W tym momencie Fargo wyłączył Phillis i włączył wzorzec komandosa.
– Istotnie, zapomniał pan o tym drobnym, ale jakże ważnym szczególe… panie Clancy.
Nie czekając, aż zdziwienie odbije się na twarzy mężczyzny, z całej siły kopnął go kolanem między nogi i odskoczył do tyłu. Clancy zgiął się wpół. Oba kieliszki potoczyły się po dywanie. Fargo zwinął prawą pięść i przytrzymując ją drugą dłonią, obiema rękami uderzył go od dołu w twarz. Jak na zwolnionym filmie ciało mężczyzny zakreśliło duży łuk, wyginając się do tyłu. Przez moment utrzymało chwiejną równowagę, balansując na piętach. W tym momencie ostatni cios, precyzyjnie wymierzony w odsłonięty splot, posłał go na podłogę.
Trzask drzwi na dole świadczył, że wbrew rachubom strażnik usłyszał jednak jakiś niepokojący hałas. Rozległ się tupot szybkich kroków na schodach i po chwili pojawiła się barczysta sylwetka z odbezpieczonym pistoletem w dłoni. Fargo nie czekał na jakąkolwiek reakcję. „Wstrzelił się” w niego, odrzucił broń na środek pokoju i wspiął się na poręcz dzielącą salon od holu. Lecąc głową w dół, „wstrzelił się” na powrót w ciało dziewczyny. Zagryzł wargi słysząc łomot spadającego ciała, podniósł pistolet i przysiadł na poręczy fotela. Czuł, że coraz bardziej drżą mu ręce.
Clancy długo nie mógł odzyskać normalnego oddechu. Leżąc na ziemi, kaszlał, pluł i jęczał. W końcu, odwrócony tyłem, zaczął podnosić się na czworakach.
– Leż spokojnie – powiedział Fargo, starając się, by głos brzmiał dostatecznie groźnie.
Tamten był zbyt otępiały, żeby zrozumieć cokolwiek. Tkwiąc w przedziwnej pozycji, wygięty do tyłu, usiłował wstać.
– Słuchaj, niektórzy ludzie, co prawda, uważają tyłek za coś nieprzyzwoitego, ale ja nie mam takich przesądów. Bądź pewny, że bez wahania strzelę ci prosto w dupę.
Clancy posłusznie znieruchomiał, ciągle wsparty na łokciu i kolanach. Usiłował powstrzymać dłonią cieknącą z nosa krew. Fargo nie wiedział, od czego zacząć. Nagle zdał sobie sprawę, że nie ma pojęcia, czego właściwie chce się dowiedzieć. Na usta cisnęło się zbyt wiele pytań. Wiedział, że nie może tkwić tu zbyt długo.
– Zdradziłeś – powiedział wreszcie.
Zabrzmiało to raczej śmiesznie.
– Kim… kim ty właściwie jesteś? – wycharczał Clancy.
– Pracujesz dla Organizacji – nie było to ani pytanie, ani stwierdzenie.
– Dla jakiej Organizacji, do jasnej cholery?
– Dla byłego asystenta profesora Fulbrighta.
– Kobieto, o czym ty mówisz?
Fargo wstał i podszedł do niewielkiego stołu pod oknem.
– Gdzie jest Keldysh?
– Nic mi nie mówi to nazwisko… – wzruszył ramionami.
– Jak chcesz – mruknął, podnosząc słuchawkę telefonu. – Dobrze byłoby, gdybyś wiedział, że gadatliwi żyją dłużej.
Powoli wykręcał numer. Clancy ostrożnie spojrzał do tyłu. Nie miał predyspozycji do roli bohatera. Widać było, że ledwie panuje nad przerażeniem.
– Pogotowie ratunkowe?
Lufą pistoletu przysunął tępy nóż do rozcinania papieru.
– Przyjeżdżajcie szybko. Tu leży facet, któremu ktoś odciął genitalia. Strasznie krwawi.
Oczy Clancy’ego dosłownie wyszły z orbit.
– Nie, nie żartuję. Podam pani adres.
– Wygłupiasz się! – Puls leżącego musiał skoczyć do jakichś stu osiemdziesięciu uderzeń na minutę.
