— Nie widzę, żeby coś się ruszało.
— Ja też na razie nie.
Volyova płasko przywarła do szklanego boku windy i usiłowała zajrzeć za najbardziej zwalistą sztukę broni. Klnąc, kazała windzie zjechać jeszcze dwadzieścia, trzydzieści metrów, potem znalazła polecenie, które wyłączyło pulsujące czerwone światło i wewnętrzny sygnał alarmowy.
— Spójrz — powiedziała Khouri we względnej ciszy, która teraz zapanowała. — Czy to coś się porusza?
— Gdzie?
Wskazała prawie pionowo w dół. Volyova spojrzała tam, mrużąc oczy, i znowu powiedziała do bransolety:
— Oświetlenie dodatkowe — pomieszczenie kazamaty, kwadrant pięć. — Potem zwróciła się do Khouri: — Zobaczmy, co knuje ten svinoi.
— Nie mówiłaś tego poważnie, prawda?
— O czym?
— O kiksie w systemie nadzorującym.
— Niezupełnie. — Włączyły się dodatkowe lampy, oświetlając część pomieszczenia w dole. Volyova jeszcze bardziej zmrużyła oczy. — W tej chwili szybko mnie opuszcza coś, co zwą optymizmem.
Wyjaśniła, że ta broń to urządzenie niszczące całe planety. Nie wiedziała dokładnie, jak ono działa ani jaką ma siłę. Przed laty — ustawiła je na jak najmniejszy zakres destrukcji i przetestowała na małym księżycu. Ekstrapolując — a Volyova była bardzo dobra w ekstrapolacji — oceniła, że broń bez trudu mogłaby rozbić planetę nawet z odległości setek JA. Wewnątrz urządzenia znajdowały się obiekty o cechach grawitacyjnych kwantowych czarnych dziur, które jednak, rzecz dziwna, nie wyparowywały. W jakiś sposób broń tworzyła soliton — falę stojącą w geodetycznej strukturze czasoprzestrzeni.
A teraz broń się ożywiła sama z siebie. Sunęła przez pomieszczenie po sieci szyn, które w końcu mogły ją wyprowadzić w otwarty kosmos. Podobne wrażenie wywołałby pełznący przez miasto drapacz chmur.
— Czy możemy coś zrobić?
— Jestem otwarta na propozycje. Co masz na myśli?
— Cóż, weź pod uwagę, że nie poświęciłam całych wieków na rozmyślania o tym.
— Mów, Khouri.
— Mogłybyśmy czymś ją zablokować. — Khouri zmarszczyła czoło, jakby walczyła z atakiem migreny. — Masz tutaj promy kosmiczne, prawda?
— Tak, ale…
— Więc wykorzystaj jeden z nich, by zablokować wyjście. Czy też może takie rozwiązanie wydaje ci się zbyt prymitywne?
— W tej akurat chwili wyrażenia „zbyt prymitywne” nie ma w moim słowniku.
Volyova spojrzała na swą bransoletę. Broń opuszczała się cały czas po ścianie kazamaty, przypominając opancerzonego ślimaka, cofającego się po śladzie własnego śluzu. Na dnie komnaty rozwierała się właśnie olbrzymia przesłona, szyny prowadziły przez jej otwór do ciemnego pomieszczenia poniżej. Broń już docierała do otworu.
— Mogę przestawić jeden z promów… ale wydostanie go ze statku zajmie zbyt wiele czasu. Chyba nie zdążymy…
— Przestawiaj! — Twarz Khouri wyrażała wielkie napięcie. — Jeszcze trochę pomarudź, a stracimy i tę możliwość!
Volyova skinęła głową, patrząc podejrzliwie na rekrutkę. Co Khouri wiedziała o tym wszystkim? Wydawała się mniej oszołomiona od Volyovej, choć również nadspodziewanie zdenerwowana. Ale miała słuszność: pomysł z promem warto było wypróbować, nawet jeśli szansę na powodzenie były nikłe.
— Potrzebujemy jeszcze czegoś — powiedziała, wezwawszy podtożsamość sterującą promem.
— Jeszcze czegoś?
— Na wypadek, gdyby to się nie powiodło. Problem wystąpił w centrali uzbrojenia i może właśnie tam powinnyśmy go zaatakować.
Khouri zbladła.
— Co takiego?
— Chcę, byś siadła w fotelu sterującym.
