— Dojdziemy do tego. Mówię tylko, że gdy niszczyłem kopię, wiedziałem, że istnieje inna i że szybko zmusisz mnie do tego, bym zdradził, co się z nią dzieje.
— A więc był to gest bezsensowny?
— Nie, wcale nie. Przez chwilę widziałem, jak wyobrażasz sobie, że twoje plany się walą, Yuuji-san, i to sprawiło mi przyjemność. Opłaciło się zerknąć do twej duszy. Choć nie był to przyjemny widok.
— Skąd wiedziałeś? — spytał Cal. — Skąd wiedziałeś, że zostałem skopiowany?
— Myślałam, że nie można go skopiować — rzekła kobieta, którą wcześniej przedstawiono Sylveste’owi jako Khouri. Była mała i ładniutka, ale prawdopodobnie nie można jej było ufać. — Myślałam, że mają bufory… zabezpieczenia przed kopiowaniem… takie tam gówienka.
— To dotyczy symulacji poziomu alfa, moja droga — odparł Calvin. — A tak się składa, że ja nią nie jestem. Jestem skromną betą. Potrafię przejść standardowe testy Turinga, ale z filozoficznego punktu widzenia nie mam w istocie świadomości. A zatem i duszy. Dlatego nie mam rozterek etycznych z tego powodu, że występuję w więcej niż jednym egzemplarzu. Z drugiej strony… — nabrał tchu, wypełniając ciszę, którą ktoś inny może pragnąłby zakłócić swymi myślami — …nie wierzę już w te neurokognitywne bzdury. Nie mogę mówić w imieniu swego poziomu alfa, gdyż alfa zniknęła jakieś dwa wieki temu, ale z jakiegoś powodu jestem teraz całkowicie świadomy. Może wszystkie bety są do tego zdolne albo może sama złożoność połączeń powoduje, że przekraczam poziom masy krytycznej. Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że myślę, i dlatego jestem nadzwyczaj wściekły.
Sylveste już to przedtem słyszał.
— On jest symulacją poziomu beta, spełniającą kryteria Turinga. Z założenia mają mówić takie rzeczy. Jeśli nie twierdzą, że są świadome, automatycznie nie spełniają standardu Turinga. Ale to nie oznacza, że to, co on mówi… te dźwięki, które wydaje… dźwięki, które ta rzecz wydaje… mają jakiekolwiek znaczenie.
— To samo rozumowanie mógłbym przeprowadzić w stosunku do ciebie — rzekł Calvin. — A wnioski są następujące, drogi synu: ponieważ nie mogę spekulować na temat alfy, muszę założyć, że tylko ja pozostałem. Może trudno ci to zrozumieć, ale ponieważ jestem teraz czymś cennym i unikalnym, tym bardziej sprzeciwiam się, by sporządzano moją kopię. Każde kopiowanie powoduje, że to, czym jestem, staje się mniej wartościowe. Zostaję zredukowany do seryjnego towaru, przedmiotu, który się wytwarza, powiela, a potem wyrzuca, gdy akurat nie pasuje do czyjegoś kalekiego pojęcia użyteczności. — Przerwał na chwilę. — A więc… jakkolwiek nie twierdzę, że nie podejmę kroków, by zwiększyć prawdopodobieństwo swego przeżycia… to nie zgadzam się dobrowolnie na to, by ktokolwiek mnie kopiował.
— Ale przecież zgodziłeś się. Pozwoliłeś Pascale, by skopiowała cię do „Zejścia w ciemność”. — Pascale wykazała spryt! w tej sprawie. Przez całe lata Sylveste niczego nie podejrzewał. Dał jej dostęp do CaMna, by pomóc w tworzeniu biografii. Pozwoliła mu na powrót do jego obsesji, do Amarantinów,: do narzędzi badawczych i topniejącej sieci sympatyków. t — To był jego pomysł — oznajmiła Pascale. e — Tak, przyznaję. — Cal zaczerpnął tchu, robiąc zapas przed: kolejną wypowiedzią, mimo że symulacja Calvina „myślała”) znacznie szybciej niż niewspomagany człowiek. — To były ‹ niebezpieczne czasy — oczywiście nie bardziej niż obecne, jak › oceniam na podstawie tego, co zobaczyłem po przebudzeniu 1 — a równocześnie ryzykowne. Wydawało się, że to rozważny i pomysł, że zrobię coś, by jakaś część mnie przetrwała zniszrczenie oryginału. Jednak nie miałem na myśli kopii, raczej szkic, podobiznę, choćby nie całkowicie spełniającą Turingowskie kryteria.
