Выбрать главу

Ktoś zerwał mu maskę z twarzy.

Potem zmuszono go do marszu. Obijając sobie ramiona, przeciskał się wąskimi korytarzami, gdzie dominował zapach prymitywnych środków odkażających. Sprowadzili go po grzechoczących schodach. Zjechali dwiema rozklekotanymi windami. Jak głęboko — tego nie potrafił określić. Wyszli do dającej pogłosy podziemnej hali. Wyczuł tu lekki powiew o metalicznym posmaku. Minęli wylot przewodu wentylacyjnego; z powierzchni nadszedł ostry komunikat wichru. Od czasu do czasu Sylveste słyszał głosy i choć rozpoznawał intonacje, nie potrafił jeszcze tych dźwięków zidentyfikować.

Wreszcie dotarli do pokoju.

Był przekonany, że ściany są pomalowane na biało. Prawie fizycznie czuł, jak napierają na niego ze wszystkich stron.

Ktoś stanął obok; miał oddech pachnący kapustą. Sylveste poczuł na twarzy delikatne dotknięcie palców powleczonych warstwą pozbawioną tekstury, o lekkiej woni środka dezynfekującego. Dotknęły jego oczu i czymś twardym postukały w ich fasetki.

Każde stuknięcie wybuchało za skroniami małą supernową bólu.

— Kiedy wam powiem, naprawcie je — usłyszał znajomy głos, żeński, jednak nieco gardłowy, przez co brzmiał niemal męsko. — Na razie niech zostanie ślepy.

Kroki oddaliły się — kobieta musiała odprawić eskortę gestem. Sylveste stał teraz samotnie bez żadnych punktów odniesienia, czuł, że traci równowagę psychiczną. Przed sobą miał szary wzór. Czuł, że słabnie, ale nie miał się o co oprzeć. Równie dobrze mógł stać na desce, dziesięć pięter nad przepaścią.

Już prawie padał, ręce żałośnie młóciły powietrze.

Coś złapało go za ramię i ustabilizowało. Usłyszał pulsujące zgrzytanie, jakby ktoś piłował drewno.

To był jego własny oddech.

Teraz usłyszał wilgotne cmoknięcie — wiedział, że otworzył usta, by znowu przemówić. Kobieta na pewno się uśmiecha, obserwuje go.

— Kim jesteś? — zapytał.

— Ty beznadziejny sukinsynu. Nie pamiętasz nawet mojego głosu.

Jej palce wpiły mu się w ramię, sprawnie wyszukały zakończenia nerwowe i nacisnęły odpowiednie miejsca. Zawył jak pies — bodziec zmusił go do zapomnienia o bolących oczach.

— Daję słowo — powiedział Sylveste — że cię nie znam.

Zwolniła ucisk. Gdy nerwy i ścięgna wróciły na miejsce, poczuł nowy ból, który przekształcił się rychło w tępe łupanie w całym ramieniu.

— Powinieneś znać. — Głos nabrał nieprzyjemnego tonu. — Myślałeś, Dan, że zginęłam dawno temu, pogrzebana pod osuwiskiem.

— Sluka — powiedział.

Volyova zmierzała właśnie do kapitana, kiedy wydarzyło się coś niepokojącego. Reszta załogi, z Khouri włącznie, przesypiała podróż do Resurgamu i Volyova powróciła do swych zwyczajowych rozmów z nieco ogrzanym kapitanem: podnosiła temperaturę jego mózgu o ułamek stopnia, dzięki czemu zyskiwał choćby fragmentaryczną świadomość. W ciągu ostatnich dwóch lat weszło to do rozkładu jej zajęć i tak miało być przez następne dwa i pół roku, aż statek dotrze w okolice Resurgamu i z chłodnego snu obudzą się pozostali załoganci. Rozmowy odbywały się dość rzadko — nie mogła ryzykować zbyt częstego ogrzewania kapitana, gdyż przy każdym ogrzaniu zaraza zabierała nieco i człowieka, i otaczającej go materii. Jednak rozmowy te tworzyły małe oazy międzyludzkiego kontaktu, gdy resztę czasu wypełniało jej nadzorowanie wirusów, broni i chorującej statkowej materii.

Volyova cieszyła się na te pogawędki, choć kapitan rzadko pamiętał cokolwiek z poprzednich rozmów. Co gorsza, do ich stosunków wkradła się ostatnio pewna oziębłość. Częściowo z powodu pecha, gdy usiłował zlokalizować Sylveste’a w układzie Yellowstone. Skazało to kapitana na dodatkowe pięciolecie tortur, może nawet więcej, jeśli Sylveste’a nie znaleziono by też na Resurgamie. Volyova nie wykluczała tego, przynajmniej teoretycznie. Kapitan wciąż ją pytał, jak idą poszukiwania, a ona musiała mu dawać do zrozumienia, że są problemy. Kapitan zasępiał się wówczas — nie mogła go za to winić — a ton konwersacji mroczniał i często kontakt z kapitanem zupełnie ustawał. Kiedy — po dniach czy tygodniach — znowu próbowała z nim rozmawiać, nic nie pamiętał i znowu przechodzili tę samą procedurę, z tym że Volyova usiłowała łagodniej przekazać mu złe wiadomości lub nadać im optymistyczny ton.

