Выбрать главу

Jednak nie była to tylko prezentacja astrofizyczna. Khouri wiedziała więcej, jakby na jej poprzednie wspomnienia spokojnie nałożono nowe. Wiedziała, że galaktyka pulsuje życiem, milionem kultur rozproszonych pseudolosowo w tym całym wielkim, powoli obracającym się dysku.

Ale to była przeszłość — bardzo głęboka przeszłość.

— Tak naprawdę — powiedział Fazil — mniej więcej miliard lat temu. Zważywszy, że wszechświat jest tylko około piętnaście razy starszy od tego okresu, jest to spory kawał czasu, zwłaszcza w skali czasowej galaktyki. — Fazil opierał się o barierkę dróżki tuż przy niej, jakby byli parą, która na chwilę przystanęła, by przejrzeć się w ciemnym, zaśmieconym chlebem stawku dla kaczek. — Aby dać ci jakąś perspektywę, miliard lat temu ludzkość nie istniała, dinozaury zresztą też nie. Rozwinęły się dopiero niecałe dwieście milionów lat temu; piątą część czasu, z którym mamy do czynienia tutaj. Jesteśmy głęboko w prekambrze. Na Ziemi istnieje życie, ale bez wielokomórkowców — znalazłabyś kilka gąbek, gdybyś miała szczęście. — Fazil ponownie spojrzał na galaktykę. — Ale nie wszędzie tak było.

Około miliona kultur (choć Khouri potrafiła określić tę liczbę bardzo dokładnie, w tej chwili wydało jej się to śmieszną pedanterią, jakby określała czyjś wiek co do miesiąca), z których nie wszystkie powstały w tym samym czasie ani nie trwały równie długo. Fazil twierdził (rozumiała to na jakimś podstawowym poziomie), że dopiero cztery miliardy lat temu galaktyka osiągnęła odpowiedni stan, gdy mogły powstawać inteligentne kultury. Ale gdy galaktyka osiągnęła tę minimalną dojrzałość, kultury nie zaczęły pojawiać się jednocześnie jak grzyby po deszczu. Inteligencja wyłaniała się stopniowo. Niektóre kultury pojawiły się na światach, gdzie z takich czy innych przyczyn przemiany ewolucyjne odbywały się wolniej niż normalnie albo gdzie rozwój życia więcej razy się cofał w sposób katastroficzny.

W końcu — dwa czy trzy miliardy lat po powstaniu życia na ich światach macierzystych — niektóre z tych kultur wyruszyły w kosmos. Gdy osiągnęły ten poziom, przeważnie gwałtownie ekspandowały na całą galaktykę, chociaż zawsze znalazło się kilku domatorów, którzy woleli kolonizować jedynie własny układ słoneczny, a czasami tylko własne środowisko okołoplanetarne. Ogólnie jednak tempo ekspansji było duże, średnio wynosiło od jednej dziesiątej do jednej setnej prędkości światła. Szybkość wydaje się niewielka, ale w istocie jest zawrotna, gdyż galaktyka trwała miliardy lat, a jej średnica wynosiła tylko sto tysięcy lat świetlnych. Gdyby ich nie powstrzymać, każdy z tych podróżników zdominowałby galaktykę w nadzwyczaj krótkim czasie kilkudziesięciu milionów lat. I gdyby właśnie to się wydarzyło — prawdziwa imperialistyczna dominacja jednego mocarstwa — sprawy wyglądałyby z gruntu inaczej.

Okazało się jednak, że pierwsza kultura rozwijała się w wolniejszym tempie i wpadła na falę ekspansji kultury nowicjuszki. Mimo że młodsza, ta druga cywilizacja miała nie gorszą technikę od pierwszej i tak samo potrafiła zorganizować agresję, gdy sytuacja tego wymagała. Nastąpiło coś, co z braku lepszego słowa można opisać jako wojnę galaktyczną — nagłe iskrzenia w miejscu, gdzie dwa puchnące imperia ocierały się o siebie i mełły jak olbrzymie żarna. Wkrótce do konfliktu zostały wciągnięte inne wschodzące kultury. W końcu burda objęła w różnym stopniu kilka tysięcy podróżujących w kosmosie cywilizacji. Miały one na to zjawisko wiele nazw, w tysiącach języków walczących ras. Niektóre z nazw nie znalazłyby odpowiednika w żadnej ludzkiej mowie. Niektóre kultury określały to — przy odrobinie tolerancji dla uproszczeń w komunikacji międzygatunkowej — jako Wojnę Świtu.

