Siedzieliśmy nadal przy małym stoliku, Monika chętnie spełniała moją prośbę i nie zdradzała żadnej potrzeby pośpiechu, Armand najwyraźniej zagnieżdżał się na stałe. Nie miałam pojęcia, co zrobić, zaproponowałam kolację, bo też i na nią pora przyszła, goście zaproszenie skwapliwie przyjęli. Zorientowałam się nagle, że dla Armanda sytuacja znienacka się skomplikowała, w planach bez wątpienia miał zręczną zbrodnię, upozorowaną na nieszczęśliwy przypadek, tymczasem zbrodnia straciła sens i musiał na poczekaniu przyjąć drugą koncepcję, poślubienia mnie. Brak konkurencji w osobie Gastona stwarzał mu wymarzone możliwości, sam na sam ze mną w pustym domu, mógł mnie uwodzić na wszelkie sposoby, upić na przykład, a tu w paradę weszła mu Monika, którą niełatwo było z siebie otrząsnąć. A podobała mu się i wspólny język w mgnieniu oka znaleźli, z pewnością nie chciał jej do siebie zrażać, bo czemuż by miał się wyrzec dodatkowego romansiku z tak piękną kobietą?
Jego zgryzota dostarczyła mi odrobiny pociechy, niestety, krótkotrwałej. Na parę minut stał się małomówny, nam pozwalając między sobą plotkować, po czym odżył na nowo i do wzmożonego brylowania przystąpił. Najwidoczniej obmyślił już sobie drogę do celu i niczego nie musiał się wyrzekać. Zrozumiałe to było, miał wszak przed sobą nie tylko ten jeden wieczór, ale także liczne dni następne…
W chwili kiedy Monika spytała go, w jakim hotelu się zatrzymał, on zaś już zaczął odpowiadać, że nie załatwił sobie żadnej rezerwacji, zadzwonił telefon. Poderwałam się z nadzieją, że to może Gaston.
I rzeczywiście, był to Gaston.
– No więc, moja miła, jestem tutaj – rzekł z jakąś osobliwą skruchą.
Zaniepokoiłam się. – Gdzie?
– Tu, w Warszawie. Chciałem ci zrobić niespodziankę i pojawić się u ciebie z zaskoczenia, ale okazuje się, że nie dam rady. Przyleciałem wieczornym samolotem, wziąłem taksówkę i żaden z nas, ani kierowca, ani ja, nie umiemy do ciebie trafić.
Najpierw pomyślałam, że chyba źle słyszę, bo to zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe, potem szybko samej sobie złożyłam gratulacje za odebranie tego telefonu w gabinecie, wreszcie radość we mnie gejzerem wybuchła. Jeśli miał nadzieję, że się ucieszę, z pewnością przekroczyłam wszelkie jego oczekiwania.
Opanowałam się z wielkim trudem i tylko po to, żeby rozmawiać jako tako zrozumiale.
– Powiedz dokładnie, gdzie jesteś!
– Dokładnie nie potrafię. Gdzieś w okolicy Magdalenki. – O Boże! – jęknęłam i wpadła mi szczęśliwa myśl do głowy. – Czekaj, ja oddam słuchawkę Romanowi, a ty temu swojemu kierowcy i niech oni uzgodnią, gdzie się mogą spotkać. Wiedzą to znacznie lepiej od nas…
Roman… A, do diabła, zaprowadzę wszędzie te dzwonki na służbę, jeśli zacznę wzywać go krzykiem, Monika i Armand się zainteresują, a właśnie figa, nic im nie powiem… Gdzież ten Roman…?!.
Ledwo wyjrzałam z gabinetu, już go dostrzegłam, czuwał, jak zwykle, w pobliżu, jasne, skoro pojawił się Armand, Roman odgadywał, że będzie potrzebny. Gorączkowo wetknęłam mu słuchawkę do ręki, w dwóch słowach wyjaśniając sprawę, ucieszył się niemal tak samo jak ja, poleciłam jechać tam do nich, znaleźć tę taksówkę, przywieźć Gastona osobiście i ostrzec go po drodze, opisać okropną sytuację, jaka się tu wytworzyła. Zaskakiwać chciałam Armanda i Monikę, ale przecież nie Gastona! Oni zaś, proszę bardzo, niech go zobaczą znienacka, Armand szczególnie, już tak pewny siebie.
Nim wróciłam do jadalni, postanowiłam przygasić nieco ten blask, jaki zaczął bić ze mnie, sama ujrzałam go w lustrze. Mimo wysiłku, ponurej twarzy pokazać nie zdołałam.
