Выбрать главу

– Wizyt w terminie nie oddałaś! – krzyknęła jeszcze rozpaczliwie.

Z ciężkim westchnieniem wykrzesałam z siebie objawy skruchy.

– Masz rację i wdzięczna ci jestem, że mi na to uwagę zwracasz – rzekłam obłudnie i kłamliwie. – W skłopotaniu, o którym wiesz, przyzwoitość trochę zlekceważyłam. Może nadmiernie przyjęłam nowe paryskie obyczaje…

– Pozwól sobie powiedzieć, że od lat tam mieszkam i znam te paryskie obyczaje może lepiej od ciebie – przerwała mi znów cierpko i z lekką urazą. – W przyzwoitym towarzystwie takie zmiany nie zaszły, tego mi nie mów. Z kimże się tam stykałaś, na Boga?

Przypomniałam jej, że głównie załatwiałam interesy, co nie odbywa się w salonach. Do innych zbrodni wolałam się nie przyznawać, chociaż na myśl, co by powiedziano, gdybym poszła pływać we własnym stawie w kostiumie kąpielowym, jaki nosiłam w Trouville, omal śmiechem nie wybuchnęłam. Pohamowałam się jednak, obiecałam poprawę, okazałam zmartwienie odpowiednie i po licznych jeszcze jej napomnieniach i moim kajaniu się pożegnałyśmy się czule i tkliwie. Przy okazji wyszło na jaw, że Karol czeka na nią w powozie, zabroniła mu wchodzić, twierdząc, że tylko po zapomniany wachlarz wraca, wtajemniczanie męża bowiem w tak delikatne sprawy byłoby ze wszech miar niewłaściwe. Proszę, kolejny idiotyzm…

Później od służby dowiedziałam się, że w trakcie naszej rozmowy zawrócił do mnie i Armand. Ujrzawszy jednak powóz państwa Borkowskich na podjeździe, zrezygnował z wizyty i nawet z konia nie zsiadł. Wywnioskowałam z tego, że tym razem dla zabicia mnie przyjechał, nie zaś tylko dla kompromitacji, i świadkowie go zniechęcili.

Roman krótko potem się pokazał, tak wyraźnie wzburzony, żem go od razu na rozmowę do gabinetu wezwała, znów drzwi zamykając, smętnie zaciekawiona, kiedy też plotka o moim romansie z koniuszym rozejdzie się powszechnie.

– Już wiem, proszę jaśnie pani, skąd pochodzi pomyłka pana Guillaume – oznajmił bez wstępów. – Udało mi się. Szmul wie, co ma czynić, i tylko na pana Guillaume czyhał, żeby mu się swoim świadczeniem dyplomatycznie pochwalić, ale pan Guillaume na oczy mu się nie pokazał. Noc gdzie indziej spędził, wpadł o świtaniu po moderunek myśliwski i wypadł, nim ktokolwiek zdążył z nim słowo zamienić.

– Ciekawe, gdzie tę noc spędził, bo u nas w domu był spokój – mruknęłam zgryźliwie.

– Jeśli jaśnie panią plotki obchodzą, to na symulowanym wyjeździe do Warszawy, a naprawdę w oranżerii pani baronowej Tańskiej – odparł mi Roman spokojnie. – Ale ja wiem, że rzeczywiście był i w Warszawie, bo to właśnie sprawdziłem. Dependentów pana Jurkiewicza poił i podpytywał, ściśle dwóch, oni zaś mu przysięgli, że żadnego testamentu nie ma. Jaśnie pani nie napisała.

Przeraziłam się.

– Na litość boską, to co pan Jurkiewicz z nim zrobił?!

– Schował u siebie i przez żadne rejestry nie przepuścił. Tego też się właśnie dowiedziałem, mieniąc się zaufanym posłańcem jaśnie pani. Posiadanie dokumentu utrzymał w tajemnicy, choć wszyscy tam wiedzą, że owszem, testament jaśnie pani jest w trakcie tworzenia i jakieś trudności formalne napotyka. Jest to nic innego, jak tylko upór pana Jurkiewicza, który, być może konkurując na odległość z panem Desplain, chce stworzyć jakieś prawnicze arcydzieło.

– Świetnie! – rozzłościłam się. – A przez jego arcydzieło ja życie stracę!

– Na to wygląda. Boję się, że nawet gadanie Szmula nie pomoże, bo pan Guillaume weźmie to za plotki albo też przypuści, że coś tam zostało źle napisane i nie ryska ważności. Albo jeszcze gorzej, że pan Jurkiewicz wcale tego nie ma, tylko jaśnie pani gdzieś u siebie schowała. Zacznie się wdzierać i dom przeszukiwać, a już na pewno nie straci nadziei, że po, Boże nie dopuść, śmierci jaśnie pani znajdzie i zniszczy.

