— Złodziej Słońca chyba już raz tego próbował — oznajmiła. — Mówię oczywiście o twoim poprzedniku.
— Chcesz powiedzieć, że gapowicz próbował się dostać do głowy Nagornego?
— Właśnie. Jeśli nie liczyć tego, że w wypadku Nagornego nie było ogarów, które go mogły podwieźć. Złodziej Słońca musiał zastosować coś bardziej prymitywnego.
Khouri przemyślała to, czego dowiedziała się od Volyovej o całym incydencie.
— Dość prymitywnego, by Nagorny oszalał?
— Widocznie tak — przytaknęła jej towarzyszka. — A może Złodziej Słońca tylko próbował narzucić mu swą wolę? Ucieczka z centrali była niemożliwa, więc Złodziej Słońca próbował uczynić z Nagornego marionetkę. Może to wszystko odbywało się za pośrednictwem podświadomych sugestii, gdy Nagorny przebywał w centrali uzbrojenia?
— W jak wielkich kłopotach?
— Jak na razie w niewielkich. Ogarów było zaledwie kilka, zbyt mało, by narobić dużych szkód.
— Co się stało z psami?
— Oczywiście odszyfrowałam je. Dowiedziałam się, jakie przynoszą wiadomości. Ale wtedy otworzyłam się przed nim. Przed Złodziejem Słońca. Psy musiały go jakoś ograniczyć, ponieważ jego atak na mnie był bardzo mało subtelny. Na szczęście, bo w innym wypadku nie zdołałabym uruchomić na czas środków obrony. Nietrudno go było pokonać, ale miałam tylko do czynienia z drobną jego częścią.
— Więc jestem bezpieczna?
— Niezupełnie. Wyrzuciłam go — ale jedynie z tego implantu, gdzie rezyduję. Niestety, moje środki obronne nie działają w twoich pozostałych implantach, łącznie z tymi, które zainstalowała ci Volyova.
— Zatem nadal jest w mojej głowie?
— Może nawet nie skorzystał z psów — oznajmiła Mademoiselle. — Mógł wniknąć do implantów Volyovej, gdy tylko umieściła cię po raz pierwszy w centrali uzbrojenia. Ale z pewnością uznał psy za przydatne. Gdyby nie próbował zaatakować mnie przy ich pomocy, mogłabym nie wyczuć jego obecności w twych pozostałych implantach.
— Czuję się tak samo jak przedtem.
— To dobrze. Czyli moje przeciwdziałanie okazało się skuteczne. Przypominasz sobie moje środki obronne przeciw terapii Volyovej?
— Tak — potwierdziła Khouri ponuro, niepewna, czy podziałały tak skutecznie, jak to sobie wyobrażała Mademoiselle.
— Te są bardzo podobne. Jedyna różnica polega na tym, że stosuję je przeciw tym obszarom twego umysłu, które zajmował Złodziej Słońca. Przez ostatnie dwa lata prowadziliśmy… — Przerwała. Po chwili coś ją olśniło. — Chyba można to nazywać zimną wojną.
— Musiała być zimna.
— 1 niespieszna — dodała Mademoiselle. — Zimno ograbiło nas z energii potrzebnych do innych akcji. Ponadto musieliśmy działać ostrożnie, by nie wyrządzić ci krzywdy. Zraniona nie przyniosłabyś żadnego pożytku ani mnie, ani Złodziejowi Słońca.
Khouri przypomniała sobie, dlaczego ta konwersacja stała się w ogóle możliwa.
— Ale teraz, gdy zostałam ogrzana…
— Dobrze rozumiesz sytuację. Po ogrzaniu nasz konflikt się zintensyfikował. Myślę, że Volyova może nawet coś podejrzewać. Widzisz, nawet w tej chwili włók sonduje twój mózg. Mógł wykryć we włóknach nerwowych wojnę, którą toczę ze Złodziejem Słońca. Mogłabym złagodnieć, ale Złodziej Słońca wykorzystałby ten moment, by pokonać moje środki obronne.
— Ale możesz go nie dopuszczać…
— Mam nadzieję. Jednak gdyby mi się nie udało, uważam, że powinnaś wiedzieć, co się wydarzyło.
To brzmiało dla Khouri rozsądnie: lepiej wiedzieć, że ma w sobie Złodzieja Słońca, niż ulegać złudzeniu, że jest czysta.
— Chciałam też cię ostrzec. Jego większa część pozostała w centrali uzbrojenia. Nie mam wątpliwości, że kiedy tylko znajdzie sposobność, zechce wniknąć w ciebie całkowicie, tak całkowicie, jak to tylko możliwe.
