Выбрать главу

— Co to? — spytała Khouri.

— Sytuacja awaryjna. — Volyova trzymała bransoletę tuż przy szczęce. Zerwała okulary projekcyjne z twarzy i patrzyła na mały displej. Również on pulsował czerwienią, doskonale zsynchronizowany z sygnałem dźwiękowym. Na displej sączyły się słowa, jednak nie dość wyraźne, by Khouri je mogła przeczytać.

— Jaka sytuacja awaryjna? — szepnęła Khouri, nie chcąc rozpraszać uwagi kobiety. Trio zniknęło gdzieś w tej samej części statkowej pamięci, która powołała je do życia.

Volyova podniosła wzrok znad bransolety. Twarz miała zupełnie bladą.

— To jedna z broni w kazamacie.

— Tak?

— Uzbraja się.

JEDENAŚCIE

Podchodząc do Delty Pawia, 2565

Biegły korytarzem, wiodącym z łączki do najbliższego szybu windy radialnej.

— Co masz na myśli? — Khouri usiłowała przekrzyczeć sygnał alarmowy. — Co to znaczy „uzbraja się”?

Volyova nie odpowiadała. Zdyszane dotarły do czekającej kabiny windy. Poleciła kabinie, by ruszyła do najbliższego szybu windy w rdzeniu i ignorowała wszystkie rutynowe ograniczenia na przyśpieszenie. Kiedy kabina wystartowała, zostały przyparte do jej szklanych ścian i omal nie straciły resztek tchu. Wewnętrzne światła kabiny pulsowały czerwienią. Volyova czuła, jak jej serce zaczyna pulsować tym samym rytmem.

— Dokładnie to, co powiedziałam — odezwała się po chwili. — Każda broń kazamatowa ma systemy monitorujące i jeden właśnie wykrył przypływ energii w nadzorowanej broni.

Zainstalowała te monitory dlatego że, jak wcześniej zauważyła, jedna z broni została poruszona. Teraz o tym jednak nie powiedziała Khouri. Od tamtego czasu żyła w nadziei, że sobie to wyimaginowała, że to halucynacja wywołana stresem samotnego czuwania. Ale to nie były zwidy.

— Jak ona może się zbroić?

Pytanie jak najbardziej rozsądne. Jedno z tych, na które Volyovej zdecydowanie brakowało prostej odpowiedzi.

— Mam nadzieję, że to tylko kiks w systemie monitorującym — odparła, byleby coś powiedzieć. — Nie w samej broni.

— Dlaczego miałaby się uzbrajać?

— Nie mam pojęcia! Zauważyłaś, że nie przyjmuję tego spokojnie?

Winda osiowa hamowała gwałtownie, przechodząc do centralnego szybu serią szarpnięć, przy których miało się mdłości. Następnie błyskawicznie opadała, a pozorna waga obu kobiet zmniejszyła się prawie do zera.

— Dokąd jedziemy? — spytała Khouri.

— Oczywiście do kazamaty. — Volyova spojrzała na nią wściekle. — Nie wiem, co się dzieje, ale muszę osobiście sprawdzić, co te cholerstwa naprawdę robią.

— Uzbrajają się. Cóż jeszcze mogą robić?

— Nie wiem — odparła Volyova najspokojniej, jak mogła. — Próbowałam wszelkich procedur wyłączających, nic nie zadziałało. Nie przewidziałam takiej sytuacji.

— Ale broń z pewnością nie może się sama ustawić? Nie może przecież samodzielnie znaleźć celu i wypalić?

Volyova spojrzała na swą bransoletę. Może odczyty się poplątały; może rzeczywiście nastąpił kiks w systemie nadzorującym. Miała nadzieję, że tak właśnie jest, gdyż bransoleta przekazywała naprawdę złą wiadomość.

Broń kazamatowa zmieniała swoje położenie.

Falkender dotrzymał słowa: operacja oczu Sylveste’a nie była przyjemna, często straszna, z momentami absolutnego cierpienia. Od wielu dni chirurg Sluki badał jego czaszkę, obiecując przywrócenie tak podstawowych ludzkich funkcji jak postrzeganie koloru oraz odczuwanie głębi i płynności ruchów. Nie przekonał jednak Sylveste’a, że posiada odpowiednie środki i kwalifikacje. Sylveste oznajmił Falkenderowi, że przede wszystkim oczy nigdy nie były idealne, że te Calvinowskie narzędzia miały dość ograniczone możliwości. Lecz nawet zgrubne widzenie, które zapewnił mu Calvin, było lepsze od jednostajnie zabarwionej parodii świata, gdzie wszystko poruszało się skokowo. Sylveste wątpił jednak — nie po raz pierwszy — czy przykrości związane z naprawą usprawiedliwiają końcowy rezultat.

