Выбрать главу

– To nie jest zwyczajny stangret – rzekłam sucho. – Wielkie usługi oddał mi we Francji. Kłopoty były tam ogromne, o których nie chcę mówić z racji ich… nieprzystojności. Jak pan wie zapewne, Roman francuski język zna doskonale, od służby tamtejszej nader cenne informacje uzyskał, które, na dobrą sprawę, majątek mój uratowały. Więcej wie o wszystkim niż ja sama i jego radami praktycznymi warto się kierować.

Pan Jurkiewicz musiał sobie w tym momencie przypomnieć, że Roman zna mnie od urodzenia i pod jego opiekę wielokrotnie bywałam oddawana, bo wyglądał, jakby częściowo dał się przekonać. Wrócił do sprawy testamentu i jął się nade mną znęcać, najwyraźniej w świecie pojąć nie mogąc, jakim cudem, dla załatwienia spraw majątkowych pojechawszy, tak mało wiem o ich rezultacie. Wypominał mi rozsądek i znajomość rzeczy, jakie tu po śmierci męża wykazałam, orientację błyskawiczną i bystrość, i gniótł mnie tak, że wreszcie wpadłam w desperację ostateczną. Złe chyba jakieś we mnie wstąpiło.

– No dobrze, przyznam się – powiedziałam szeptem i rozpaczliwie. – Ale niech pan to zatrzyma przy sobie. Jadłam tam wyłącznie ostrygi, popijając szampanem i białym winem, i byłam bez przerwy pijana.

Pan Jurkiewicz osłupiał. – Ja… ja… jak to…?

– No właśnie…

– Pani… pani hrabina raczy żartować…? – A skąd. Samą prawdę mówię.

– Jak to…?! – wykrzyknął, również szeptem, ale pełnym zgrozy. – I pan radca Desplain tego nie zauważył…?!

– Zauważył; oczywiście. Dlatego właśnie przestał ze mną rozmawiać i rozmawiał z Romanem.

– Wielkie nieba…!

– Jeśli ma pan ochotę, może pan też wykrzyknąć: “Do stu tysięcy fur beczek!” – podsunęłam życzliwie. – Nic nie poradzę, tak wygląda okropna rzeczywistość.

– Że okropna, to fakt niezbity…

Łupnąwszy go tym obuchem, zyskałam wreszcie trochę spokoju. Dobrego kwadransa pan Jurkiewicz potrzebował na powrót do jakiej takiej równowagi. Nie wątpię, że podratował go koniak, który cichutko pozwoliłam sobie własnoręcznie mu zaserwować, bo stoliczek z napojami stał także i w gabinecie. Ogłuszony był tak, że pewnie sam nie wiedział, co pije i kto mu to podaje.

Otrząsnąwszy się wreszcie, pomyślał chwilę i zażądał powrotu Romana. Roman w kwestii dziewiętnastowiecznej służby w Montilly miał pełne rozeznanie i bez mojego udziału owe legaty ustalili. Ponadto, zważywszy, iż tak naprawdę byłam w tej chwili idealnie trzeźwa, dowiedziałam się o jeszcze jednej posiadłości, w owym czasie do pradziada, a zatem i do mnie należącej, która w ciągu minionych stu lat musiała przepaść, bo u pana Desplain mowy o niej nie było. Do tego bardzo intratne składy towarowe w Hawrze, też w sto lat później bezpowrotnie utracone. Do licha, rozrzutni byli ci moi francuscy przodkowie…

Zrobiło się w końcu tak późno, że powrót pana Jurkiewieza do Warszawy stracił wszelki sens. Pozostał u mnie na nocleg z obietnicą odwiezienia go o najwcześniejszym poranku. Przywiezienie gotowego do podpisania testamentu ustalił na pojutrze.

Miałam wielką nadzieję, że dzień jutrzejszy jakoś przeżyję i poszłam wreszcie spać wę własnej sypialni, we własnym łóżku, we własnej pościeli…

Udało mi się zasnąć dopiero, kiedy wstałam cichutko i otworzyłam okno, przez służbę nie tylko zamknięte, ale szczelnie kotarą osłonione. Okazało się, że przywykłam do świeżego powietrza i duchota w pokoju męczyła mnie niewymownie. Noc wrześniowa była piękna, pogodna, rozgwieżdżona, chłodna wprawdzie, ale bezwietrzna i wcale nie zimna. Odetchnęłam kilkakrotnie głęboko z prawdziwą przyjemnością i wróciłam do łóżka.

