Выбрать главу

Maksym zrozumiał, że znajduje się w gigantycznej pułapce, że kontakt stanie się możliwy dopiero wtedy, kiedy uda mu się dosłownie wywrócić na nic poglądy kształtowane w ciągu tysiącleci. Najwidoczniej ktoś to już usiłował zrobić, jeśli sądzić z rozpowszechnionego tu przekleństwa „massaraksz”, co znaczyło dosłownie „przenicowany świat”; poza tym Gaj opowiadał mu o czysto abstrakcyjnej teorii matematycznej opisującej Świat zupełnie inaczej. Teoria ta powstała już w starożytności, była niegdyś tępiona przez oficjalną religię, miała swych męczenników, zyskała matematyczną klarowność dzięki pracom genialnych uczonych ubiegłego wieku, ale pozostała abstrakcją, chociaż podobnie jak większość abstrakcyjnych teorii znalazła zastosowanie praktyczne. Stało się to zupełnie niedawno, kiedy skonstruowano superdalekosiężne pociski balistyczne.

Przemyślawszy i zestawiwszy ze sobą to wszystko, czego się dowiedział, Maksym zrozumiał po pierwsze to, że przez cały czas sprawiał wrażenie szaleńca i że nie na darmo jego mentogramy włączono do schizofrenoidalnych „Czarodziejskich podróży”. Po wtóre zrozumiał, że na razie nie może wspominać o swoim prawdziwym pochodzeniu, jeżeli nie chce powrócić do Hipopotama. Pojął ostatecznie, że zaludniona wyspa nie udzieli mu pomocy, że może liczyć tylko na siebie, że budowę nadajnika zeroprzestrzennego należy odłożyć na czas nieograniczony i że on sam utkwił tu na długo, a możliwe, massaraksz, że i na zawsze. Beznadziejność sytuacji o mało nie zwaliła go z nóg, ale zacisnął zęby i zmusił się do czysto logicznego rozumowania. Mama będzie musiała przeżyć ciężkie chwile. Będzie jej niewyobrażalnie źle i ta jedna myśl pozbawiła go wszelkiej ochoty do logicznego myślenia. Niech diabli porwą ten idiotyczny zamknięty świat! Ale są tylko dwa wyjścia: albo nieprzytomnie tęsknić za krajem i gryźć palce z bezsilnej złości, albo wziąć się w garść i żyć. Żyć, jak zawsze pragnął: kochać przyjaciół, dążyć do celu, walczyć, zwyciężać, ponosić klęski, dostawać po nosie, oddawać… Robić obojętnie co, byle nie załamywać rąk… Przestał mówić o budowie Wszechświata i zaczął wypytywać Gaja o historię i ustrój społeczny swojej zaludnionej wyspy.

Z historią sprawa nie przedstawiała się najlepiej. Gaj znał tylko pojedyncze fakty, a wartościowych książek nie miał. W bibliotece miejskiej poważnych opracowań też brakowało. Można się jednak było zorientować, że kraj, który przygarnął Maksyma, przed wybuchem ostatniej wojny był znacznie obszerniejszy, kierowany był wówczas przez klikę nierozgarniętych finansistów i zdegenerowanych arystokratów. Klika wpędziła naród w nędzę, skorumpowała aparat państwowy i wreszcie ugrzęzła w wielkiej wojnie kolonialnej, rozpętanej przez sąsiadów. Wojna ta ogarnęła cały Świat, zniszczyła tysiące miast, dziesiątki małych państewek zostały starte z powierzchni ziemi, wszędzie zapanował chaos. Nastąpiły dni głodu i epidemii. Próby powstań ludowych grupka wyzyskiwaczy zdławiła pociskami jądrowymi. Kraj i cały świat chylił się ku zagładzie. Sytuacja została uratowana przez Płomiennych Chorążych. Wszystko wskazywało na to, że była to anonimowa grupa młodych oficerów sztabu generalnego, która pewnego pięknego dnia przy pomocy dwóch dywizji bardzo niezadowolonych z faktu, że posyłają je do atomowej jatki, zorganizowała przewrót i zagarnęła władzę. Od tego czasu sytuacja w znacznym stopniu się ustabilizowała, wojna jakoś sama przez się ucichła, chociaż nikt z nikim traktatów pokojowych nie zawierał.

