Выбрать главу

O francuskich interesach Gastona Ewelina też miała jakieś pojęcie, istniały i rzeczywiście wymagały uporządkowania, jakaś tam kwestia spadku wchodziła w grę, jakiś dom był remontowany i budowniczy na właściciela czekał. Gaston podobno przyjechał tu do nas nagle i w pośpiechu, wszystko pozostawiając w rozsypce. No cóż, nawet jeśli w skład tego wszystkiego wchodziły kurtyzana i narzeczona, do mnie się śpieszył…

Ponadto, zdaniem Eweliny, Gaston wynajął jakiegoś człowieka do pilnowania mnie. Nie chciał, żebym o tym wiedziała, bo mogłabym zaprotestować, posądzić go, że dla własnej przyjemności śledzi moje kroki, Bóg wie co jeszcze, a tymczasem on pragnął tylko mnie strzec. Nie mówił o tym wyraźnie, Ewelina sama odgadła. I możliwe, że wynajął także kogoś do pilnowania Armanda.

Pożałowałam, że nie wiedziałam tego wcześniej. Nie byłabym taka sztywna i obca… Albo może i dobrze się stało, w miękkości i bliskości mogłabym posunąć się za daleko…

Zgodziłam się jeszcze urządzić pojutrze przyjęcie dla myśliwych, którzy na wczesny poranek polowanie sobie wyznaczyli, i zakończyłam wizytę, nie chcąc zawracać sobie głowy gośćmi Eweliny. Właśnie zaczęli napływać.

W drodze do domu Romana spotkałam, który naprzeciwko mnie wyjechał, zaniepokojony mocno. Okazało się, że mój arendarz, Szmul, wbrew spodziewaniom nie jest gadatliwy i do tej pory Armandowi o swoim świadczeniu przy testamencie słowa nie powiedział. Już prędzej po moim rządcy niedyskrecji można by oczekiwać, ale trudno go przecież z Armandem umawiać. Roman spróbował temu zaradzić, dyplomatycznie Szmulowi instrukcji udzielając, które, jest nadzieja, że mądry Żyd zrozumiał, zatem przed jutrem Armand o testamencie powinien już wiedzieć.

Przypomniało mi się, że Ewelina też coś na ten temat napomykała. Baronową Tańską uszczęśliwiła plotką o mnie, a od pani Tańskiej do Armanda przejść powinno z łatwością. Chyba że mieli co innego do roboty niż o mnie plotkować.

Ponadto Roman wszystko w domu sprawdził i okazało się, że w przejściu od strony oranżerii zamek był zepsuty. Na oko wydawał się zamknięty, tymczasem śruby w sztabie żelaznej odłamane zostały i jedno skrzydło drzwiowe dawało się uchylić na tyle, by postać ludzka zdołała się przecisnąć. Do oranżerii zaś dostać się można z łatwością, szybę jedną z samego dołu wyjmując.

Mimo niebezpieczeństwa, jakim takie otwarcie domu groził, odetchnęłam z ulgą, bo podejrzenia ze służby spadły. Ktoś z zewnątrz wszedł do środka, panny Chodaczkówny słuch nie zawiódł, musiał iść schodami na górę i nikt z mojego personelu nie miał powodu mu pomagać. Rzecz oczywista, zamknięcie zostało natychmiast naprawione.

W domu zastałam list od pana Jurkiewicza, pełen irytacji, która mnie rozśmieszyła, bo pomyślałam, że istotnie z twardego snu musiałam go wczoraj posłańcem wyrwać. Treścią nie przejęłam się zbytnio, choć pan Jurkiewicz mocno krytykował moje sformułowania i ganił wzięcie Żyda na świadka obdarzania majątkiem chrześcijańskiego kościoła, upierając się przy tym, że cały dokument trzeba sporządzić na nowo, nadając mu właściwą formę prawną. Proszę bardzo, mógł sobie sporządzać, na razie ten nieformalny swoją moc posiadał.

Karola Borkowskiego, jako wykonawcę, zaakceptował prawie w pełni, wyrażając tylko wątpliwość, czy nie ma on zbyt łagodnego charakteru.

Znów byłam zajęta Gastonem i wracały mi wszystkie do niego uczucia, a ból w sercu zelżał znacznie. Może i rzeczywiście jechał w interesach, może te związki do zrywania nie były takie bardzo poważne, może łatwo zdoła dla mnie się ich pozbyć…

Jednakże, kiedy go żegnałam, pełna byłam złych przeczuć.

