już nie żyła, i panem Guillaume, który i tak był wydziedziczony, no owszem, na moją korzyść, więc może zapragnął się mścić? Satysfakcję by mu sprawiło, gdybym leżała w szpitalu, poszkodowana w katastrofie…
I dla tej satysfakcji nie oszczędziłby niewinnego Romana?! Wydało mi się to wprost niemożliwe. Więcej byłam zdumiona niż przestraszona własnymi pomysłami, niepewna przy tym, czy w ogóle mają jakiś sens. Zdążyłam sobie jeszcze wysnuć z tego wszystkiego supozycję romansową, że to Armand się mści za odrzucenie jego awansów, ale w takim wypadku powinien chyba raczej napastować Gastona…? Gdyby go nie było, wróciłabym może do niego, tak mógłby to sobie wyobrażać, więc usuwanie Gastona miałoby w sobie cień logiki, mnie natomiast żadnego. Poza tym wczoraj Armanda w ogóle nie widziałam na octy…