Выбрать главу

— Bo nie mogła — oznajmiła Pascale. — Teraz kwestionujesz swoje ówczesne działania, ale wtedy intuicja podpowiedziała ci, że jest martwa. A gdyby nie zginęła, jakoś by się z tobą skomunikowała.

— Tego się nigdy nie dowiem.

— Więc przestań o tym rozmyślać. Inaczej nigdy nie uciekniesz przeszłości.

Sylveste przypomniał sobie teraz o czymś, co mówił Falkender.

— Rozmawiałaś z kimś prócz strażników? Na przykład ze Sluką?

— Sluką?

— Kobietą, która nas tutaj trzyma. — Sylveste uświadomił sobie, że prawie nic jej nie powiedzieli. — Zdążę ci jedynie podać zgrubne wyjaśnienia. Ludzie, którzy zabili twojego ojca, to, o ile się zorientowałem, Potopowcy Słusznej Drogi lub któryś z odłamów tego ruchu. Jesteśmy w Mantell.

— Wiedziałam, że to musi być gdzieś poza Cuvier.

— Tak. Z tego, co mi mówili, wynika, że Cuvier został zaatakowany. — Nie powiedział jej wszystkiego. Że w nadziemnej części miasta z pewnością nie da się już mieszkać. Pascale nie musiała tego wiedzieć — przecież Cuvier było dla niej jedynym miejscem, które porządnie poznała. — Nie jestem pewien, kto tam teraz rządzi — czy ludzie lojalni twemu ojcu, czy też może konkurujący odłam Słusznej Drogi. Z wersji Sluki wynika, że kiedy twój ojciec zdobył władzę w Cuvier, nie powitał Sluki z otwartymi ramionami. I chyba tej wzajemnej wrogości wystarczyło, by Sluka zorganizowała jego zabójstwo.

— Bardzo długo żywiła urazę.

— Sluka nie jest prawdopodobnie najstabilniejszą osobowością na planecie. Nie sądzę, by planowała, że nas złapie, ale skoro już nas dostała, nie wie do końca, co z nami robić. Potencjalnie jesteśmy zbyt cenni, by nas marnować, ale tymczasem… — Sylveste przerwał. — Coś może się niedługo zmienić. Człowiek, który naprawił mi oczy, mówił, że przyjadą goście.

— Kto konkretnie?

— Też zadałem to pytanie. Ale nie powiedział nic więcej.

— Kusi, żeby pospekulować, prawda?

— Tylko przybycie Ultrasów mogłoby zmienić bieg spr?w na Resurgamie.

— Na powrót Remillioda trochę za wcześnie.

Sylveste skinął głową.

— Jeśli naprawdę zbliża się tu statek, założę się, że to nie Remilliod. Ale któż inny zechciałby z nami handlować?

— Może przylatują nie w celach handlowych.

Może to oznaka arogancji, ale Volyova po prostu fizycznie nie potrafiła dopuścić nikogo do wykonania swej pracy. Absurd. Czuła się całkowicie zadowolona — jeśli zadowolenie jest tu właściwym słowem — że w centrali uzbrojenia pozwoliła zasiąść Khouri, która z całych sił próbowała zestrzelić broń kazamatową. Wykorzystanie Khouri uważała za jedyną rozsądną decyzję. Nie chciała jednak siedzieć spokojnie z boku i czekać na rozwój wydarzeń. Koniecznie musiała zaatakować problem z innej strony.

— Svinoi — powiedziała głośno, bo choć bardzo się starała, rozwiązanie uparcie nie przychodziło jej do głowy. Za każdym razem, gdy już myślała, że ma sposób na zakłócenie ruchu broni, znajdowała lukę w logicznym rozumowaniu. Ta zdolność krytycznej analizy własnych rozwiązań, gdy tylko wpadły jej do głowy — a nawet nim w pełni je sobie uświadomiła — stanowiła dowód płynności myśli. Jednocześnie trapiło ją niesłychanie irytujące uczucie, że sabotuje własne szansę powodzenia.

A teraz ta „aberracja”, z którą trzeba sobie poradzić.

Tak to nazwała — słowo zawierało i niezrozumienie, i niesmak, jaki czuła za każdym razem, gdy z przymusem zajmowała się tym problemem. Co się dzieje w głowie Khouri? A teraz, kiedy Khouri pogrążyła się w abstrakcyjnym mentalnym krajobrazie centrali uzbrojenia, aberracja musiała zawierać samą centralę i w konsekwencji Volyovą, gdyż centrala była jej tworem. Monitorowała starannie sytuację, odczytując stan neuronów na swej bransolecie. W mózgu tamtej kobiety bez wątpienia szalała potężna burza — nie było co do tego wątpliwości. I burza ta wysuwała teraz niespokojne migające macki w zbrojprzestrzeń.