Armand mnie gwałtownie na polowanie namawiał, ale nie chciałam w nim brać udziału, obowiązkami gospodyni się zasłaniając. Uległam wreszcie o tyle, że jako osoba towarzysząca, z boku i z pewnego oddalenia miałam asystować. Wizyta u mnie znów mu się nie udała, bo i rządca miał pilne sprawy, i wikarego nasz proboszcz przysłał po zasilenie jednej dotkniętej klęską rodziny, które już dawno obiecałam, i ludzie od robót łazienkowych mojej akceptacji co chwila żądali, ja zaś, tym wszystkim zajęta, choćbym chciała, nie mogłam go podejmować. Nie upierał się jakoś, szybko odjechał i dobrowolnie.

Jutrzejsze przyjęcie myśliwych Mączewskiej kazałam zarządzić, po czym zapomniałam o nim całkowicie. Gaston z każdą chwilą oddalał się ode mnie i przy tym wyłącznie myśl moja utkwiła.

Do tego stopnia polowanie wyleciało mi z głowy, że nazajutrz, bardzo wcześnie na zwykłą przejażdżkę wyruszyłam, te miejsca odwiedzając, gdziem się z Gastonem spotykała. Tak mało tego było, a tak wiele…! Z całej siły żałowałam owej chwili urazy, która stosunki między nami zepsuła na jeden dzień i upragniony wieczór tak mi zmarnowała. Niczego przecież nie pragnęłam bardziej, jak znaleźć się znów w jego objęciach…

Smętnie i żałośnie błąkałam się po lesie, prawie nie patrząc, dokąd koń idzie, przystanki czyniąc długie, głucha na wszelkie dźwięki, aż wreszcie dość z bliska szczekanie psów mnie dobiegło i echo strzałów. Przez chwilę jeszcze nie zważałam na te odgłosy, po czym polowanie nagle mi się przypomniało i wyraźną niechęć poczułam ku niemu się kierować. Chociaż… Obiecywałam może…? Zaraz, komu obiecywałam, Armandowi! O, niech się wypcha i nawet obrazi, żadnych obietnic dotrzymywać mu nie będę!

Odryskałam energię i zawróciłam Gwiazdeczkę, bo szczekania i huki zbliżały się do mnie. Bez pośpiechu wielkiego, ale już nieco szybciej ruszyłam w stronę domu, żeby tego zamieszania uniknąć i gości w progu powitać, odgłosy z tyłu jęły zostawać, i nagle gwizdnęło mi coś koło ucha. Zarazem jakby szarpnięcie lekkie za włosy poczułam, zdumiona niezmiernie, nie zrozumiałam, co to znaczy, ale w tym samym prawie momencie Roman na koniu mnie dogonił.

– Gazu, jaśnie pani!!! – wrzasnął okropnie.

Dziwnie mi to zabrzmiało, a zarazem znajomo. Błyskawicznie pomyślałam, że widocznie dziki moim śladem idą i cała strzelanina na mnie pójdzie, i nie daj Boże konia mi jakiś kretyn postrzeli. Skoczyłam do przodu, przez Romana skłaniana do pośpiechu.

Gwiazdeczka, hamowana do tej pory, chętnie w galop szaleńczy wpadła i rychło te łowieckie hałasy ucichły, a ja znalazłam się przed wjazdem do własnego parku. W alei zwolniłam i na Romana się obejrzałam.

– Mnie Roman ostrzegał, a sam się nie upilnował – rzekłam ze śmiechem. – Dobrze, że nikt nie słyszał tego polecenia samochodowego. Nie wiem, co by pomyśleli.

– Też nie wiem, ale wyrwało mi się – usprawiedliwił się Roman. – Słów dobierać nie było czasu. Do jaśnie pani ktoś strzelał.

– Nie do mnie, tylko do dzików…

– Dziki bokiem poszły. A jaśnie pani kapelusz swój raczy obejrzeć.

– Teraz?

– Kiedy jaśnie pani wygodniej…

Zdumiał mnie, zaciekawił i zaniepokoił, ale aż do wejścia dojechałam i dopiero na tarasie kapelusz zdjęłam i obejrzałam.

Dwie dziurki w nim były, jedna naprzeciw drugiej. W milczeniu na nie patrzyłam. Roman, wbrew zwyczajowi oba konie chłopakowi oddawszy, pokazał mi rękaw swojej kurtki, nad łokciem rozszarpany.

– Możliwe, że, jaśnie pani nie mogąc dosięgnąć, mnie przy okazji chciał się pozbyć – powiedział spokojnie. – Jaśnie pani nie zauważyła, bo już z tyłu byłem.

Nadal ze zgrozą oglądałam kapelusz, po czym pytające spojrzenie skierowałam na Romana. Nie wymówione pytanie zrozumiał.

– Jedną breneką człowieka trudno zabić. Trzeba trafić w głowę albo prosto w komorę, to jest, tego… chciałem powiedzieć w serce. Głowa pewniejsza, a dobry strzelec ma szansę. Górą poszło.