— Oczywiście.
— Oczywiście. — Girardieau znów się uśmiechnął, tym razem do wszystkich w grupie. — Idziemy dalej?
Poruszanie się w tunelach biegnących od rowu było bardziej skomplikowane, niż Sylveste sobie wyobrażał. Myślał, że tunel będzie prowadził po promieniu tak długo, aż przebije skorupę i dotrze do pustego wnętrza obiektu. Jednak tunel był umyślnie skonstruowanym labiryntem. Droga szła radialnie mniej więcej dziesięć metrów, ale potem skręcała w lewo i się rozwidlała. Drogi oznaczono kolorami za pomocą przylepnych markerów, ale system kodowania był dla Sylveste’a zbyt zagadkowy. Po pięciu minutach stracił orientację, choć podejrzewał, że nie zabrnęli zbyt daleko w głąb. Miał wrażenie, że tunel to dzieło zwariowanego robaka, który lubił zjadać miąższ jabłka bezpośrednio pod skórką. W końcu przeszli przez regularną szczelinę w strukturze obiektu. Girardieau wyjaśnił, że obiekt składa się z wielu koncentrycznych warstw. Szli krętym tunelem, a Girardieau raczył ich opowieściami o początkowym etapie eksploracji obiektu.
Wiedzieli o nim od dwóch lat — od czasu, gdy Sylveste zwrócił uwagę Pascale na dziwny sposób zagrzebania obelisku. Wykopanie komory pochłonęło większość tego czasu, a szczegółowe badanie pogmatwanego wnętrza zaczęto parę miesięcy temu. W początkowym okresie wydarzyło się kilka wypadków śmiertelnych. Nie było w nich nic zagadkowego i w końcu przestały się zdarzać — po prostu ludzie gubili się w niezbadanej części labiryntu i wpadali do pionowego szybu, gdzie nie zdążono jeszcze ułożyć zabezpieczającej podłogi. Jedna pracownica zginęła śmiercią głodową, gdy zapuściła się zbyt daleko, nie pozostawiając za sobą śladu w postaci okruszków — serwitory znalazły ją dwa tygodnie po zaginięciu. Chodziła bezładnie po okręgach, niekiedy zbliżając się na odległość paru minut od stref bezpiecznych.
Teraz, przez ostatnią koncentryczną warstwę, szli wolniej i rozważniej niż przez cztery poprzednie. Droga prowadziła w dół i w końcu dotarli do wygodniejszego, poziomego tunelu. Na jego końcu jaśniało mleczne światło.
Girardieau powiedział coś do rękawa i światło przygasło.
Poruszali się w półmroku. Stopniowo odgłos ich oddechów przestał się odbijać echem do ścian, gdy ograniczająca przestrzeń się otwierała. Jedyny dwięk pochodził od mozolnego mruczenia pomp powietrza.
— Trzymaj się — powiedział Girardieau. — Zaraz zobaczysz.
Sylveste przygotował się na moment dezorientacji, gdy lampy rozbłysły. Nie miał za złe Girardieau tego teatralnego przedstawienia. Pozwoliło mu ono wyczuć smak odkrycia, choć z drugiej ręki. Oczywiście on jeden rozumiał, co ten surogat zastępował. Nie zazdrościł jednak innym tej chwili. Byłoby to nieuprzejme, gdyż oni nigdy się nie dowiedzą, jak smakuje prawdziwe odkrycie. Prawie im współczuł, choć w tej chwili widok, jaki ukazał się w świetle, wymiótł z jego głowy wszelkie myśli.
Zobaczył miasto obcych.
SZEŚĆ
W drodze do DeKy Pawia, 2546
— Przypuszczam, że należysz do ludzi, którzy, pod każdym innym względem racjonalni, szczycą się tym, że nie wierzą w duchy.
Khouri spojrzała na nią, lekko marszcząc czoło. Od samego początku Volyova wiedziała, że Khouri nie jest głupia, ale interesowało ją, jak dziewczyna zareaguje na jej pytanie.
— Duchy? Triumwirze, chyba nie mówisz poważnie!
— Szybko się przekonasz, że prawie zawsze jestem śmiertelnie poważna — odparła Volyova. Przybyły pod drzwi, osadzone dyskretnie w jednej z zardzewiałych wewnętrznych ścian statku. Drzwi wyglądały na ciężkie, spod warstw rdzy i brudu przeświecał stylizowany rysunek pająka. — Wejdź. Idę za tobą.