– Do licha… Trzeba było może wikaremu powiedzieć… – Też źle, bo w razie zmiany kościół się obrazi… Popatrzyliśmy na siebie, Roman głęboko zatroskany, ja zirytowana i stropiona.

– Ze wszystkiego wynika, że naprawdę muszę go otruć wyrwało mi się.

Roman, wcale tą myślą nie wstrząśnięty, pokręcił głową. – Osobiście jaśnie pani nie da rady. Natomiast w razie gdyby się nocą włamał do domu… Włamywacza zastrzelić, rzecz zwykła. Pułapkę nawet można by zastawić, drzwi nie zamknąć… No, skandal byłby okropny, bo nikt by nie uwierzył, że on nie z wolą jaśnie pani przyszedł, ale chyba lepszy skandal niż grób?

Też byłam tego zdania, nawet na sto skandali gotowa, żeby życie ocalić. Jedyne, co mnie niepokoiło, to Gaston, kto wie jak by tę kwestię potraktował, jak by przyjął moją rzekomą rozpustę… I to jeszcze z Armandem…

– On przecież nawet teraz może do jaśnie pani przez okno strzelić – powiedział Roman ponuro.

Mimo woli spojrzałam w okno, oczywiście częściowo otwarte, za którym ciemność panowała. Może przynajmniej kotary powinnam zaciągać? I nagle, na poczekaniu, wymyśliłam cały kryminał, otóż nie on do mnie, tylko ja do niego. Przebiorę się po męsku, pójdę czatować pod jego oknem w oberży i strzelę. Nikt mnie przecież o to nie posądzi, wykraść się z własnego domu i potem zakraść z powrotem, to dla mnie żaden problem, najwyżej panna Cecylia mnie usłyszy i pomyśli że znów idę pożywiać się w kuchni. Manii takiej dostałam.

Roman, niestety, skrytykował mój pomysł, który mu natychmiast przedstawiłam. Armand mieszkał na piętrze, żeby go trafić, na drzewie trzeba by siedzieć, nie wiadomo przy tym ule wieczorów i nocy mógł gdzie indziej spędzić. Moją codzienną maskaradę i wykradanie się ktoś by wreszcie zauważył. Do niczego.

– A co gorsza – westchnął – widzę, że jaśnie pani wcale czegoś takiego pod uwagę nie bierze… pan Guillaume wcale nie musi strzelać do jaśnie pani osobiście. Pierwszego lepszego zbira może opłacić, złote góry mu obiecać, zbir w jaśnie panią huknie, a pan Guillaume zaraz potem, przy rozrachunkach, zbira spokojnie zabije, żeby szantażu uniknąć. Dla niego to kiszka z grochem… znaczy, chciałem powiedzieć, małe piwo… znaczy, bardzo przepraszam, chciałem powiedzieć, nic takiego, drobnostka. Śledztwa w sprawie zbira nikt nie będzie prowadził…

Omal w zapale nie zaproponowałam Romanowi, żebyśmy też wynajęli zbira, którego się potem spokojnie zabije, ale zreflektowałam się. Uświadomiłam sobie, że jednak nie poszłoby to tak spokojnie, krwiożerczych skłonności w gruncie rzeczy wcale w charakterze nie miałam. A nawet i samego Armanda… Kto wie czyby mi ręka nie drgnęła.

– Drgnęłaby jaśnie pani bez wątpienia – zapewnił mnie Roman. – Co innego projekty, a co innego czyn. Jechać może jednak do Warszawy, pod nosem panu Jurkiewiczowi stanąć i z testamentem go pogonić…? Choćby i jutro. A przez tę noc, to już ja dopilnuję.

Na tym stanęło.

Co za noc przeżyłam okropną…

Nie, nie przez Armanda, cóż znowu! Przez Gastona. Od chwili kiedy mi na myśl przyszedł, już się tęsknoty do niego pozbyć nie mogłam. Sama zostawszy, tylko jego jednego miałam w głowie, i żeby tylko! W głowie, w sercu, w całej sobie, aż zęby musiałam zaciskać i paznokcie w dłonie wbijać. Szał mnie jakiś do niego ogarniał, w pamięci miałam owe noce, razem za sto piętnaście lat spędzane, i prawie jęki się ze mnie wyrywały. Chciałam go wszystkim, chyba plecami nawet!

O zaśnięciu mowy nie było. Przewracałam się w pościeli, wstawałam, chodziłam po tym gościnnym pokoju, wciąż jako sypialnia używanym, miejsca mi było za mało, biec przed siebie chciałam, coś robić, męczyć się czymś, do wody skakać, na koniu pędzić po wądołach i bezdrożach, tłuc głową o ścianę, a bodaj stajnie czyścić i gnój spod koni własną ręką wyrzucać…!