Выбрать главу

A jednak to był wzrok, a przynajmniej jego niedorozwinięty kuzyn.

— Dziękuję — powiedział Sylveste. — To… to postęp.

— Lepiej stąd chodźmy — rzekł Falkender. — Jesteśmy już pięć minut spóźnieni.

Sylveste kiwnął głową, i ten ruch wystarczył, by wywołać pulsowanie migreny. Jednak była ona niczym w porównaniu z poprzednim bólem sprzed operacji Falkendera.

Podniósł się z kanapy i zrobił krok ku drzwiom. Teraz szedł ku nim w jakimś celu — po raz pierwszy rzeczywiście spodziewał się, że przez nie przejdzie — i może dlatego czynność ta wydała mu się nagle perwersyjna i obca. Czuł się tak, jakby przypadkowo stąpnął w przepaść. Tracił równowagę. Jakby jego wewnętrzna harmonia przyzwyczaiła się do braku wzroku, a teraz, gdy wzrok wrócił, pękła. Zawroty głowy jednak zanikły w chwili, gdy z korytarza wynurzyli się dwaj goryle Słusznej Drogi i chwycili go pod łokcie.

Falkender wlókł się z tylu.

— Niech pan uważa. Mogą wystąpić perceptualne kiksy…

Sylveste słyszał jego słowa, ale nic dla niego nie znaczyły. Wiedział, gdzie się teraz znajduje, i ta informacja chwilowo całkowicie go wypełniała. Znów był w domu, po dwudziestu latach wygnania.

Więzili go w Mantell, w miejscu, którego nie widział — i nawet nie odwiedzał we wspomnieniach — od czasu zamachu.

DZIESIĘĆ

W drodze do Defty Pawia, 2564

Volyova siedziała na mostku sama, pod holograficznym displejem układu Resurgamu. Jej fotel, tak jak inne puste fotele dookoła, umieszczony na teleskopowym, wieloczłonowym ramieniu, dał się przesunąć do każdego niemal punktu na sferze. Volyova oparła brodę na dłoni i niczym dziecko zafascynowane błyskotką patrzyła godzinami na rzutowany obraz planetarium.

Delta Pawia wyglądała jak wiór ciepłoczerwonej ambry. Gwiazdę otaczało jedenaście głównych planet układu, umieszczonych wokół niej na orbitach i zaznaczonych w rzeczywistych względnych pozycjach w danej chwili; plamy gruzu asteroidowego i odłamków komet krążyły po własnych elipsach; cały system oświetlało halo z rozrzedzonego lodowego śmiecia — pasa Kuipera; gwiazda neutronowa, ciemny bliźniak Delty, rozciągnęła układ, tak że stał się nieco asymetryczny. Cały obraz był symulacją, a nie powiększeniem widoku sprzed statku. Wprawdzie czujniki Światłowca były wystarczająco wysublimowane, by zbierać takie dane, ale obraz zniekształcałyby efekty relatywistyczne i — co gorsza — byłby zdjęciem układu sprzed lat, a względne pozycje planet nie odpowiadałyby stanowi obecnemu. Ponieważ plan podchodzenia statku zależał od większych gigantów gazowych układu, których używano do kamuflażu i hamowania grawitacyjnego, Volyova musiała znać aktualne pozycje planet, a nie te sprzed pięciu lat. Informacji tych potrzebowała również z innego powodu. Przed dotarciem statku do układu Resurgamu wysyłała zwiadowców, którzy mieli niepostrzeżenie przemierzyć układ. Bardzo ważne było zaprogramowanie ich przejścia przy optymalnym położeniu planet.

— Wypuścić kamyki — powiedziała, ciesząc się teraz, że przeprowadziła wystarczającą ilość symulacji. „Nieskończoność” posłusznie wypuściła tysiąc drobnych sond. Wystrzeliły przed hamujący statek powoli rozszerzającym się rojem. Przekazała polecenie do bransolety i tuż przed nią pojawiło się okno, dające widok z kamery na kadłubie. Skupisko kamyków oddalało się, jakby odciągane jakąś niewidzialną siłą. Zmniejszało się, wreszcie Volyova widziała jedynie rozmazaną, szybko malejącą aureolę. Kamyki, sunące niemal z szybkością światła, miały dotrzeć do układu Resurgamu wiele miesięcy przed statkiem. Wtedy ich rój będzie szerszy niż orbita Resurgamu wokół jego słońca. Drobne sondy ustawią się ku planecie i zbiorą fotony z całego widma elektromagnetycznego. Dane z każdego kamyka zostaną wysłane w kierunku statku wąsko zogniskowanym impulsem laserowym. Wkład pojedynczej jednostki roju będzie niewielki, ale w połączeniu z wynikami pozostałych sond powstanie bardzo ostry i szczegółowy obraz Resurgamu. Wprawdzie nie umożliwi to Sajakiemu lokalizacji Sylveste’a, ale dostarczy mu informacji o prawdopodobnych ośrodkach władzy na planecie i — co ważniejsze — o rodzajach broni, jaką dysponują te ośrodki.

Sajaki i Volyova uważali, że jeśli znajdą Sylveste’a, prawdopodobnie nie zgodzi się wejść na pokład statku dobrowolnie. Akurat w tej kwestii zgadzali się ze sobą.

— Nie wiesz, co zrobili z Pascale? — spytał Sylveste.

— Jest bezpieczna — odpowiedział chirurg-okulista, gdy głęboko w Mantell prowadził go po wyłożonych kamieniem tunelach, przypominających wnętrze tchawicy. — Tak przynajmniej słyszałem — dodał. I nastrój Sylveste’a się pogorszył. — Ale mogę się mylić. Nie sądzę, by Sluka zabiła ją bez poważnego powodu, mogła ją jednak zamrozić.

— Zamrozić?

— Aż się przyda. Rozumiesz teraz, że Sluka myśli perspektywicznie.

Sylveste bał się, że pokonają go powracające fale mdłości. Oczy go bolały, ale wciąż sobie powtarzał, że to jednak wzrok. Przynajmniej coś. Jako niewidomy był bezsilny, niezdolny do skutecznego oporu. Teraz wprawdzie ucieczka nadal mogła okazać sie niemożliwa, ale przynajmniej oszczędzono mu upokorzeń potykającego się ślepca, choć jakość wzroku przyniosłaby hańbę nawet najnędzniejszemu bezkręgowcowi. Przestrzeń postrzegał chaotycznie, a kolor w jego świecie istniał jedynie w postaci niuansów barwy szarozielonej.

Co nieco pamiętał.

Nie widział Mantell od tamtej nocy przed dwudziestu laty — nocy zamachu. Zamachu numer jeden, poprawił się w myślach. Teraz, po obaleniu Girardieau, przyzwyczaił sie do określania własnej detronizacji terminami czysto historycznymi. Reżim Girardieau nie zamknął natychmiast tej stacji, mimo że badania związane z Amarantinami stały w konflikcie z programem Potopowców. Przez pięć czy sześć lat po zamachu utrzymywali to miejsce w ruchu, choć konsekwentnie wycofywali do Cuvier najlepszych ludzi Sylveste’a i zastępowali ich ekoinżynierami, botanikami i specjalistami od geoenergii. W końcu Mantell został zredukowany do placówki z podstawową obsługą, a znaczną jego część zakonserwowano lub skazano na niszczenie. I tak już miało pozostać, gdyby nie kłopoty ze strony sił zewnętrznych. Przez lata krążyły pogłoski, że przywódcy Słusznej Drogi w Cuvier, Resurgam City, czy jak to teraz zwali, są sterowani przez klikę byłych sympatyków Girardieau, którzy stracili łaski z powodu machinacji podczas pierwszego zamachu. Uważano, że ci rozbójnicy zmienili swe organizmy, stosując kupione od kapitana Remillioda techniki biologiczne, pozwalające żyć w niedotlenionym, pylistym powietrzu poza kopułami.

Podobnych historii można się było spodziewać, a zaczęły one wyglądać bardziej realnie po atakach na niektóre oddalone placówki. Sylveste wiedział, że w pewnym momencie Mantell porzucono. Oznaczało to, że obecni lokatorzy mogli tu przebywać od dawna, jeszcze przed zamachem na Girardieau. Przez miesiące, a może nawet lata.

Bez wątpienia zachowywali się jak panowie stacji. Gdy wszedł do pomieszczenia, od razu się zorientował, że to ten sam pokój, w którym powitała go Gillian Sluka, choć było to chyba dawno temu. Nie rozpoznawał jednak tego miejsca. Niewykluczone, że gdy mieszkał w Mantell, znał ten pokój dokładnie, ale obecnie nie znajdował w nim żadnych punktów odniesienia. Wystrój i meble zostały całkowicie zmienione. Kobieta stała odwrócona do niego tyłem, dłonie w rękawiczkach złożyła skromnie na biodrach. Miała na sobie sztruksowy żakiet do kolan — dla oczu Sylveste’a ciemnooliwkowy — ze skórzanymi pagonami. Włosy, splecione w warkocz, zwisały pomiędzy łopatkami. Nie rzutowała entoptyków. Po obu stronach pokoju, na smukłych, łabędzioszyich postumentach orbitowały planety. Coś w rodzaju światła dziennego płynęło z sufitu, choć oczy Sylveste’a wyssały ze światła wszelkie ciepło.