Zasnęłam nie na długo. I pomyśleć, że kiedyś moje łóżko uważałam za doskonale wygodne! A otóż nic podobnego, nie umywało się do materaców, na których sypiałam ostatnio, jakieś nierówne było, niedostatecznie miękkie, doły niepotrzebne w nim czułam i pagórki ugniatające, po krótkim śnie znów się obudziłam. Zmęczenie podróżą sprawiło, że nie próbowałam dokonywać żadnej zmiany, przenosić się na kanapę na przykład, albo przesuwać te piernaty pod sobą, usiłowałam bodaj drzemać, z nadzieją, że wreszcie zasnę głębiej.

Z drzemki jakiś odgłos mnie wyrwał. Ocknęłam się nagle całkowicie, otworzyłam oczy i próbowałam nadsłuchiwać. Niebo dawało blask od księżyca i gwiazd pochodzący i rozświetlało ciemności sypialni, ale w pierwszej chwili sięgnęłam ręką do nocnej lampki. Zdaje się, że jakieś niestosowne słowo się ze mnie wyrwało, kiedy przypomniałam sobie, że o żadnej elektrycznej nocnej lampce nie może być mowy, musiałabym świecę zapalać, a potem lampę, a i tak cienie by mi się po kątach kryły. Rezygnując zatem na razie ze światła, słuchałam tylko odgłosów domu, znanych mi przecież, choć może nieco zapomnianych.

Jakiś dźwięk usłyszałam. Jakby trzaśnięcie i szurnięcie lekkie. Nie mogłam się zorientować, skąd dobiegł, nad moją głową się rozległ czy gdzieś za ścianą? Jeśli nade mną, oznaczałoby to, że w pokojach służby na strychu coś się dzieje, może romanse jakieś się uprawiają, to by mnie nie bardzo obeszło i z pewnością nie leciałabym ich ukrócać, ale jeśli za ścianą…? Któż by się plątał w nocy po mojej garderobie, buduarze, gabinecie…?

Zaraz, a może kot? Kotów było u nas kilka i nigdy nie wzbraniałam im pobytu w domu, lubiłam je, a one odpłacały mi wielką elegancją i grzecznością, żadnych szkód nie czyniąc. Koty prowadzą nocne życie. Ale z drugiej strony kot jest stworzeniem cichym, wręcz bezszelestnym i porusza się zręcznie, niczego nie potrącając…

Czekałam, wsłuchana we względną ciszę domu. Z zewnątrz odległy rechot żab dobiegał i nawet psy nie szczekały. Już pomyślałam, że ów dźwięk był złudzeniem i niepotrzebnie tak czekam nie wiadomo na co, kiedy skrzypnięcie wyraźne rozległo się za ścianą na moim poziomie. A zatem na korytarzu. Wiedziałam doskonale co oznacza, ktoś nastąpił na miejsce, gdzie obluzowane klepki posadzki głos taki z siebie wydawały, a trudno było je omijać.

Czyżby istotnie ktoś się plątał po korytarzu? Kto? I po co? Przypomniałam sobie nagle, że pan Jurkiewicz u mnie nocuje i może w ciemnościach łazienki szuka, potem zaraz otrzeźwiałam, jakiej znowu łazienki, do mojej garderoby kapielowej się pcha czy co? Wszystkie niezbędne utensylia toaletowe ma u siebie, w pokoju gościnnym, umie ich chyba używać…?

Żaden lęk mnie jeszcze nie ogarnął, irytacja raczej, nie dość, że mi się niewygodnie we własnym łóżku śpi, to jeszcze głupie hałasy mnie budzą! Z gniewu i chcąc się pozbyć problemu, z myślą, że niech sobie chodzi, ile mu się spodoba, byle z daleka ode mnie, zerwałam się z pościeli, boso do drzwi podbiegłam i klucz z cichym szczęknięciem przekręciłam. Zamknęłam się.

Nie czyniłam tego nigdy, żeby rankiem Zuzia mogła wejść do mnie ze świeżą kawą, bez potrzeby otwierania jej drzwi. Przeważnie już wówczas nie spałam, ale bywało, że dopiero przyjemny zapach mnie budził. Zdążyłam teraz pomyśleć, że samej sobie niewygody przyczyniam, a szczęknięcie pewnie było na korytarzu słyszałne i może nawet dla pana Jurkiewicza obraźliwe, ale pozostawiłam zamknięcie i wróciłam do łóżka równie szybko, jak z niego wyskoczyłam.