Monika, do której, skojarzonej jakoś niepojęcie z dawną baronową Tańską, już się całkowicie przyzwyczaiłam, mimochodem uczyniła uwagę, że musiałam chyba dobrą wiadomość otrzymać, Armand drwiąco napomknął o osobie rozmówcy, bez wątpienia odgadywał Gastona, sądził jednak, że dzwonił z Paryża. Nie podjęłam tematu, ale on nie popuścił, na paryskie plotki się rzucił, Monika znała wszak doskonale Ewę i Karola Borkowskich, wiedziała o Montilly, owe plotki były jej bliskie. Armand skorzystał z okazji, wplątał w nie Gastona, jasno mi dał do zrozumienia, że pan de Montpesac na weekend się gdzieś wybiera, podobno w czarującym towarzystwie. Omal na ten komunikat śmiechem nie wybuchnęłam, ale i tak przyjęłam go tak radośnie, jakby Gaston mnie nic nie obchodził. Mściwie pomyślałam, że im większych nadziei Armand nabierze, tym głębsze będzie jego rozczarowanie.
Na myśl, że lada chwila Roman mi tu Gastona przywiezie, wpadłam w humor szampański i o prawdziwym szampanie przypomniałam sobie. Zapasy jakieś w domu wszak musiałam mieć, wysunęłam się do kuchni, gdzie Siwińscy rzeczywiście kolację jedli, o kolejnym gościu już wiedzieli, Roman im powiedział, szampana do lodu wstawić kazałam. Do zamrażalnika ściśle biorąc, bo w samej lodówce nie dość szybko by się ochłodził. Wróciłam do jadalni.
Monika zmianę atmosfery dostrzegła, dostosowała się do niej natychmiast, niezmiernie zaintrygowana. Zaiskrzyło się wręcz między nami. Jasnowidzenie mnie jakieś ogarnęło, w myślach Armanda czytałam niczym w książce otwartej. Był pewien, że plotką o Gastonie zatruł moje uczucia, że, urażona śmiertelnie, zemścić się od razu postanowiłam, jego za narzędzie tej zemsty obierając. Talent trzeba mu było przyznać wielki, bo razem mnie i Monikę uwodził, a każda z nas mogła być święcie przekonana, że tylko o nią mu chodzi.
Zegar ścienny miałam przed oczami i spoglądałam nań nieznacznie. Roman odjechał tak, że go widać i słychać nie było, nie wiedziałam, jak długo ta wyprawa potrwa, ale sądziłam, że do godziny najwyżej. Tymczasem niespodziankę mi sprawił, bo ledwie trzydzieści pięć minut minęło, jak światła reflektorów w bramie się ukazały.
– Goście…? – zaciekawiła się Monika, już i tak wprost zachłannie zainteresowana wieczorem, który nie całkowicie rozumiała. – O, tylko jedna sztuka – odparłam ze śmiechem, nie mogąc już radości pohamować, i pośpieszyłam ku drzwiom ową jedną sztukę powitać.
Roman, nie wiem, czy sam z siebie, czy też odgadł moje intencje, zatrzymał samochód tak, że z okien jadalni nie było go widać. Na tarasiku przed wejściem padłam Gastonowi w ramiona, kichając na wszelki umiar i opamiętanie. Wiedział od Romana już chyba wszystko, bo jeden tylko komentarz wygłosił.
– Siła wyższa musiała mnie natchnąć i sam siebie podziwiam za aż tak trafną decyzję – rzekł uroczyście i jeszcze w holu, zatrzymawszy się, otworzył mi przed nosem jubilerskie pudełeczko.
Nie przypominam sobie, żeby cokolwiek, już wszystko jedno w których czasach, sprawiło mi kiedykolwiek równie wielką przyjemność, jak włożenie na palec brylantu, rubinami otoczonego. Przepiękny był! Ale nawet gdyby cały pierścionek stanowił blachę z kawałkiem brukowca, też uszczęśliwiłby mnie niebotycznie.
Z Gastonem pod rękę wkroczyłam do jadalni.
– Moniko, pozwól… Gaston de Montpesac, mój narzeczony. Panowie się znają…
Monika, węsząc już wielką intrygę, zgoła światłem rozbłysła. Armandowi doprawdy należały się słowa uznania, bo ledwo na moment szczęki zacisnął, a zaraz potem swobodnie się zachował. Nie darowałam mu jednakże.
– W pełni popieram opinię, że pan de Montpesac spędza weekend w czarującym towarzystwie – wytknęłam mu równie słodko, jak jadowicie.
Tych słów, rzecz jasna, Roman nie mógł słyszeć i Gastonowi powtórzyć, ale i na Gastonie nie zawiodłam się wcale. Odgadł jakieś judzenie, ze śmiechem potwierdził, jakoby już od tygodnia wszem i wobec oznajmiał swoje zdrożne chęci, rodzaju towarzystwa tylko nie precyzował, więc różnie można go było rozumieć. Usadziłam go przy stole tak zręcznie, że zajął miejsce pana domu.