Opadały ku centrali. Winda przyśpieszała tak gwałtownie, że sufit i podłoga kabiny zamieniły się miejscami — Khouri miała wrażenie, że jej żołądek robi dokładnie to samo. Volyova, bez tchu, gorączkowo wydawała polecenia swej bransolecie. Dotarcie do właściwej podtożsamości zabrało kilka irytujących sekund, kilka dalszych trwało obchodzenie zabezpieczeń, chroniących promy przed nieautoryzowanym zdalnym sterowaniem. Potem rozgrzewały się silniki jednego z promów, pojazd wypinał się z mocowań dokujących i był wyprowadzany poza obręb statku. Jak stwierdziła Volyova, działało to tak, jakby ta cholerna rzecz nadal na wpół spała. Światłowiec ciągle hamował, co dodatkowo utrudniało manewry.
— Niepokoi mnie, co ta broń planuje zrobić, kiedy wydostanie się na zewnątrz — rzekła Khouri. — I czy coś znajduje się w jej zasięgu?
— Można przyjąć, że Resurgam. — Volyova uniosła wzrok znad bransolety. — Ale może teraz nie damy jej takiej szansy.
Mademoiselle wybrała ten moment, by zaistnieć. Udało jej się jakoś ustawić w windzie bez wchodzenia w obszar zajęty już przez Khouri i Triumwir.
— Myli się. To się nie powiedzie. Kontroluję więcej elementów, nie tylko kazamatę.
— Przyznajesz to teraz, prawda?
— Co tu zaprzeczać? — Mademoiselle uśmiechnęła się dumnie. — Przypominasz sobie, że załadowałam swój awatar do centrali uzbrojenia? A więc włada on teraz kazamatą. Nie mogę nic zrobić, by wpłynąć na jego działania. Jest poza moim zasięgiem w takim samym stopniu, jak ja jestem poza zasięgiem swej oryginalnej tożsamości na Yellowstone.
Winda zwalniała. Volyova analizowała złożone komunikaty wyświetlane przez bransoletę. Schematyczny hologram pokazywał prom sunący wzdłuż kadłuba Swiatłowca — drobny trzymonaw kręcący się przy gładkim boku pławiącego się rekina.
— Ale to ty wydałaś rozkazy awatarowi — powiedziała Khouri. — Do cholery, wiesz, co on knuje, prawda?
— Och, polecenia były bardzo proste. Jeżeli władza nad centralą da mu dostęp do jakiegoś systemu, który mógłby przyśpieszyć zakończenie misji, awatar zrobi wszystko, by ten koniec przyśpieszyć.
Khouri potrząsnęła głową z niedowierzaniem.
— Myślałam, że chcesz, żebym to ja zabiła Sylveste’a.
— Dzięki tej broni cel misji może zostać osiągnięty wcześniej, niż się spodziewałam.
— Nie — powiedziała Khouri, kiedy pojęła tę uwagę. — Nie zlikwidujesz całej planety, by zabić jednego człowieka.
— Ni stąd, ni zowąd obudziło się w tobie sumienie? — Mademoiselle zacisnęła wargi i potrząsnęła głową. — Nie miałaś skrupułów w związku z Sylveste’em. Dlaczego śmierć innych tak cię zaprząta? A może to tylko kwestia skali?
— To po prostu… — Khouri przerwała, widząc, że to, co właśnie zamierzała powiedzieć, nie wprawi Mademoiselle w zakłopotanie. — To nieludzkie. Ale ty tego nie zrozumiesz.
Winda stanęła, drzwi otworzyły się, odsłaniając na wpół zalany dostęp do centrali uzbrojenia. Khouri dopiero po chwili zorientowała się, gdzie jest. W windzie doświadczała strasznego bólu głowy. Teraz ból zdawał się ustępować, ale nie chciała myśleć o tym, co go wywołało.
— Szybko — powiedziała Volyova, wychodząc z windy.
— Nie rozumiesz, czemu zadaję sobie tyle trudu, by zniszczyć całą kolonię, tylko dlatego, by doprowadzić do śmierci jednego człowieka? — spytała Mademoiselle.
Khouri podążyła za Volyovą; woda sięgała im do kolan.
— Masz cholerną rację: nie rozumiem. Ale i tak spróbuję cię powstrzymać.
— Zmienisz zdanie, gdy poznasz wszystkie fakty, Khouri. Tak naprawdę będziesz mnie jeszcze przynaglać do działania.
— Zatem popełniłaś błąd, że mi ich nie przedstawiłaś.
Otworzyły grodzie. Poziom wody wyrównywał się. Na powierzchni kołysały się martwe szczury-woźni, wypłukane z nisz, gdzie zwinęły się w kłębek, czekając na swój koniec.