– Jaki tu jest numer domu? – Fargo zakrył dłonią mikrofon.
– Nie!!!
– Nie umrzesz od tego. Oni ci pomogą.
– Nie! Powiem. Wszystko powiem!
Fargo odłożył słuchawkę.
– Pracujesz dla nich?
– Tak… – nie mógł złapać oddechu. – Robię, co mi każą.
– A oni płacą aż tyle? – Lynn zatoczył ręką łuk, patrząc na luksusowe wyposażenie salonu.
– Tak im wygodniej. Nie mogą przecież naraz wymienić wszystkich pracowników byłej komórki Keldysha.
– Z kim się kontaktujesz? Nazwiska!
– O Boże, przychodzą do mnie tak jak ty. Przecież nie wiem nawet, czy naprawdę jesteś kobietą. Nie znam nikogo.
Fargo poruszył trzymanym w dłoni pistoletem. Nie wiedział, czy może mu wierzyć, ale nie przychodziła mu na myśl żadna metoda weryfikacji.
– Czy Keldysh żyje?
– Tak. Wiedzieli, że nie miał praktycznie żadnych liczących się dowodów po śmierci Kate Wade i Lynna Fargo. Zabicie go było jednak ryzykowne. Gdyby złożył gdzieś swoje papiery, albo je ujawnił, uznano by go za wariata. Jego śmierć mogłaby się jednak stać dowodem na to, że miał rację… Był zbyt wielką figurą.
– Co się z nim stało?
– Został odsunięty. Odpowiedni ludzie wmanewrowali go w aferę z zaginionym bombowcem, którym wysłał Lynna Fargo na szkolenie.
– Nie szukano wraku?
– Niby jak? Stary nie był aż tak głupi, żeby powiedzieć, gdzie go skierował. A jego przeciwnikom nie zależało na ujawnianiu nazwy kraju, gdzie, jak ją nazywasz, Organizacja ma swoją placówkę. Cały błąd Keldysha polegał na tym, że oni nie rozpracowywali wcale wywiadu. Zajęli się od razu komórką bezpieczeństwa.
– Gdzie on teraz jest?
– Keldysh? Codziennie można go spotkać w pubie przy Lock Lane.
Fargo skinął głową. Spojrzał na wiszący na ścianie antyczny zegar. Powinien już iść, nie mógł bardziej ryzykować. Nie wiedział, kiedy ocknie się strażnik, o ile w ogóle się ocknie. Nie wiedział też, czy Clancy nie był z kimś umówiony albo czy nie miał do kogoś zadzwonić. Domyślał się, że złamanie rutyny wywoła w biurach wywiadu alarm. Nie chciał doprowadzić do gonitwy i strzelaniny w tej tak dobrze strzeżonej dzielnicy. Pozostała mu do zrobienia tylko jedna rzecz – musiał zatrzeć za sobą ślady. A to oznaczało zastrzelenie Clancy’ego.
– Odwróć się – wyszeptał ze ściśniętym gardłem. Powoli podniósł broń, celując w głowę leżącego. Przełknął ślinę. No, już! Raz, dwa, trzy… Palec na spuście ani drgnął. „Chryste, przecież nie mogę strzelić do leżącego człowieka” – myślał. – „Nie tak na zimno…”
Lufa pistoletu drżała lekko. Na wszystkich filmach, jakie dotąd widział, w podobnej sytuacji ofiara w ostatniej chwili nagle atakowała pozytywnego bohatera, albo zrywała się do ucieczki, ułatwiając mu wykonanie wyroku. Clancy musiał coś przeczuwać. Jak sparaliżowany tkwił nieruchomo, nie śmiejąc nawet głębiej odetchnąć.
„A może po prostu odejść?” – przemknęło mu przez głowę. Nie, przecież to niemożliwe. Musi, musi nacisnąć spust. Wzorzec komandosa podsuwał odpowiednie kroki. Żywy Clancy stanowił zagrożenie, mógł bez problemu nakazać obserwację Keldysha i zdjąć każdego, kto się z nim skontaktuje. Gdzieś w zakamarkach jego mózgu pojawiło się wspomnienie łąk pod rozgwieżdżonym niebem, tonących w mroku, wąskich uliczek, smaku pizzy w przydrożnym barze, zapachu kwiatów, które wręczał kiedyś dziewczynie, dźwięku jej słów, kształtów…
– Strzelaj!