Maksym zrozumiał, że ustrój polityczny państwa jest daleki od ideału i stanowi pewną odmianę dyktatury wojskowej. Jasne było jednak, że Płomienni Chorążowie cieszą się ogromną popularnością, i to we wszystkich warstwach społecznych. Rzeczywiste powody tej popularności pozostały dla Maksyma niejasne: bądź co bądź pół kraju leży jeszcze w ruinach, wydatki na wojsko są olbrzymie, przytłaczająca większość społeczeństwa żyje gorzej niż skromnie… Ale sprawa polegała prawdopodobnie na tym, że junta wojskowa potrafiła lub obiecała ukrócić apetyty przemysłowców, czym zyskała popularność wśród robotników i podporządkowała ich sobie, czym z kolei zjednała przemysłowców. To zresztą były tylko domysły. Gajowi na przykład taka interpretacja wydawała się bardzo dziwaczna: dla niego społeczeństwo było jednolitym organizmem, przeciwieństw między warstwami społecznymi nie mógł sobie wyobrazić…

Pozycja międzynarodowa kraju była nadal w najwyższym stopniu niepewna. Na północy rozpościerały się dwa wielkie państwa, Chontia i Pandea, dawniejsze prowincje czy też kolonie. O tych państwach nikt niczego nie wiedział, ale było pewne, że oba te kraje mają agresywne zamiary, nieustannie wysyłają szpiegów i dywersantów, organizują incydenty zbrojne na granicy i przygotowują się do wojny. Celów tej wojny Gaj nie potrafił wyjaśnić, nigdy zresztą się nad tym nie zastanawiał. Na północy byli wrogowie, z agenturą walczył na śmierć i życie, i to mu w zupełności wystarczało.

Na południu za przygranicznymi lasami, leżała pustynia wypalona wybuchami jądrowymi. Pustynia ta powstała na miejscu całej grupy krajów, które brały najczynniejszy udział w działaniach wojennych. O tym, co się dzieje na tych milionach kilometrów kwadratowych, też nic nie było wiadomo, nikogo to zresztą nie interesowało. Południowe granice narażone były na nieustanne napady wielkich hord półdzikich wyrodków, od których aż się roiły lasy za rzeką Błękitną Żmiją. Problem południowych granic uważany był niemal za najważniejszy. Stamtąd groziło niebezpieczeństwo i właśnie tam koncentrowały się wyborowe jednostki Legionu Bojowego. Gaj służył na południu trzy lata i opowiadał nieprawdopodobne historie.

Na południe od pustyni, na drugim końcu jedynego kontynentu, również mogły zachować się jakieś państwa, ale nic o nich nie było wiadomo. Natomiast ciągle i w sposób wysoce nieprzyjemny dawało o sobie znać tak zwane Imperium Wyspiarskie rozsiadłe na dwóch potężnych archipelagach drugiej półkuli. Ocean Światowy należał do niego. Radioaktywne wody pruła ogromna flota okrętów podwodnych pokrytych wyzywająco śnieżnobiałą farbą, wyposażonych w najnowocześniejsze urządzenia do niszczenia i zabijania, z bandami specjalnie wytresowanych morderców na pokładach. Białe łodzie podwodne trzymały w straszliwym napięciu nabrzeżne rejony kraju, dokonywały nie prowokowanych ostrzałów artyleryjskich i wysadzały pirackie desanty. Temu białemu zagrożeniu również stawiał czoło legion.

Obraz wszechświatowego chaosu i zniszczenia wstrząsnął Maksymem. Leżała przed nim planeta-cmentarzysko, na której ledwie tliło się rozumne życie, gotowe lada chwila ostatecznie zgasnąć.

Maksym słuchał Rady, słuchał jej spokojnych i strasznych opowieści o tym, jak matka otrzymała zawiadomienie o śmierci ojca (ojciec, lekarz epidemiolog, nie chciał opuścić zadżumionej okolicy, państwo zaś wówczas nie miało czasu ani możliwości walczyć z dżumą zwykłymi środkami, na zadżumione tereny zrzucono więc po prostu bombę); o tym, jak dziesięć lat temu do stolicy zbliżyli się buntownicy, zaczęła się ewakuacja i w tłumie atakujących pociąg zadeptano babkę, matkę ojca, a dziesięć dni później umarł młodszy braciszek; o tym, jak po śmierci matki chcąc wykarmić małego Gaja i zupełnie bezradnego wujka Kaana pracowała po osiemnaście godzin na dobę jako pomywaczka w punkcie ewakuacyjnym, później jako sprzątaczka w luksusowej spelunce dla spekulantów, później startowała w hazardowych biegach kobiecych, później siedziała w więzieniu, co prawda niedługo, ale pozostała bez pracy i kilka miesięcy żebrała…