Khouri bez wahania wykonała polecenie. Volyova była zadowolona. Przez trzy tygodnie od porwania — lub rekrutacji, gdyby się chciało określić to delikatniej — Volyova zastosowała w stosunku do Khouri terapię zmieniającą lojalność. Kuracja była niemal zakończona, brakowało tylko dodatkowych dawek, ale te miały być podawane już zawsze. Wkrótce lojalność zostanie wbudowana tak silnie, że przekroczy zwykłe posłuszeństwo i stanie się odruchem, zasadą, przed którą Khouri nie potrafi się obronić, tak jak ryba przed oddychaniem w wodzie. Gdyby się to posunęło do ekstremum — choć Volyova miała nadzieję, że nie będzie to potrzebne — Khouri można by skłonić do tego, by wykonywała wolę załogi i jeszcze ich kochała za to, że dali jej taką szansę. Volyova wahałaby się przed zaprogramowanien kobiety aż do tego stopnia. Po swych niezbyt owocnych eksperymentach z Nagomym wolała zachować ostrożność przed stworzeniem drugiej bezkrytycznie posłusznej świnki doświadczalnej. Volyova wolałaby, żeby Khouri zachowała resztki oporu.
Volyova poszła ku drzwiom za Khouri, która zatrzymała się parę metrów za progiem i nagle zobaczyła, że droga jest odcięta.
Volyova zamknęła wielkie przesłonowe drzwi z tyłu.
— Gdzie jesteśmy, Triumwirze?
— W mojej prywatnej samotni — odparła Volyova. Mówiąc do swej bransolety, spowodowała zapalenie się świateł, ale wnętrze nadal zostawało w cieniu. Pokój miał kształt grubej torpedy, długość dwa razy większą niż szerokość. Wnętrze było przepysznie wyposażone: cztery szkarłatne miękkie fotele, zainstalowane obok siebie, za nimi miejsce na dwa dalsze, choć na ra — zie w podłodze widniały tylko klamry mocujące. Zakrzywione ściany błyszczące i czarne, jakby były z obsydianu lub czarnego marmuru, z mosiężnymi żebrowaniami, obito w wielu miejscach pluszem. Volyova usiadła z przodu w fotelu, który do podłokietnika miał przymocowaną konsolę z hebanu. Złożyła konsolę, przyjrzała się tarczom i przełącznikom wykonanym z mosiądzu lub miedzi, z wyszukanymi etykietkami, na które nałożono kwieciste zwoje inkrustacji drzewnych i z kości słoniowej. Volyova znała te urządzenia, gdyż regularnie zaglądała do pajęczego pokoju, ale lubiła dotykać panelu palcami.
— Sugeruję, byś usiadła — powiedziała. — Za chwilę ruszamy.
Khouri posłusznie usiadła obok Volyovej, która przerzuciła kilka przełączników z kości słoniowej i obserwowała, jak niektóre tarcze na panelu rozjarzają się różowo, a wskazówki drżą, gdy zasilanie weszło w obwody pajęczego pokoju. Volyova z sadystyczną przyjemnością obserwowała zdezorientowaną Khouri, która najwyraźniej nie wiedziała, w jakim miejscu statku się znajduje i co za chwilę się stanie. Rozległo się szczęknięcie i nastąpiło nagłe przesunięcie, jakby pokój był łodzią ratunkową, która właśnie odłączyła się od macierzystego statku.
— Ruszyłyśmy — stwierdziła Khouri. — Co to takiego? Luksusowa winda dla Triumwiratu?
— Nic z tych dekadenckich wymysłów. Znajdujemy się w starym szybie prowadzącym do zewnętrznego kadłuba.
— Potrzebujesz pokoju, by dotrzeć do kadłuba? — W głosie Khouri znów ujawniła się pogarda dla przytulnych ultraskich udogodnień. Volyovej się to perwersyjnie spodobało. Umocniło ją w przekonaniu, że terapia lojalności nie zniszczyła osobowości Khouri, lecz tylko ją inaczej ukierunkowała.
— Gdyby chodziło jedynie o dotarcie do kadłuba, poszłybyśmy piechotą — odparła Volyova.
Ruch odbywał się teraz gładko, ale od czasu do czasu rozlegały się szczęknięcia, gdy po drodze natykały się na śluzy i urządzenia systemu trakcyjnego. Ściany szybu były czarne, ale — jak wiedziała Volyova — to się za chwilę miało zmienić. Na razie Volyova obserwowała Khouri, próbując ustalić, czy dziewczyna się boi, czy tylko jest zaciekawiona. Gdyby miała trochę rozumu, już by się zorientowała, że Volyova poświęciła jej zbyt wiele czasu, by ją zabić. Ale z drugiej strony, podczas treningu wojskowego na Skraju Nieba musiała się nauczyć, że niczego nie należy przyjmować za oczywistość.