— A dlaczego zmieniłeś zdanie? — spytał Sylveste.: — Pascale zaczęła umieszczać w biografii części mnie, przez i pewien czas… miesiące. Kodowanie było bardzo subtelne. Ale gdy skopiowała znaczną porcję oryginału, by części skopiowa: ne mogły brać udział w interakcji, one, a raczej ja stawałem się: coraz mniej oczarowany pomysłem popełnienia cybemetycz: nego samobójstwa tylko po to, by stanowić dowód. W zasadzie 1 czułem się bardziej ożywiony, byłem bardziej sobą niż kiedy5 kolwek przedtem. — Obdarzył słuchaczy uśmiechem. — Oczyr wiście szybko się zorientowałem, dlaczego tak się dzieje. Pas: cale skopiowała mnie do znacznie wydajniejszego komputera i — państwowego systemu w Cuvier, gdzie kompilowano „Zej‹ ście”. System był podłączony do wielu archiwów i sieci; nigdy: nie dałeś mi takich możliwości, nawet w Mantell. Po raz pierw) szy miałem coś, co świadczyło o dbałości o mój wielki inte; lekt. — Wytrzymał ich spojrzenia przez chwilę, potem dodał cicho: — To oczywiście żart. ›: — Kopie biografii były powszechnie dostępne — wyjaśniła i Pascale. — Sajaki otrzymał jedną kopię, nie zdając sobie spraiwy, że zawiera ona wersję kopii Calvina. A ty jak się dowiei działeś, że ona tam jest? — Spojrzała na Sylveste’a. — Czy skoi piowany Cal ci o tym powiedział?
— Nie. Nie jestem pewien, czy chciałby to zrobić, nawet gdyby miał możliwość. Sam się tego domyśliłem. Biografia miała zbyt wielką objętość jak na ilość zawartych w niej danych symulacyjnych. Wiedziałem, że zrobiłaś to zmyślnie: zakodowałaś Cala w miejsce najmniej znaczących bitów w plikach. Ale Cal miał zbyt dużą objętość, by wszystko dało się upchnąć w ten sposób. „Zejście” było o piętnaście procent większe, niż powinno. Przez parę miesięcy sądziłem, że jest tam ukryty dodatkowy scenariusz, jakieś aspekty mojego życia, które nie są dostatecznie udokumentowane, ale które mimo to postanowiłaś umieścić. Mógłby mieć do nich dostęp naprawdę uparty poszukiwacz. W końcu zrozumiałem, że ta pojemność wystarcza na kopię Cala. Oczywiście nigdy nie zyskałem całkowitej pewności. — Patrzył na rzutowany obraz. — Przypuszczam, że uważasz się za prawdziwego Cala, a to, co zniszczyłem, było tylko kopią.
Cal z przeczącym gestem uniósł rękę z podłokietnika.
— Nie, to byłaby zbyt uproszczona wersja. Przecież już raz byłem tamtą kopią. Ale wtedy tamta moja postać — i to, czym ta kopia była, aż ją zabiłeś — stanowiła zaledwie cień tego, czym jestem obecnie. Powiedzmy, że chodzi o epifanię, i przy tym zostańmy.
— Czyli… — Sylveste stukał palcem w wargę — w istocie nie zabiłem cię.
— Nie — odparł Cal ze sztuczną łagodnością — nie zabiłeś. Ale mogłeś, i tylko intencje się liczą. W takim wypadku, mój drogi, jesteś obmierzłym ojcobójcą, draniem.
— Wzruszające — stwierdził Hegazi. — Uwielbiam miłe spotkania rodzinne.
Przeszli do kapitana. Khouri była tu wcześniej, ale choć słabo znała to miejsce, czuła zdenerwowanie, świadoma, że znajduje się tam zakaźna materia, ledwo dająca się utrzymać w zimnie szczelnie otaczającym kapitana.
— Powinieniem wiedzieć, czego ode mnie chcecie — powiedział Sylveste.
— Nie jest to dla ciebie oczywiste? — odparł Sajaki. — Czy po to zadaliśmy sobie tyle trudu, by spytać cię o samopoczucie?
— Nie odkładałbym tego — powiedział Sylveste. — W przeszłości uważałem twoje zachowanie za niezbyt sensowne, więc dlaczego teraz miałoby się to zmienić? A ponadto nie oszukujmy się, że to, co tam się stało, to pozory.
— Do czego zmierzasz? — spytała Khouri.
— Och, nie mów mi, że jeszcze się nie domyśliłaś?
— Czego się miałam domyślić?
— Że w rzeczywistości to się nigdy nie stało. — Sylveste utkwił w niej swój ślepy wzrok. Miała wrażenie, że skanuje ją nierozumny układ automatycznego śledzenia, a nie ludzka świadomość. — Może zresztą nie. Może jeszcze się nie zorientowałaś. Kim ty w zasadzie jesteś?