Выбрать главу

I wyjaśnił jej, i już wiedziała. Dotarła do niej wiedza rozległa i niewzruszona niczym lodowiec; nigdy nie zdoła tego zapomnieć. I wiedziała jeszcze coś, coś co, jak przypuszczała, stanowiło jedyny cel tego ćwiczenia; zrozumiała, dlaczego Sylveste musi umrzeć.

I dlaczego, nawet jeśli doprowadzenie do jego śmierci wymagało zagłady całej planety, była to rozsądna cena, którą należało zapłacić.

Strażnicy przyszli akurat wtedy, gdy Sylveste, wyczerpany po operacji, zapadł wreszcie w niespokojny sen.

— Obudź się, śpiochu — powiedział wyższy z dwójki, barczysty mężczyzna z opadającym siwym wąsem.

— Po co przyszliście?

— Ależ to popsułoby całą niespodziankę — powiedział drugi, strażnik o szczurzej twarzy, podnosząc karabin.

Prowadzili go bardzo pokrętną trasą, wybraną wyraźnie tak, by go zdezorientować. Udało im się. Sektor, do którego dotarli, był mu nieznany: albo stara część Mantell, znacznie zmodyfikowana przez ludzi Sluki, albo kompletnie nowy zestaw tuneli wydrążonych już po okupacji. Przez chwilę sądził, że przenoszą go na stałe do innej celi, ale nie, wydawało się to jednak mało prawdopodobne — przecież zostawili jego ubrania i dopiero co zmienili prześcieradła. Falkender wspomniał jednak o możliwej zmianie jego statusu, w związku z zapowiedzianą wizytą gości; możliwe więc, że wydano nowe decyzje.

Wkrótce się przekonał, że żadnych planów nie zmieniono.

Pokój, gdzie go zostawili, urządzono równie po spartańsku jak jego cele. Praktycznie był to jej duplikat, nawet te same gołe ściany i luk najedzenie; wywoływała identyczne przytłaczające poczucie, że ściany są nieskończenie grube, że biegną bez końca w płaskowyż. Pokój był tak podobny, że przez moment Sylveste zastanawiał się, czy nie zawiodły go zmysły i czy przypadkiem strażnicy nie prowadzili go po pętli z powrotem do miejsca, gdzie go wieziono. To byłoby w ich stylu… przynajmniej miał trochę gimnastyki.

Ale natychmiast zorientował się, że to nie jego cela. Na łóżku siedziała Pascale — a kiedy podniosła wzrok, zobaczył, że jest równie zdumiona jak on.

— Macie godzinę — powiedział wąsaty strażnik, klepiąc swego kolegę po plecach.

Wyszli, a Sylveste zamknął drzwi.

Ostatnim razem, kiedy widział Pascale, miała na sobie suknię ślubną, włosy ułożone w jaskrawo fioletowe fale, a entoptyki ozdabiały ją jak armia usługujących wróżek. A może tamto mu się śniło? Teraz była w kombinezonie równie szarym i bezkształtnym jak jego strój. Włosy miała proste, ostrzyżone na pazia, oczy zaczerwienione z braku snu… a może to sińce? Prawdopodobnie i jedno, i drugie. Wyglądała na szczuplejszą i drobniejszą, niż ją pamiętał — chyba dlatego, że się garbiła, gołe stopy zahaczyła pod łydkami; ginęła w tym biało wymalowanym pokoju.

Nigdy nie wyglądała bardziej krucho i pięknie. Aż trudno mu było uwierzyć, że to jego żona. Powrócił myślą do nocy zamachu, kiedy czekała na terenie wykopalisk i zadawała dociekliwe pytania; pytania, które później miały otworzyć ranę w samym rdzeniu jego jestestwa; tego, co zrobił i do jakich czynów jest zdolny. Wydawało się dziwne, że bieg wydarzeń złączył ich w tym najbardziej samotnym z pokoi.

— Wciąż mi powtarzali, że żyjesz, ale chyba tak naprawdę nigdy im nie wierzyłem.

— Powiedzieli mi, że zostałeś ranny. — Pascale mówiła cicho, jakby zbyt głośnymi słowami nie chciała zniszczyć snu. — Nie dopytywałam się o szczegóły, bałam się usłyszeć prawdę.

— Oślepili mnie. — Sylveste dotknął twardej powierzchni oczu. Zrobił to po raz pierwszy od chwili operacji. Zamiast wybuchu małej supernowej bólu, do czego już zdążył się przyzwyczaić, poczuł tylko coś nieprzyjemnego, ale wrażenie natychmiast ustąpiło, gdy odjął palce.

— Ale teraz widzisz?

— Tak. Tyle że od kiedy przywrócili mi wzrok, jesteś pierwszą rzeczą, którą w ogóle warto oglądać.

