Выбрать главу

— Właśnie, przyjmując, że odkryliśmy coś w kazamacie, zechciej wyciągnąć z tego logiczne wnioski — oznajmiła Mademoiselle.

— Cokolwiek to jest, dostało się tam przez pomyłkę.

— Tak. — W głosie Mademoiselle brzmiało zadowolenie, prawie takie, jakby właśnie po raz pierwszy na to wpadła. — Musimy brać pod uwagę możliwość, że istota dostała się do centrali przez broń, ale sądzę, że droga przez zawór jest znacznie bardziej prawdopodobna. I akurat wiem, kiedy ostatnio coś przeszło przez ten zawór.

— Kiedy?

— Przed osiemnastu laty. — Zanim Khouri coś wtrąciła, Mademoiselle dodała: — Czasu statkowego. Według czasu planetarnego stało się to, jak szacuję, między osiemdziesięciu a dziewięćdziesięciu laty przed twoim werbunkiem.

— Sylveste — rzekła Khouri, zdziwiona. — Sajaki mówił, że Sylveste zaginął, gdyż zabrali go tu na statek, by naprawił kapitana Brannigana. Czy daty pasują do siebie?

— Powiedziałabym, że idealnie. To byłby rok 2460 — około dwudziestu lat po powrocie Sylveste’a od Całunników.

— I myślisz, że przywiózł to coś ze sobą?

— Wiemy tylko to, co przekazał nam Sajaki. Mianowicie: Sylveste przyjął symulację Calvina, by leczyć kapitana Brannigana. W pewnej chwili w czasie operacji Sylveste musiał być podłączony do statkowej przestrzeni danych. Może właśnie w ten sposób gapowicz uzyskał dostęp. I podejrzewam, że wkrótce potem wszedł przez zawór jednokierunkowy do centrali.

— 1 dotychczas tam przebywa?

— Na to wygląda.

Stało się to już regułą: ilekroć Khouri ułożyła sobie różne elementy i przynajmniej w przybliżeniu wszystko do siebie pasowało, jakiś nowy fakt rozbijał to w pył. Czuła się jak średniowieczny astronom, tworzący coraz to nowe zegarmistrzowskie teorie kosmologiczne, by włączyć w nie świeże dziwaczne obserwacje. Tym razem okazało się, że Sylveste miał coś wspólnego z centralą uzbrojenia. Jak? — tego nawet nie zaczynała pojmować. Teraz przynajmniej coś ją pocieszało: nie była odosobniona w swej niewiedzy; nawet Mademoiselle przechytrzono.

— Wspomniałaś, że ta rzecz jest wroga — powiedziała ostrożnie, nie do końca pewna, czy ma zadawać jeszcze jakieś pytania, gdyż odpowiedzi mogłyby okazać się zbyt trudne do analizy.

— Tak. — W tonie głosu wyczuwało się wahanie. — Z psami popełniłam błąd. Postąpiłam zbyt pochopnie. Powinnam sobie uświadomić, że Złodziej Słońca…

— Złodziej Słońca?

— Tak siebie nazywa. Ten gapowicz.

To była zła wieść. Khouri skądś znała to określenie. Khouri wspomniała, że Volyova spytała ją kiedyś, czy to imię coś dla niej znaczy. Ale ta nazwa wiązała się z czymś jeszcze. Miała wrażenie, że od pewnego czasu słyszy je w swoich snach. Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale Mademoiselle mówiła dalej.

— Wykorzystał psy do ucieczki, Khouri. Przynajmniej do ucieczki pewnej swej części. Wykorzystał je, by dostać się do twej głowy.

W nowym więzieniu Sylveste nie dysponował niezawodnym sposobem pomiaru biegnącego czasu. Miał tylko pew — ność, że od jego uwięzienia upłynęło wiele dni. Podejrzewał, że podano mu narkotyki — zmuszono do letargicznej drzemki pozbawionej marzeń sennych. Kiedy już śnił — co zdarzało się rzadko — widział, lecz jego sny zawsze dotyczyły zbliżającej się ślepoty i wartości wzroku. Kiedy się zbudził, widział tylko szarość, ale po pewnym czasie — po dniach, jak przypuszczał — szarość straciła swą strukturę geometryczną. Ten wzorzec zbyt długo nakładał się na jego umysł i teraz umysł go odfiltrowywał. Pozostała bezbarwna nieskończoność, już nawet nie szara, lecz po prostu jasny brak barwy.