Wojna obejmowała całą galaktykę (i dwie mniejsze galaktyki satelitarne, krążące wokół Drogi Mlecznej), pożerała nie tylko planety, ale całe układy słoneczne, układy gwiezdne i całe ramiona spiralne. Khouri rozumiała, że świadectwa tej wojny były widoczne nawet teraz, jeśli wiedziało się, na co zwracać uwagę. W niektórych rejonach galaktyki istniały anomalne skupiska martwych gwiazd i nadal płonące gwiazdy w dziwacznych ustawieniach; wyłuskane komponenty systemów obronnych szerokich na lata świetlne. Istniały pustki, gdzie powinny znajdować się gwiazdy, oraz gwiazdy, które — zgodnie z uznanymi prawami dynamiki układów słonecznych — powinny mieć planety, ale wokół których znajdował się tylko zimny teraz gruz. Wojna Świtu trwała długi, długi czas — dłuższy nawet niż ewolucja najgorętszych gwiazd. Jednak w galaktycznej skali czasu naprawdę trwała miłosiernie krótko — po prostu transformujący skurcz.

Całkiem możliwe, że żadna z kultur nie wyszła z tego bez szwanku; że żaden z graczy, którzy przystąpili do Wojny Świtu, już z niej nie wyszedł ani jako zwycięzca, ani jako przegrany. Wojna, choć w galaktycznej skali czasowej krótkotrwała, w skali pojedynczego gatunku ciągnęła się strasznie długo. Na tyle długo, by gatunek ewoluował, rozdzielił się na podgatunki, zrósł się z innymi gatunkami, wchłonął je lub przebudował się do stanu niepoznawalności, a nawet zmienił swą bazę biologiczną z organicznej na maszynową. Niektóre gatunki odbyły nawet podróż w obie strony — ich przedstawiciele stali się maszynami, a potem, gdy odpowiadało to ich potrzebom, powrócili do życia organicznego. Część uległa sublimacji, całkowicie znikając z teatru wojny. Inne natomiast dokonały konwersji swej istoty na dane i znalazły nieśmiertelność w starannie ukrytych sieciach komputerowych. Niektóre popełniły rytualne samobójstwa.

A jednak jedna kultura wyszła z wojny mocniejsza od innych. Może byli pomniejszymi graczami w głównej bójce i mieli szczęście, a teraz wśród ruin szukali supremacji. Mogli też powstać w rezultacie koalicji, połączenia kilku zmęczonych wojną gatunków. Nie miało to istotnego znaczenia, a oni sami nie mieli wiarygodnych danych na temat swojego pochodzenia. Byli — przynajmniej w tamtym okresie gatunkiem hybrydowym maszynowo-chimerycznym, z pewnymi pozostałościami cech kręgowców. Nie zatroszczyli się o nadanie sobie imienia.

— A jednak — stwierdził Fazil — zdobyli sobie miano, czy tego chcieli, czy nie.

Khouri spojrzała na męża. Kiedy opowiadał jej historię Wojny Świtu, zrozumiała, gdzie sama teraz jest, pojęła też nierealność całej sytuacji. Informacje Fazila na teamt Mademoiselle połączyły się z pamięcią o prawdziwej teraźniejszości. Wyraźnie teraz pamiętała centralę uzbrojenia i wiedziała, że to miejsce, ten zmanipulowany okruch z jej przeszłości, jest tylko interludium. I to nie był właściwie Fazil, choć — ponieważ wskrzeszono go z jej wspomnień — wydawał się tak prawdziwy, jak Fazil, którego pamiętała.

— Jak się nazywali? — zapytała.

Milczał przez chwilę.

— Inhibitorzy — rzekł z niemal teatralną powagą. — Były poważne powody, żeby ich tak nazwać, i za chwilę staną się dla ciebie oczywiste.