Wtedy wstała z łóżka, wślizgnęła się w jego ramiona, zaczepiła nogę wokół jego nogi. Czuł, jaka jest lekka i delikatna; niemal bał się ją uścisnąć, z obawy, że ją zmiażdży. Jednak przyciągnął ją bliżej, a ona przywarła do niego chyba tak samo niespokojna, że go uszkodzi, jakby byli parą widm, niepewnych realności partnera. Mieli wrażenie, że trzymają się w objęciach nie przez tę jedną godzinę, którą im dano, lecz całą wieczność. Nie, czas im się nie dłużył, ale teraz stał się nieważny — zawisł w powietrzu i zdawało się, że można go tak utrzymywać jedynie wysiłkiem woli. Sylveste wchłaniał widok jej twarzy; a oczy Pascale znajdowały coś ludzkiego w jego pozbawionych wyrazu oczach. Kiedyś Pascale nie miała odwagi patrzeć mu prosto w twarz, ale te czasy dawno minęły. Dla Sylveste’a wpatrywanie się w oczy Pascale nigdy nie było trudne — przecież Pascale nie musiała wiedzieć, że bada ją wzrokiem. Teraz jednak tego żałował. Pragnął, by czerpała pośrednią przyjemność z tego, że sama jej obecność go upaja.

Zaczęli się całować, potem niezręcznie osunęli się na łóżko, szybko pozbyli szarych mantellskich ubrań. Sylveste zastanawiał się, czy są obserwowani; uznał, że to możliwe, nawet prawdopodobne. Jednak mógł to całkowicie lekceważyć. Teraz, przez tę godzinę, on i Pascale byli zupełnie sami; ściany pokoju stały się nieskończenie grube, a pokój był jedyną wolną przestrzenią w całym wszechświecie. Nie pierwszy raz się kochali, choć poprzednio zdarzało się to rzadko, w skąpych chwilach odosobnienia. Teraz — myśl ta niemal rozśmieszyła Sylveste’a — byli małżeństwem i nie musieli się ukrywać. A jednak znów zachłannie chwytali chwilę odosobnienia. Czuł lekkie wyrzuty sumienia i przez moment zastanawiał się, skąd ono pochodzi. W końcu zrozumiał, kiedy leżeli razem, on z głową łagodnie wciśniętą w jej piersi: tyle przecież mieli sobie do powiedzenia, a zamiast tego trwonili czas na gorączkową archeologię swych ciał. Sylveste wiedział jednak, że tak musi być.

— Szkoda, że to takie krótkie widzenie — powiedział, kiedy odzyskał mniej więcej normalne poczucie czasu i zaczął się zastanawiać, ile im jeszcze zostało z przydzielonej godziny.

— Kiedy ostatnio rozmawialiśmy — przypomniała Pascale — powiedziałeś mi coś.

— Tak, o Carine Lefevre. Musiałem ci powiedzieć. To śmieszne, ale myślałem, że zaraz umrę, i musiałem z siebie wyrzucić to, co dusiłem przez lata.

Pascale przygniatała jego nogę chłodnym udem. Sunęła dłonią po jego torsie, badała.

— Bez względu na to, co się tam zdarzyło, ani ja, ani nikt inny nie ma prawa cię osądzać.

— To było tchórzostwo.

— Nie, po prostu instynkt. Dan, znajdowałeś się przecież w najbardziej przerażającym miejscu we wszechświecie. Philip Lascaille poleciał tam bez transformacji Żonglerów i co się z nim stało? Już samo to, że zachowałeś rozsądek, było z twej strony odwagą. Szaleństwo byłoby dla ciebie wyjściem o wiele łatwiejszym.

— Mogła przeżyć. Do diabła, nawet to, że ją tam zostawiłem… nawet to dałoby się usprawiedliwić, gdyby tylko później wystarczyło mi odwagi, by się do tego przyznać. To byłoby jakieś odkupienie. Bóg mi świadkiem, że nie zasługiwała na kłamstwa o sobie, nawet po tym, jak ją zabiłem.

— Nie zabiłeś jej. Całun to zrobił.

— Nawet tego nie mogę stwierdzić.

— Co takiego?

Położył się na boku i zamilkł na chwilę, by przyjrzeć się Pascale. Wcześniej jego oczy potrafiły zamrozić jej obraz dla potomności, ale teraz ta funkcja już nie działała.

— Nie wiem nawet, czy tam umarła… od razu — powiedział Sylveste. — Mimo wszystko ja przeżyłem — za to straciłem transformację Żonglerów. Szansę Carine powinny być większe, choć nie o wiele. Ale jeśli przez to przeszła w taki sam sposób jak ja? Jeśli znalazła sposób na przeżycie, a tylko nie mogła mi zakomunikować swej obecności? Może podryfowała aż połowę drogi do skraju Całunu, nim doszedłem do siebie? Kiedy zreperowałem Światłowiec, nie zacząłem jej szukać. Nigdy nie wpadła mi do głowy myśl, że mogła przeżyć.