Zastanawiał się, co traci. Być może jego obecne otoczenie było tak monotonne i spartańskie, że umysł wcześniej czy później wykonałby tę samą sztuczkę z filtrowaniem, nawet gdyby oczy coś widziały. Wyczuwał tylko, że jest wśród skał, wielu megaton skał. Pogłosów nie słyszał. Stale myślał o Pascale, ale z każdym dniem trudniej ją było przywołać. Szarość wsączała się w jego wspomnienia, zalewała je jak mokry beton. Pewnego dnia, gdy tylko skończył swe racje żywnościowe, drzwi celi otwarto i tuż przy nim rozbrzmiały dwa głosy.

Pierwszy, chrapliwy, należał do Gillian Sluki.

— Zrób z nim, co możesz. W pewnych granicach.

— Powinien być uśpiony, kiedy będę operował — usłyszał drugi głos, męski i gęsty jak smoła. Sylveste rozpoznał kapuściany oddech.

— Powinien być, ale nie będzie. — Zawahała się, a potem dorzuciła: — Nie oczekuję żadnych cudów, Falkender. Chcę tylko, żeby sukinsyn mnie widział.

— Daj mi kilka godzin — powiedział Falkender. Postawił coś, rozległ się głuchy odgłos na więziennym stole o zaokrąglonych krawędziach. — Zrobię, co będę mógł. — Prawie bełkotał. — Zanim kazałaś go oślepić, jego oczy nie były jakieś nadzwyczajne, z tego co wiem.

— Masz godzinę.

Wychodząc, trzasnęła drzwiami. Syłveste, od chwili uwięzienia spowity ciszą, czuł, jak echa tego dźwięku rozrywają mu czaszkę. Długo nasłuchiwał najsłabszych dźwięków, łowiąc podpowiedzi co do swego losu. Niczego nie uzyskał, ale w czasie tego procesu uzależnił się od ciszy.

Po intensywnym zapachu kapusty poznał, że Falkender się doń zbliżył.

— To przyjemność pracować z tobą, doktorze Sylveste. — W jego głosie niemal słyszał onieśmielenie. — Jestem pewien, że z czasem zdołam naprawić większość szkód, które panu wyrządziła.

— Dała ci godzinę — powiedział Sylveste. Własny głos brzmiał mu obco. Dawno go nie używał, poza niezbornym mruczeniem we śnie. — Cóż możesz zrobić w ciągu godziny?

Słyszał, jak mężczyzna przekłada narzędzia.

— Przynajmniej coś poprawię. — Podkreślał swe uwagi cmokaniem. — Oczywiście zrobię więcej, jeśli nie będziesz się wyrywał. Ale nie obiecuję, że operacja sprawi ci przyjemność.

— Jestem pewien, że zrobisz to jak najlepiej.

Palce mężczyzny prześlizgnęły mu się po oczach, lekko je badały.

— Wiesz, zawsze podziwiałem twego ojca. — Znów cmoknięcie, przypominające Sylveste’owi jedno z kurcząt Janeąuina. — Powszechnie wiadomo, że to on sprawił ci te oczy.

— Jego symulacja poziomu beta — skorygował Sylveste.

— Oczywiście, oczywiście. — Sylveste mógł sobie wyobrazić, jak Falkender gestem lekceważy tę mglistą różnicę. — Przecież nie symulacja alfa. Wszyscy wiemy, że ta przed laty zniknęła.

— Sprzedałem ją Żonglerom — oznajmił bezbarwnym tonem Sylveste. Po latach ukrywania prawda wyskoczyła z jego ust jak mała, kwaśna pesteczka.

Falkender wydał dziwny tchawiczny dźwięk. On w taki sposób się śmieje, doszedł do wniosku Sylveste.

— Jasne, jasne. Wiesz, jestem zdumiony, że nikt cię o to dotychczas nie oskarżył. Ale taka już jest ludzka przewrotność. — Powietrze wypełnił ostry warczący dźwięk, po nim paląca nerwy wibracja. — Chyba możesz się pan pożegnać z postrzeganiem kolorów. Odbiór monochromatyczny to najwięcej, co mogę zrobić.

Khouri miała nadzieję na chwilę umysłowego wytchnienia, na odrobinę czasu, by zebrać myśli i spokojne nasłuchiwać odgłosów inwazyjnej obecności w swym mózgu. Ale Mademoiselle mówiła dalej.