Nagły rozkaz poraził rozmarzoną świadomość. Palec zacisnął się odruchowo, ale spust dotarł tylko do połowy drogi. Było to za mało, żeby zwolnić iglicę. W mózgu pojawiło się od razu inne rozwiązanie. Zaczął myśleć o śmierci Kate, o Keldyshu, o tych wszystkich ludziach skazanych na powolny rozpad w umyśle paralityka, wreszcie o własnym zmarnowanym życiu. Palec drgnął, posuwając się o kolejny ułamek milimetra. Leżący na podłodze Clancy bał się oddychać.
„Cholera, przecież on nikogo nie zabił osobiście” – pomyślał. Spust z cichym trzaskiem powrócił do poprzedniego położenia. Fargo nie miał teraz ochoty na rozważanie skomplikowanych kwestii odpowiedzialności.
– Wstawaj – powiedział, opuszczając broń. – Lubisz koniak? To napij się go jeszcze.
Plan powstał w jednej chwili, dawał poczucie bezpieczeństwa, a jednocześnie pozwalał na zachowanie ofiary przy życiu.
Przejechał niemal pół miasta, zanim znalazł odpowiednie miejsce. Klub bilardowy w wyglądającym jak ruina budynku pośrodku dzielnicy kolorowej biedoty. Poprawił garnitur, przejrzał się w lusterku i wysiadł z samochodu. Nie zamykał drzwi, kluczyki zostawił pod dywanikiem. To też należało do planu.
Wszedł do gęstej od dymu atmosfery i nim wzrok przyzwyczaił się do mroku, zrozumiał, że dobrze wybrał. Gwar wypełniający to miejsce umilkł w jednej sekundzie. Dziesiątki oczu śledziły każdy jego krok. Podszedł do obskurnego baru i stanął między dwiema kobietami nie pierwszej już młodości. O ich profesji świadczyły tak ciuchy, jak i wyzywający makijaż. Wydął pogardliwie wargi na ich widok i zwrócił się do barmana.
– White Russian – powiedział rzucając na blat dwudziestofuntowy banknot. – Wiesz, co to jest, czarnuchu?
Z tyłu dało się słyszeć szuranie odsuwanych krzeseł. Nie musiał odwracać głowy, żeby wiedzieć, co się szykuje.
– Wiesz czy nie wiesz? – zapytał ponownie.
Barman, potężnie zbudowany Murzyn, uśmiechnął się promiennie, kręcąc jednocześnie głową.
– Pierwsze słyszę, ale mamy zajebistą Krwawą Mary – odparł wyjmując spod lady przycięty kij baseballowy ozdobiony napisem: „Kto nie płaci, zęby traci”.
Zanim opuścił go na głowę Clancy’ego, zamarł na moment, potem zmrużył oczy. Fargo po „wstrzeleniu” zdziwił się widząc, ilu czarnych otoczyło drażniącego ich eleganta. Trochę się przestraszył, że przesadził…
– Jest wasz – powiedział odkładając kij na miejsce i podnosząc banknot z kontuaru – ale jak mi go który zabije, to będzie następny w kolejce.
Pogotowie przyjechało kwadrans później, długo po tym, jak Fargo odjechał sprzed baru w skórze jednej z prostytutek.
Myśl, że nie nadaje się na nieustraszonego wywiadowcę, bynajmniej nie spędzała mu snu z powiek. Traktował ją raczej jako samousprawiedliwienie, jako coś, co zasadniczo zwalniało go z dalszego rozplątywania zawiłych afer. Teraz jednak, stojąc przed obitymi plastikiem drzwiami i mając do zrealizowania główny cel swojego powrotu do Anglii, wahał się. Nie miał wątpliwości – po prostu nie wiedział, jak zacząć. Zmusił się, by przycisnąć dzwonek. Nikt jednak nie otworzył drzwi. Coś przesłoniło jasny otwór judasza i rozległ się damski głos: