Kiedy przechodziły przez skomplikowany ciąg wind i tuneli dostępu, prowadzących od korytarza kapitana na polankę, Volyova mówiła bezgłośnie do bransolety, której nigdy nie zdejmowała z przegubu. Zwracała się do jednej z wielu sztucznych tożsamości statku, ale Khouri nie wiedziała, co Volyova szykuje.
Po zimnie i ciemnościach korytarza polanka była zmysłową ucztą — zielone światło, ciepłe powietrze o świeżości bukietu, kolorowe ptaki, które władały powietrzną przestrzenią komnaty, dla przywykłych do mroku oczu Khouri były zbyt jaskrawe. Przytłoczona wrażeniami nie zauważyła, że nie są z Volyovą same. Po chwili dostrzegła trójkę pozostałych osób, które klęczały w wilgotnej od rosy trawie dookoła drewnianego pieńka. Wpatrywały się w siebie. Jedną z osób był Sajaki, choć inaczej uczesany niż wówczas, gdy Khouri widziała go ostatnio: teraz całkowicie łysy, miał tylko węzeł na szczycie czaszki. Drugą osobą była sama Volyova — nosiła krótkie włosy, co podkreślało kanciasty kształt czaszki i nadawało kobiecie wygląd starszej od tej Volyovej, która stała obok Khouri. Khouri uświadomiła sobie, że trzecią osobą był sam Sylveste.
— Dołączymy do nich? — spytała Volyova, prowadząc po rozkołysanych schodach, opadających na murawę.
Khouri ruszyła za nią.
— To pochodzi z… — Przerwała, by przypomnieć sobie datę, kiedy Sylveste zniknął z Chasm City. — Mniej więcej z 2340 roku, prawda?
— Tak jest. — Volyova obróciła się do Khouri i spojrzała na nią z łagodnym rozbawieniem. — Kim jesteś? Ekspertem od biografii Sylveste’a? Och, nieważne. Zarejestrowaliśmy całą jego wizytę. Rzucił wtedy szczególną uwagę, która w świetle tego, co teraz wiemy, jest istotna.
— Intrygujące.
Khouri podskoczyła, ponieważ nie powiedziała tego sama, a głos zdawał się dochodzić z tyłu. Wtedy uświadomiła sobie obecność Mademoiselle, która zatrzymała się w górze na schodach.
— Powinnam była wiedzieć, że pokażesz swe ohydne oblicze — powiedziała Khouri, nie troszcząc się nawet o subwokalizację, gdyż świergot ptaków maskował jej słowa, a Volyova poszła naprzód. — Jesteś jak zły szeląg.
— Przynajmniej wiesz, że ciągle jestem w pobliżu. Gdybym znikneła, miałabyś podstawy do niepokoju. To by znaczyło, że Złodziej Słońca pokonał moje zabezpieczenia. Twoje zdrowie psychiczne byłoby następne w kolejce i naprawdę lepiej nie spekulować, jak to by się odbiło na twojej karierze zawodowej i jak by to potraktowała Volyova.
— Zamknij się i daj mi się skoncentrować na tym, co mówi Sylveste.
— Proszę bardzo — odparła krótko Mademoiselle, nie schodząc ze swego punktu obserwacyjnego.
Khouri dołączyła do Volyovej na polance.
— Oczywiście — zwróciła się do Khouri Volyova — mogłabym odegrać tę rozmowę z dowolnego miejsca na statku, ale ona odbyła się tutaj. — Sięgnęła do kieszeni kurtki, wyciągnęła dymne okulary ochronne i je założyła. Khouri zrozumiała: nie mając implantów, Volyova mogła oglądać playback tylko za pomocą bezpośredniej projekcji na siatkówkę. Dopóki nie włożyła okularów, w ogóle nie widziała tych postaci.
— Rozumiesz — mówił Sajaki. — Spełnienie naszych żądań leży w twoim najlepszym interesie. Wykorzystywałeś elementy Ultra w przeszłości — na przykład podczas podróży do Całunu Lascaille’a — i prawdopodobnie będziesz chciał je wykorzystywać w przyszłości.