Taka byłam z siebie zadowolona, że nadsłuchiwałam jeszcze ledwo przez chwilę, w czasie której najmniejszy szmer się nie rozległ, po którym nagle, nie wiadomo kiedy, zasnęłam twardo i głęboko…

Ten obecny Gaston, jak na czasy i obyczaje, wziął tempo wstrząsające.

Posłaniec z bukietem prawie ze snu mnie wyrwał, także i z bilecikiem, owszem, podziękowanie za wczorajszą wizytę zawierającym, przeprosiny i tym podobne dusery. Znałam te zabiegi doskonale, kiedyś z konieczności zganiłabym zbytnią poufałość, teraz wolałabym, żeby przybył osobiście i od razu chwycił mnie w objęcia. Zniecierpliwienie mnie ogarnęło, ale pozory zachować musiałam.

Pociechy dostarczyły mi konie, bo wreszcie mogłam na długi spacer wierzchem wyjechać, czego mi przez więcej niż miesiąc brakowało. Gwiazdeczka rżała na mój widok, pysk wyciągała, nie wiem, która z nas miała większą uciechę, kiedy na nią wsiadłam. Przesadziłam chyba nawet trochę, bo aż w kościach i mięśniach tę kawalerską jazdę poczułam, po trzech godzinach dopiero wróciwszy.

Roman, odwiózłszy pana Jurkiewicza, przywiózł mi w zamian dwóch fachowców do zrobienia wodociągu i kanalizacji. Wyjaśniłam, czego sobie życzę, budząc w nich niemal przerażenie, ale już po krótkiej chwili rozważań zapalili się do dzieła. Nie słuchałam nawet ich propozycji technicznych, dobrze wiedząc, że w przyszłości postęp pójdzie znacznie dalej, godząc się tylko na wszelkie koszta, czym ujęłam ich sobie do tego stopnia, że w miesiąc obiecali roboty zakończyć. Po ich odjeździe dopiero, a odesłałam ich Władkiem stajennym i małym powozikiem, bo Romana pozbywać się na tak długo nie miałam ochoty, dowiedziałam się, że mój spacer poranny bardzo mi się przydał.

W czasie mojej nieobecności bowiem wizytę złożył mi pan Armand Guillaume…

Czekał nawet z pół godziny, ale rozgoryczona wielce Mączewska odebrała mu nadzieję mojego rychłego powrotu i poradziła raczej szukać mnie po polach i lasach. Zła była na mnie z pewnością, bo znów ją zostawiłam własnemu losowi, żadnych dyspozycji nie wydając, co dotychczas nigdy się nie zdarzało. Jakaś taka lekkomyślna i roztrzepana z tego Paryża wróciłam, że wprost nie można się ze mną dogadać, a tu jesień wczesna i decyzje w kwestii tysiąca robót należy podejmować…

No i dobrze, omówiłam z nią wszystko, z powrotem szacunku dla mnie nabrała, pojęcia nie mając, że szybkość i stanowczość moich postanowień stąd się bierze, że mnie to nic nie obchodzi. Uczciwie mówiąc, w nosie miałam ilość i rodzaj konfitur, sposób spożytkowania wełny z owiec, cenę i jakość serów, stosunki mojego rządcy z żydowskimi kupcami, konserwy na zimę i nawet nowe lustro do wielkiego salonu. Gaston mnie interesował i tyle.

Godzina wizyt się zbliżała, czekałam na niego. Miał mi wszak przekazać jakieś wieści z Francji, więc powinien przybyć. Podejrzewałam, że nie on jeden, ktoś z sąsiedztwa z pewnością nie wytrzyma, żeby mnie nie odwiedzić, baby szczególnie, na paryską modę nastawione. Śmiech pusty mnie ogarniał na myśl o tej paryskiej modzie, z przywiezionych sukien jedna tylko, wieczorowa, od biedy by się nadała do pokazania, ale też zgorszenie potężne musiałaby obudzić. Ze względu na Gastona całą konferencję z Zuzią odbyłam, bo w coś jednak musiałam się ubrać, aż wreszcie jakiś strój dla siebie stworzyłam, możliwie mało nieprzyzwoity. Zarazem rozważałam kwestię umówienia go na inną porę, której nikt natręctwem nie zagrozi, wciąż dla tych wieści poufnych, nie do udzielenia przy ludziach. Wieczór może…? Albo spacer poranny, konno, wyznaczyć mu miejsce spotkania w lesie, przy szałasie drwali, w tej porze roku pustym…