— Przepraszam — powiedział Fazil — że musiało się to odbyć właśnie tak. Ale teraz, skoro już tu jesteś… — Wskazał drugi koniec pokoju. — Siadaj, musimy porozmawiać. Dość pilnie, tak wypadło.
Khouri przypomniała sobie — z dystansem — inne miejsce. Metalową komorę z fotelem. Ale choć wspomnienie wywoływało u niej zdenerwowanie — świadomość, że czas jest niezwykle cenny — tamto miejsce nie wydawało się realne w porównaniu z teraźniejszością, z tym pokojem. Fazil całkowicie 1 zaprzątnął jej uwagę. Wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętała (zapamiętała skąd? — zastanawiała się), choć na policzku miał bliznę, której nie pamiętała, i zapuścił wąsy lub przynajmniej (tego nie była pewna) zmienił coś w ich poprzednim stylu: stały się grubsze albo z prostych gęstych wąsików rozrosły się po obu stronach górnej wargi, aż zaczęły zawadiacko opadać.
Jak sugerował, siadła na składanym krześle.
— Ona, Mademoiselle, martwiła się, że może do tego dojść. — Wargi Fazila ledwo się poruszały lub wydawały się poruszać pod wąsami. — Przedsięwzięła więc pewne kroki. Kiedy jeszcze byłaś na Yellowstone, zaimplantowała serię wspomnień z zamkniętym dostępem. Zostały oznaczone i miały się zaktywizować — udostępnić twemu świadomemu umysłowi — jedynie wtedy, gdy ona uzna to za użyteczne. — Wyciągnął rękę i zakręcił globusem, chwilę pozwolił mu wirować, potem gwałtownie go zatrzymał. — W istocie proces odblokowania zaczął się jakiś czas temu. Czy pamiętasz lekką migrenę w windzie?
Khouri starała się czegoś uczepić; jakiejś obiektywnej rzeczywistości, której mogłaby zaufać.
— Co to takiego?
— Ułatwienie — odparł Fazil. — Częściowo utkane z istniejących wzorców pamięciowych, które Madernoiselle sobie przywłaszczyła i uznała za użyteczne. Na przykład to spotkanie — czy nie przypomina trochę naszego pierwszego spotkania, kochanie? Wtedy w jednostce operacyjnej na Wzgórzu Siedemdziesiąt Osiem, podczas kampanii w centralnej prowincji, przed drugą ofensywą na czerwonym półwyspie? Przysłano cię do mnie, ponieważ potrzebowałem kogoś do misji infiltracyjnej, kogoś kto znałby nieosłonięte sektory kontrolowane przez Południową Konfederację. Stworzyliśmy wspaniały zespół, prawda? Pod wieloma względami. — Pogładził wąsik, znowu poklepał globus. — Oczywiście, nie przywołałem cię — a raczej ona nie przywołała — na wspominki. Sam fakt, że udostępniono to wspomnienie, oznacza, że masz poznać pewne prawdy. Ale czy jesteś na nie gotowa?
— Oczywiście, że je… — Khouri umilkła. To, co mówił Fazil, nie miało sensu, ale niepokoiło ją wspomnienie innego miejsca, brutalnego fotela w metalowym pomieszczeniu. Czuła, że coś tam pozostało nierozstrzygnięte — a może nawet właśnie się rozstrzyga. Czuła, że powinna być w tamtym pokoju, przyczynić się do rozstrzygnięcia walki. Nie wiedziała, czego tamta walka dotyczyła, ale miała wrażenie, że pozostało niewiele czasu, a już z pewnością nie ma go na ten uboczny wątek tutaj.
— Och, nie martw się o to — powiedział Fazil, jakby czytając w jej myślach. — To wszystko nie zajmuje naprawdę miejsca w czasie rzeczywistym; ani nawet w przyśpieszonym czasie centrali uzbrojenia. Czy nigdy ci się nie przytrafiło, że ktoś budzi cię nagle z marzenia sennego i w jakiś sposób jego działanie zostaje włączone do scenariusza snu na długo przedtem, nim obudził cię rzeczywiście? Wiesz, co mam na myśli: pies liże ci twarz, by cię zbudzić, a we śnie wypadasz za burtę statku. Jednak w ciągu całego snu przebywałaś na tym statku. — Zamilkł na chwilę. — Pamięć, Khouri. Pamięć dołączona momentalnie. Sen wyglądał prawdziwie, ale został stworzony w chwili, gdy pies zaczął lizać ci twarz. Konstrukcja wsteczna. Nigdy tak naprawdę tego nie przeżywałaś. Z tymi wspomnieniami jest tak samo.
Wzmianka Fazila o centrali uzbrojenia skrystalizowała wizję tamtego pomieszczenia. Khouri czuła, że koniecznie musi tam wrócić, brać udział w walce. Szczegóły przedsięwzięcia nadal jej uciekały, ale powrót do tych zmagań wydawał się bardzo istotny.