Następne problemy, kładące się cieniem na ich rozmowy, spowodowała sama Volyova. Mianowicie, uparcie namawiała kapitana, by opowiedział o wizycie u Żonglerów Wzorców, którą odbył wspólnie z Sajakim. Volyovą zainteresowała ta wizyta dopiero w ostatnich latach, gdyż dostrzegła, że zmiana osobowości Sajakiego nastąpiła mniej więcej w tamtym czasie. Oczywiście, Żonglerów odwiedza się właśnie po to, by odmienić umysł; dlaczego Sajaki pozwolił obcym, by zmienili go na gorsze? Stał się okrutniejszy, bardziej despotyczny i zaciekły, podczas gdy wcześniej był stanowczym, lecz sprawiedliwym szefem, cenionym członkiem Triumwiratu. Teraz prawie zupełnie mu nie ufała. Jednak kapitan — zamiast rzucić pewne światło na tę przemianę — agresywnie ucinał jej pytania. A Volyova obsesyjnie się nią interesowała.

Akurat szła z nim porozmawiać. Zastanawiała się, jak odpowiedzieć na nieuniknione pytanie o Sylveste’a i jak tym razem wypytać kapitana o Żonglerów. Szła zwykłą drogą, więc przechodziła przez kazamatę.

I zobaczyła, że jedną z broni — akurat jedną z tych najgroźniejszych — chyba ktoś przesunął.

— Wydarzyły się różne rzeczy — oznajmiła Mademoiselle. — I pomyślne, i nie.

Co za zaskoczenie być świadomą, nie mówiąc już o słuchaniu Mademoiselle. Ostatnie wspomnienie Khouri: układa się w skrzyni zimnego snu; Volyova spogląda na nią, wstukując polecenia do swej bransolety. Teraz nic nie widziała, nie słyszała, nie czuła nawet zimna, a jednak wiedziała, że znajduje się w chłodni, nadal w pewnym stopniu uśpiona.

— Gdzie… kiedy… jestem?

— Nadal na statku. Mniej więcej w połowie drogi do Resurgamu. Poruszamy się teraz bardzo szybko, mamy ponad dziewięćdziesiąt dziewięć procent prędkości światła. Podniosłam nieco temperaturę twoich włókien nerwowych, na tyle, by móc rozmawiać.

— Volyova tego nie zauważy?

— To akurat najmniejszy problem. Chodzi o kazamatę. Pamiętasz, odkryłam, że coś kryje się w jej konstrukcji? — Mademoiselle nie czekała na odpowiedź. — Wiadomości, które przyniosły ogary, były łatwe do odszyfrowania. Teraz, po trzech latach, ich przepowiednie stały się jaśniejsze.

Khouri ujrzała oczyma duszy Mademoiselle patroszącą swe psy, studiującą układ wylewających sie wnętrzności.

— Więc ten pasażer na gapę jest realny?

— O, tak. I wrogi, ale do tego dojdziemy za chwilę.

— Wiesz, co to może być?

— Nie. — Wydawało się, że Mademoiselle nie mówi wszystkiego. — Ale to, czego się dowiedziałam, jest równie interesujące.

Nowiny Mademoiselle dotyczyły topologii centrali. Centrala uzbrojenia była ogromnie złożonym zestawem komputerów — jej warstwy narastały latami. Jeden umysł — nawet Volyovej — prawdopodobnie potrafił objąć zaledwie ogólny schemat tego układu, tylko część informacji o tym, jak rozmaite warstwy przenikają się wzajemnie i nakładają na siebie. Ale jeden z atrybutów centrali można było sobie łatwo przedstawić, gdyż była ona niemal całkowicie odizolowana od reszty statku, dlatego większość wyższych funkcji broni kazamatowych mógł uruchamiać tylko ktoś siedzący aktualnie w fotelu centrali. Otaczała ją zapora sieciowa i dane z reszty statku mogły tylko tam wpływać. Przyczyny takiej konstrukcji wynikały z taktyki. Broń, gdy ją używano (nie tylko broń kazamatowa), wysuwała się na zewnątrz statku, co potencjalnie otwierało dostęp do statku wirusom wroga. Tak więc centralę izolowano — odizolowano od reszty danych jednokierunkowym zaworem. Zawór wpuszczał tylko dane ze statku do centrali, nic z niej nie mogło się przezeń wydostać.