— Podczas mojej następnej wizyty w centrali?
— Przyznaję, że wybór jest ograniczony — oznajmiła Mademoiselle. — Ale doszłam do wniosku, że najlepiej, byś poznała całą sytuację.
Mademoiselle uważała, że Khouri bardzo, bardzo wiele brakuje, by wyrobiła sobie choćby przybliżony obraz. Ale miała rację: lepiej doceniać niebezpieczeństwo, niż o nim nie wiedzieć.
— Jeśli Sylveste naprawdę jest odpowiedzialny za tę sprawę, zabicie go nie będzie dla mnie wielkim problemem.
— To dobrze. Poza tym nowiny nie są aż tak złe. Razem z psami wysłałam do centrali swój awatar. Z raportów psów wiem, że Volyova nie wykryła mego awataru, przynajmniej w ciągu kilku następnych dni. Działo się to ponad dwa lata temu, ale nie sądzę, by od tamtego czasu został on wykryty.
— Zakładamy, że Złodziej Słońca go nie zniszczył.
— Rozsądna uwaga. Jeśli jednak Złodziej Słońca jest tak inteligentny, jak podejrzewam, nie uczyni nic, co mogłoby zwrócić na niego uwagę. Nie ma pewności, że ten awatar nie został wpuszczony do systemu przez Volyovą. Ją też przecież dręczą wątpliwości.
— Po co to zrobiłaś?
— Aby w razie konieczności przejąć kontrolę nad centralą.
Calvin, widząc, jak obchodzą się z jego dziełem, obracałby sie w grobie szybciej, niż Cerber okrąża swą neutronową gwiazdę Hades. Gdyby tylko miał grób, myślał Sylveste. Kiedy symulacja Cala konstruowała Sylveste’owi wzrok, Calvin już nie żył, a przynajmniej od wielu lat nie miał ciała. Takie igraszki myślowe pozwalały Danowi przynajmniej na pewien czas zapomnieć o bólu. Od uwięzienia ból towarzyszył mu stale. Falkender pochlebiał sobie, sądząc, że zwiększy jego mękę.
Wreszcie jakimś cudem ból zaczął ustępować.
Sylveste czuł, że w mózgu otwarła się nieobecna tam wcześniej próżnia, zimna komora wypełniona pustką. Usunięcie bólu było jak usunięcie wewnętrznej podpory. Czuł, że się zapada, kamienie węgielne jego psychiki kruszyły się pod własnym ciężarem, nagle pozbawionym ostoi. Odzyskanie choćby częściowej równowagi wewnętrznej wymagało wysiłku.
A teraz w polu widzenia miał bezbarwne, zanikające widma.
Po sekundzie stwardniały i przybrały rozróżnialne kształty. Ściany celi — gołej i skąpo umeblowanej, tak jak sobie wyobrażał — i przykucnięta nad nim zamaskowana postać. Dłoń Falkendera tkwiła w chromowanej rękawicy, zakończonej nie palcami, lecz krabowatą wypustką drobnych połyskliwych manipulatorów. W oku mężczyzny tkwił jak monokl system soczewek, podłączony do rękawicy wieloczłonową stalową liną. Skórę miał bladą niczym podbrzusze jaszczurki; jedyne widoczne oko, sine, patrzyło w nieokreśloną dal. Suche cętki krwi pstrzyły mu czoło. Krew miała barwę szarozieloną, ale Sylveste wiedział dobrze, co to jest.
Teraz dostrzegł, że w istocie wszystko miało ten kolor.
Rękawica wycofała się; Falkender wolną dłonią ściągnął ją z przegubu. Na uprzednio urękawicznionej dłoni lśniła błonka oleju.
Zaczął pakować swój sprzęt.
— Cóż, nie obiecywałem cudów — oznajmił. — A pan nie powinien żadnych cudów oczekiwać.
Ruchy miał szarpane, urywane. Sylveste dopiero po chwili zorientował się, że oczy dostarczają mu tylko trzech czy czterech obrazów na sekundę. Świat poruszał się zająkliwymi ruchami dziecięcych rysuneczków w rogach książek, ożywionych wachlarzowym ruchem między palcem wskazującym a kciukiem. Co parę sekund następowały niepokojące inwersje głębi — wtedy Falkender zdawał się ludzkokształtną niszą, wydłubaną w ścianie celi. Czasami fragmenty pola widzenia zawieszały się i nie zmieniały przez dziesięć lub więcej sekund, nawet gdy Sylveste spoglądał na inną część pomieszczenia.