Sylveste oparł łokcie na pieńku. Khouri uważnie przyglądała się mężczyźnie. Wcześniej widziała wiele podobizn Sylveste’a, ale ten wizerunek wyglądał od nich prawdziwiej, prawdopodobnie dlatego, że Sylveste rozmawiał akurat z parą ludzi, których znała, a nie z anonimowymi postaciami historycznymi z Yellowstone. Różnica była ogromna. Uznała go za przystojnego, niezwykle przystojnego, i sądziła, że obraz nie jest wyretuszowany. Długie włosy spływały w lokach po obu stronach wysokiego czoła; oczy miał wyraziste, zielone. Nawet jeśli tuż przed jego zabójstwem spojrzałaby mu w oczy — a tak się mogło zdarzyć, zważywszy na warunki postawione przez Mademoiselle — warto było je zobaczyć w naturze.
— To niesłychany szantaż — stwierdził Sylveste. Mówił najciszej z obecnych. — Brzmi to tak, jakbyście wy, Ultrasi, zawarli jakąś wiążącą umowę. Ktoś mógłby się na to nabrać, ale nie ja.
— Wobec tego, kiedy następnym razem spróbujesz zapewnić sobie pomoc Ultrasów, może cię spotkać niespodzianka — odparł Sajaki, bawiąc się drewnianą drzazgą. — Postawmy sprawę jasno. Jeśli nam odmówisz, to jak wpłynie to na inne twoje sprawy? A poza tym nigdy na pewno nie uda ci się opuścić rodzinnej planety.
— Raczej nie przysporzy mi to wielkich niewygód.
Volyova — jej siedząca wersja — potrząsnęła głową.
— Nie zgadza się to z tym, co mówią nasi szpiedzy. Krążą pogłoski, że próbujesz znaleźć fundusze na ekspedycję do układu Delty Pawia, doktorze Syh/este.
— Resurgam? Nie sądzę. Nic tam nie ma.
Prawdziwa Volyova powiedziała:
— Wyraźnie łże. Teraz to oczywiste, choć wtedy uznałam, że pogłoska jest fałszywa.
Sajaki mu odpowiedział. Teraz Sylveste znowu się bronił.
— Nie dbam o to, jakie słyszałeś pogłoski — lepiej je zignoruj. Nie ma żadnego powodu, by tam lecieć. Jeśli mi nie wierzysz, sprawdź dane.
— I to właśnie jest dziwne — powiedziała rzeczywista Volyova. — Zrobiłam, co sugerował, i niech mnie diabli, jeśli nie miał racji. Na podstawie ówczesnej wiedzy nie było absolutnie żadnych powodów, by myśleć o wyprawie na Resurgam.
— Ale przed chwilą powiedziałaś, że kłamał.
— Owszem kłamał. Ale to stało się jasne w retrospektywie. — Potrząsnęła głową. — Wie.sz, nigdy naprawdę się nad tym nie zastanawiałam, ale to rzeczywiście bardzo dziwne — nawet paradoksalne. Trzydzieści lat po tym spotkaniu na Resurgam wyruszyła wyprawa, więc mimo wszystko pogłoska się potwierdziła. — Wskazała głową na Sylveste’a, toczącego gorącą dyskusję z jej siedzącym wizerunkiem. — Ale wtedy nikt nie wiedział o Amarantinach! Cóż więc, do diabła, naprowadziło go na pomysł, żeby lecieć właśnie na Resurgam?
— Musiał mieć pewność, że coś tam znajdzie.
— Owszem, ale skąd pochodziła ta informacja? Przed ekspedycją latały tam zautomatyzowane zwiady, ale żaden z nich nie był szczegółowy. I, o ile wiem, żaden z nich nie zeskanował powierzchni planety z dostatecznie małej odległości, by znaleźć dowód, że na Resurgamie istniało kiedyś życie rozumne. A jednak Sylveste o tym wiedział.
— Co nie ma sensu.
— Wiem, oznajmiła Volyova. — Wierz mi, wiem o tym.
Podeszła do swej bliźniaczki przy pieńku i nachyliła się tak blisko wizerunku Sylveste’a, że Khouri widziała odbicie jego niemrugających zielonych oczu w dymnych szkłach jej okularów ochronnych.
— Co wiedziałeś? — zapytała Volyova. — A konkretnie, skąd to wiedziałeś?
— Nie odpowie ci przecież — zauważyła Khouri.
— Teraz może nie — powiedziała Volyova. Uśmiechnęła się. — Ale niedługo będzie tu siedział ten prawdziwy, a wtedy może uzyskamy odpowiedź.
W tym momencie jej bransoleta zaczęła wydawać głośne, niskie dźwięki. Nie były Khouri znajome, ale z pewnością oznaczały alarm. W górze, bez żadnych ceregieli, syntetyczne światło dzienne stało się krwistoczerwone i również zaczęło pulsować w rytm melodyjki bransolety.