— Mademoiselle — ciągnął Fazil — mogła wybrać dowolne wydarzenie z twojej przeszłości albo sfabrykować coś od nowa. Miała jednak wrażenie, że w pewnym sensie będzie korzystne, jeśli zostaniesz wprowadzona w taki nastrój, gdy dyskusja zagadnień militarnych wydaje się naturalna.
— Zagadnień militarnych?
— Konkretnie chodzi o wojnę. — Uśmiechnął się. Koniuszki wąsów uniosły się na chwilę, jakby demonstrowały zasadę konstrukcji mostu wiszącego. — Ale nie taką, o której prawdopodobnie czytałaś. Nie. Zdarzyła się zbyt dawno. — Wstał nagle. Przerwał, by wygładzić płaszcz i podciągnąć pas. — Może coś się wyjaśni, jeśli omówimy to wszystko za chwilę, w sali konferencyjnej.
DWANAŚCIE
Sala konferencyjna, do której Fazil przyprowadził Khouri, różniła się od wszystkich sal konferencyjnych, jakie Khouri dotychczas widziała — była zbyt wielka, żeby się pomieścić w tym bańkonamiocie. I choć Khouri doświadczyła wielu systemów projekcyjnych, to jednak żaden nie potrafiłby wyprodukować tego, co teraz jej przedstawiano. Projekcja pokrywała całą podłogę, obszar o średnicy około dwudziestu metrów. Wokół biegła dróżka zabezpieczona metalową barierką.
Była to mapa całej galaktyki.
I jeden prosty fakt sprawiał, że żadne znane Khouri urządzenie nie mogłoby wygenerować takiej mapy. Patrząc na nią, postrzegała — widziała i jakoś odróżniała — wszystkie, co do jednej, gwiazdy galaktyki, od najzimniejszego, ledwie syntetyzującego, brązowego karła, aż do najjaśniejszego, zmiennego, rozpalonego do białości supergiganta. I nie tylko zauważała poszczególne gwiazdy, gdy skierowało się na nie wzrok, ale projekcja osiągała więcej: całą galaktykę obejmowało się jednym spojrzeniem. Całkowicie się ją wchłaniało.
Policzyła gwiazdy.
Było ich czterysta sześćdziesiąt sześć miliardów trzysta jedenaście milionów dziewięćset dwadzieścia dwa tysiące osiemset jedenaście. Kiedy patrzyła, jeden z białych supergigantów umarł jako supernowa, zmniejszyła więc uzyskaną liczbę o jeden.
— To trik — wyjaśnił Fazil. — Kodyfikacja. W galaktyce jest więcej gwiazd niż komórek w ludzkim mózgu, więc gdybyś chciała je wszystkie znać, związałoby to zbyt dużą część twojej pamięci asocjacyjnej. Co nie znaczy, oczywiście, że wszechwiedzy nie można zasymulować.
W istocie w obrazie galaktyki zbyt doskonale przedstawiono szczegóły, by pasowało do niego określenie „mapa”. Każdą gwiazdę zaopatrzono w należną wyrazistość informacyjną — kolor, rozmiar, jaskrawość subiektywną, połączenia grawitacyjne dla układów wielokrotnych, położenie i względne prędkości, wszystko z absolutną wiernością, ukazano także rejony narodzin gwiazd, wiotkie, żarzące się łagodnie welony kondensującego się gazu z zanurzonymi, coraz gorętszymi węgielkami embrionów słońc. Były tam nowo powstałe gwiazdy, otoczone dyskami materiału protoplanetarnego i — jeśli ktoś chciał je zauważyć — same układy planetarne, sunące po orbitach wokół swych słońc w bardzo przyśpieszonym tempie, jak w mikroskopijnych planetariach. Znajdowały się tam także sędziwe gwiazdy, które odrzuciły w kosmos powłoki własnych fotosfer, wzbogacając w ten sposób rozrzedzony ośrodek międzygwiezdny: podstawowy zbiornik protoplazmy, z którego w końcu zostaną stworzone przyszłe generacje gwiazd, światów i kultur. Znajdowały się tam regularne i nieregularne resztki supernowych, stygnących podczas rozszerzania się i wlewających swą energię do ośrodka międzygwiezdnego. Czasami pośród tych gwiezdnych śmiertelnych wypadków Khouri zauważała nowy pulsar, emitujący impulsy radiowe ze wciąż zwalniającą, lecz majestatyczną precyzją, jak zegary w jakimś zapomnianym pałacu cesarskim, które nakręcono kiedyś ostatni raz i które teraz będą tykały, aż umrą, a okresy między kolejnymi tyknięciami będą się wydłużały aż do jakiejś chłodnej wieczności. W sercach niektórych z tych resztek znajdowały się niekiedy także czarne dziury, a jedna bardzo masywna (choć obecnie uśpiona) trwała w sercu galaktyki, otoczona dworską ławicą skazanych na zagładę gwiazd, z których każda któregoś dnia stopniowo zejdzie w horyzont zdarzeń i — rozrywana na strzępy — zasili apokaliptyczny impuls promieni X.