Volyova wiedziała, że to wszystko jest jakoś połączone. Zaczynając od całego problemu z centralą: szaleństwo Nagornego, Złodziej Słońca i ostatnio samoaktywacja broni kazamatowej. Burza w głowie Khouri — aberracja — jakoś też do tego pasowała. Ale świadomość, że istnieje rozwiązanie albo przynajmniej jakieś unifikujące wyjaśnienie, zupełnie w niczym jej nie pomagała.

Może najbardziej irytowało ją to, że nawet teraz część jej umysłu pracowała nad tym zagadnieniem, nie skupiając się w pełni na ważniejszych bieżących sprawach. Volyova czuła się tak, jakby jej mózg tworzyła klasa przedwcześnie rozwiniętych uczniów. Wszyscy błyskotliwi i — gdyby tylko ze — chcieli współpracować — zdolni głębiej zrozumieć problem. Ale niektórzy z uczniów nie uważali. Patrzyli sennie w okno, ignorując jej żądania, by skupić się na chwili obecnej, ponieważ uważali, że ich własne obsesje są atrakcyjniejsze intelektualnie od nudnego programu serwowanego przez nauczycielkę.

Na pierwszy plan umysłu wysunęło się pewne skojarzenie. Wspomnienie. Dotyczyło systemów zapór sieciowych, które zainstalowała ponad czterdzieści lat temu, według czasu statkowego. Miała je zamiar zastosować — jako środek ostateczny — przeciw atakowi wywrotowych wirusów. Nigdy nie sądziła, że kiedyś naprawdę będzie ich potrzebować, i to w takich jak te okolicznościach.

Ale jednak pamiętała o tych zaporach.

— Volyova — powiedziała, prawie dysząc, do swej bransolety, wyciągając z pamięci potrzebną komendę. — Dostęp do protokołu antyinsurekcyjnego powaga lambda plus, maksymalna gotowość bojowa, założyć współbieżność i powtórne sprawdzanie, w pełni autonomiczne pokonywanie odmów, ustawienia domyślne Armagedon, krytyczność dziewięć, obejście bezpieczeństwa czerwone-jeden-alfa, wszystkie przywileje triumwiratowe aktywne na wszystkich poziomach, wszystkie przywileje nietriumwiratowe odwołane. — Wzięła oddech, mając nadzieję, że te kantyczki otworzyły jej wystarczająco wiele drzwi do serca matrycy operacyjnej statku. — Teraz odzyskaj i uruchom aplikację o nazwie „Paraliż” — powiedziała. — Palsy. Natychmiast — dodała pod nosem.

„Paraliż” był programem, który inicjalizował zamykanie zainstalowanych przez nią zapór sieciowych. Sama napisała „Paraliż” — ale było to tak dawno temu, że nie pamiętała dobrze ani co takiego robił, ani w jakiej części statku mógł skutecznie działać. To był hazard — chciała unieruchomić dostatecznie wiele systemów, by stworzyć trudności broni kazamatowej, ale z pewnością nie chciała, by jej własne próby zatrzymania tej broni zostały w jakimś stopniu udaremnione.

— Svinoi, svinoi, svinoi…

Komunikaty o błędzie przewijały się przez jej bransoletę. Usłużnie powiadamiały, że rozmaite systemy, które „Paraliż” usiłował uaktywnić i wyłączyć, nie leżały już w zasięgu aplikacji. Nie mógł się już wtrącać do ich działania. Taka była większość systemów — zwłaszcza głębsze systemy statku. Gdyby „Paraliż” działał prawidłowo, spowodowałby na statku skutek podobny do tego, jaki na człowieka wywiera cios w głowę — ogólne wyłączenie wszystkich systemów, które nie są absolutnie niezbędne, i zapaść w stan odwracalnego nieruchomienia. Powstałyby istotne szkody, ale głównie powierzchowne i takie, które Volyova potrafiłaby naprawić, ukryć albo o których mogłaby wymyślić kłamstwa, zanim obudzą się pozostali członkowie załogi. Ale „Paraliż” działał inaczej. Gdyby uszkodzenia statku porównać do ludzkich dolegliwości, to odpowiadał on krótkotrwałemu zdrętwieniu części wierzchniej warstwy skóry. Volyova planowała zupełnie co innego.