– A ileż sobie mamy do powiedzenia! – wykrzyknęła żywo Ewelina, porzucając grobowe nastroje. – Czyś chociaż, kuzynko droga, we Francji swoje odzyskała…?
Już widać było, że tematów do rozmowy nam nie zabraknie. Nieznacznie zadzwoniłam na służbę, Mączewska stanęła na wysokości zadania, bo zaraz Wincenty, mój kamerdyner, się pokazał z trunkami rozmaitymi i maleńką przegryzką, ciasteczkami serowymi, stanowiącymi jej specjalność. Jednakże nie spełniłam jeszcze wszystkich obowiązków pani domu.
– Mam wrażenie, że z kuzynostwem drogim ktoś więcej jechał? – spytałam grzecznie i bez nacisku, żeby na wścibstwo nie wyszło. – Czy to znajomy jakiś na spacer się wybrał?
Ewelina rzuciła na Karola błyskawiczne spojrzenie, ale on zachował twarz kamienną, więc zdecydowała się ujawnić zakłopotanie.
– Ach, mój Boże, powinnam była od razu powiedzieć… Ale na twój widok, Kasiu moja kochana, takie wzruszenie mnie ogarnęło, żem o wszystkim zapomniała, i nawet o manierach przyzwoitych. I nadal niepewna siebie jestem, bo mam obawy, że ci nietakt wielki wyrządzam. Z góry o przebaczenie cię proszę!
Gotowa byłam przebaczyć jej wszystko natychmiast, bo i ciekawość mnie ogarnęła, i jakiś niepokój. W stresie i lęku żyłam już od paru tygodni i wszelkich niepewności zaczynałam mieć po dziurki w nosie. Cóż tam za jakaś podejrzana postać wokół nich się plątała?
– Ależ ja tu żadnego nietaktu nie widzę, najdroższa Ewelino, i nie mam nic do przebaczania! Toż wiesz przecież, że w moim domu jesteś u siebie, tośmy sobie przecież już dawno przyrzekły! O cóż chodzi?
– O, zatem wprost powiem. Przywieźliśmy ci gościa w pośpiechu wręcz gorszącym, ale tak nalegał, żem mu odmówić nie umiała. Poznał cię jeszcze za twoich panieńskich czasów i teraz odnowić znajomość pragnie, od niedawna tu jest, bo podróżował i o nikim innym, jak tylko o tobie, nie mówi. Ma dla ciebie, tak twierdzi, ważne jakieś wiadomości. Tyle jeszcze przyzwoitości okazał, że nie ośmielił się wejść razem z nami bez twojego zaproszenia, a w ogóle jest to przecież twój daleki krewny, tyle że od francuskiej strony.
Armand…! Zimno mi się zrobiło, ale opanowanie zachowatam. Raz kozie śmierć.
– Ależ moja droga, oczywiście, zaraz Wincentego wyślę, któż to widział tak gościa za drzwiami trzymać! Zadzwoniłam, polecenie szybko wydałam.
– I kto to jest? – spytałam, całe męstwo zbierając.
– Hrabia Gaston de Montpesac, z Felicji Radomińskiej się rodzi…
Coś tam jeszcze dalej Ewelina mówiła, ale nie usłyszałam ani jednego słowa. Dobry Boże, Gaston…!!!
Szczęście, że zdążyłam już Wincentego po niego wysłać, bo teraz nie byłabym do tego zdolna. Słabo mi się zrobiło, usiadłam czym prędzej, kolana się same pode mną ugięły, nie wiem, co moja twarz mogła wyrażać, ale płomień na niej poczułam, radość buchnęła we mnie tak, że mi tchu zabrakło. Głos Eweliny brzmiał mi w uszach niczym jakieś brzęczenie, trwałam w bezruchu, w wejście do salonu wpatrzona, o wszystkim już zapomniawszy.
I w tym wejściu ukazał się Gaston.
Że mu od razu w objęcia nie padłam, to cud istny, bo zerwałam się z fotela jak sprężyną rzucona. Miłosiernie fotel z Karolem na drodze mi stanął, co mnie wyhamowało odrobinę, a i Gaston tak się zachował, że oprzytomniałam. Nie runął ku mnie, elegancko już od drzwi zaczął się kłaniać, dał mi czas na powrót do jakiej takiej równowagi. Mój impet niestosowny i nieprzyzwoity nabrał dzięki temu charakteru przeprosin, że tak długo gościa nie przyjmowałam, każąc mu czekać przed domem…
Opanowałam się. No tak, oczywiście, moja pamięć dobrze działała. Był to ten właśnie młodzieniec, który w oko mi wpadł w przeddzień mojego ślubu, dziś o osiem lat starszy, ten sam, którego spotkałam w Paryżu i rozpoznałam natychmiast, w którym zakochałam się na śmierć i życie i którego miałam poślubić w październiku, o czym, zdaje się, on nie miał najmniejszego pojęcia…
Mimo wszystko może i zdołałabym poślubić go w październiku, tylko ciekawa rzecz, którego roku…?