— Sądzę, że powinieneś dać spokój — rzekł.

— Naprawiłem Slukę — stwierdził Falkender, sinawy laminat pełen płaskich otworów w kształcie człowieka, tańczący w polu widzenia Sylveste’a. — W twoim wypadku zadanie nie jest zbyt trudne.

— Więc cóż z tego, że przywrócisz mi wzrok? Nie zobaczę żony, ponieważ Sluka nie pozwoli nam być razem. A ściana celi to tylko ściana celi, bez względu na to, jak wyraźnie ją dostrzegasz. — Przerwał, bo fale bólu zalały mu skronie. — Nie jestem nawet pewien, czy nie lepiej być ślepcem. Przynajmniej wtedy rzeczywistość nie wali cię w nerwy wzrokowe za każdym razem, gdy otwierasz oczy.

— Nie masz oczu, doktorze Sylveste. — Falkender czymś pokręcił, przesyłając mu w pole widzenia różowe rozety bólu. — Nie użalaj się nad sobą. To nie przystoi. Ponadto, możliwe, że już niedługo nie będziesz musiał patrzyć na te ściany.

Sylveste ożywił się.

— To znaczy?

— To znaczy, że wkrótce sprawy mogą ruszyć z miejsca. Nawet jeżeli to, co słyszałem, jest prawdą tylko w połowie.

— Bardzo wyczerpująca informacja.

— Krążą pogłoski, że niedługo możemy mieć gości. — Falkender podkreślił swoje słowa następną dawką bólu.

— Nie mów zagadkami. Kiedy mówisz „my”, jaką opcję polityczną masz na myśli? I jakich gości?

— Znam tylko pogłoski, doktorze Sylveste. I jestem pewien, że Sluka poinformuje cię we właściwym czasie.

— Nie licz na to. — Sylveste akurat nie miał złudzeń, że jest użyteczny dla Sluki. Doszedł do przekonującego wniosku, że Sluka trzyma go przy życiu jedynie dla przelotnej rozrywki, jak złapaną bajkową bestię, nową, lecz o wątpliwej użyteczności. Wcale nie było oczywiste, że kiedykolwiek podzieli się z nim naprawdę poważnymi materiałami — a nawet jeśli to zrobi, to tylko albo dlatego, że zechce mieć żywego rozmówcę, albo wymyśli jakąś nową słowną torturę. Kilkakrotnie wspominała, że ułoży go do snu, dopóki nie wymyśli dla niego zastosowania. „Słusznie cię uwięziłam”, mawiała. „I nie twierdzę, że nie możesz być wykorzystany, ale na razie nie widzę z ciebie pożytku. A po co ktoś inny miałby cię zastosować”. Zachowanie go przy życiu miało dla Sluki niewielkie znaczenie. Żywy dostarczał jej pewnej rozrywki, a mógł się też przydać w przyszłości, kiedy zmieni się równowaga sił w kolonii. Z drugiej strony, gdyby go teraz zabiła, nic wielkiego się nie stanie, a przynajmniej on nigdy nie zwróci się przeciw niej.

W końcu nadszedł kres czule aplikowanym torturom, przejście do spokojniejszego światła i niemal wiernych kolorów. Sylveste uniósł dłoń przed oczy i powoli ją obrócił, napawając się solidnością widoku. Na skórze miał rowki i linie, o których prawie zapomniał, a przecież nie upłynęło więcej niż kilkadziesiąt dni od czasu, gdy oślepiono go w tunelu amarantińskim.

— Świetne, jak nowe — powiedział Falkender, składając swe narzędzia z powrotem do drewnianego autoklawu. Na końcu schował dziwną, wypustkowatą rękawicę; kiedy ściągał ją ze swych kobiecych palców, kręciła się i kurczyła jak wyrzucona na brzeg meduza.

— Daj tu trochę światła — powiedziała Volyova do bransolety, gdy winda wjechała do kazamaty.

Pudło zwolniło i stanęło, ciężar natychmiast powrócił. Musiały zmrużyć oczy, gdy w hali zapaliły się lampy, rzucając światło na ogromne, ułożone w kołyskach jednostki broni.

— Gdzie to jest? — spytała Khouri.

— Chwileczkę. Muszę się zorientować.