Na to drugie śniadanie, w żadnym razie nie będące obiadem, został zaproszony i po krótkich certacjach zaproszenie przyjął. Maniery miał nieskazitelne, z umiarem wielkim toczył ze mną rozmowę, przyświadczając, że istotnie posiada pewną wiedzę, która, być może, okaże się dla mnie interesująca, ale wszak nie przy posiłku będziemy trudne sprawy omawiać, Eweliny i Karola nie zaniedbywał, uśmiech przyjemny utrzymywał na twarzy, ale cały czas, od pierwszego momentu, w oku trwał mu ten błysk, który każda kobieta bezbłędnie rozpozna i zrozumie. Ewelina też go dostrzegła, wzrokiem powiedziała mi, że widzi, zbyt dobrze jednak była wychowana, żeby bodaj najdrobniejszą uwagę uczynić. O, do omawiania mieliśmy wszyscy tak wiele, że od razu wizyty umówiłam, nikogo nie dziwiło, że i z przyjaciółką, i z dalekim krewnym będę rozmawiać w cztery oczy, najbliższe dwa dni już się stały zajęte, bo i o panu Jurkiewiczu musiałam napomknąć. Dziś przed owym późnym obiadem miał go Roman przywieźć.
Cudem chyba żadnego faux pas nie popełniłam, a jeśli nawet, to niewielkie, bo w głowie, w sercu i w całej sobie miałam Gastona. Do niego, tego nowego, czy może raczej należałoby powiedzieć: starego… musiałam przywyknąć i jego do siebie nowej przyzwyczaić. Inaczej przecież wyglądał niż kilka dni temu… to znaczy odwrotnie, za sto lat… nagle poczułam wyraźnie, że jeśli nie odczepię się od tej mieszaniny czasów, wariactwa niechybnie dostanę! Ale strój, uczesanie, różnica w zachowaniu, jakże drobna, a jednak uchwytna… Tam… To znaczy wtedy… rzucałam się w oczy powściągliwością na tle ogólnego rozwydrzenia, teraz raziłabym zapewne na tle ogólnej skromności…
Już widzę, co by to było, gdybym go natychmiast do sypialni zawlokła…
Ogólna sytuacja, z racji mojego zaledwie dzisiejszego powrotu, była taka, że zaproszenie ich na obiad nie wchodziło w rachubę. W żadnym razie by nie przyjęli, tylko cham jakiś nachalny siedziałby na karku skłopotanej pani domu. Ewelina mi nawet na stronie podziw wyraziła, żadna niewiasta tuż po powrocie z takiej podróży gości by nie przyjęła, każda by miała, choć przez dzień jeden, istne trzęsienie ziemi, urwanie głowy i ze sobą samą, i z domem, ja zaś tak wyglądam, jakbym nigdzie nie wyjeżdżała, a w domu wszystko idzie niczym w najlepszym zegarku. Najeżdżając mnie dzisiaj, wyrzuty sumienia miała, ale już jej przeszły.
Całą zasługę Mączewskiej przypisałam, o bałaganie w garderobie przezornie nie wspominając. Zasługiwała zresztą na pochwałę, bo też istotnie dom prowadziła konkursowo i służbę trzymała żelazną ręką.
Najwięcej opanowania musiałam z siebie wykrzesać przy pożegnaniu z Gastonem. Aż mnie język świerzbił, żeby mu delikatnie podsunąć myśl o wspólnej kolacji, niechby nawet pod pozorem udzielania mi owych wieści z Francji, ale przypomnienie pana Jurkiewicza pomogło mi zachować resztkę przyzwoitości. Widać jednakże było, że z pierwszej sposobności skorzysta, żeby mnie zobaczyć i jutro jego wizyty mogę być pewna.
Wróciłam wreszcie na górę, znacznie już pocieszona i pełna dobrej myśli.
Zuzia mi się zaprezentowała jako dokładne moje przeciwieństwo. Siedziała wśród wszystkich wypakowanych rzeczy, zgrozą przejęta, jak zmartwiała, bliska płaczu i łamania rąk.
– Ja nic nie mówię, proszę jaśnie pani – rzekła żałosnym głosem. – Ale co to jest, te takie dziwne, i do czego to, i skąd jaśnie pani to wzięła? I co się z tym robi? I w ogóle, ja nawet nie śmiem myśleć, proszę jaśnie…