Выбрать главу

— To zajmie trochę więcej czasu niż krótka pogawędka. — Khouri nie bez podstaw podejrzewała, że nie ma sensu dłużej ukrywać niektórych faktów przed Volyovą.

— To dobrze. Teraz na chwilę przepraszam; chcę zrobić coś niewykonalnego, prawie niemożliwego.

— Ma na myśli: samobójczego — powiedziała Mademoiselle.

— Bawi cię to wszystko, prawda?

— Ogromnie. Zwłaszcza że nie mam zupełnie kontroli nad tym, co się dzieje.

Volyova umieściła komorę pajęczą obok wystającego kolca broni kazamatowej. Znajdowała się jednak zbyt daleko, wijące się mechaniczne nogi nie mogły złapać trwałego chwytu na podziurawionej powierzchni. Broń oscylowała teraz powoli i przypadkowo, wściekle odpalając z własnych dysz i, jak się wydawało, próbowała uniknąć zbliżającej się Volyovej. Ale ruchy broni ograniczała bezwładność — jakby potężna, straszna armata przestraszyła się małego pająka. Khouri słyszała głośne szybkie dźwięki; zlewały się, jakby karabin maszynowy opróżniał magazynek.

Khouri patrzyła, jak cztery liny chwytakowe śmignęły z kadłuba komory pajęczej i trafiły w kolec broni kazamatowej. Chwytaki były penetratorami: miały wwiercić się kilkadziesiąt centymetrów w głąb celu i rozszerzyć się, więc kiedy już ukąsiły, nie można się było od nich uwolnić. Zakrzywione płomienie z dysz oświetlały liny odciągowe, obecnie napięte, i komora pajęcza już się na nich przybliżała, mimo że broń w dalszym ciągu wykonywała zamaszyste uniki.

— Świetnie — zauważyła Khouri. — Byłam przygotowana, by strzelić do sukinsyna. Co mam teraz robić?

— Nadejdzie okazja — strzelaj — powiedziała Volyova. — Jeśli możesz zogniskować wybuch z dala ode mnie, zaryzykuję. Ta komora jest lepiej opancerzona, niż ci się zdaje. — Umilkła na chwilę. — Ach, dobrze. Mam cię, ty złośliwy kawale złomu.

Teraz nogi komory pajęczej owinęły się wokół kolca. Wydawało się, że broń porzuciła wszelką nadzieje, że się go pozbędzie, i może nie bez przyczyny — Khouri zauważyła, że mimo swych mężnych prób Volyova wiele nie osiągnęła. Najprawdopodobniej przybycie komory pajęczej nie zakłóciło zbytnio funkcjonowania broni.

Tymczasem wznowiła się zaciekła bitwa o kontrolę nad broniami pokładowymi. Od czasu do czasu Khouri czuła, że się poruszają. Systemy Mademoiselle chwilowo przegrywały bitwę, ale te potknięcia nigdy nie pozwoliły Khouri na wycelowanie i ustawienie broni. A jeśli Złodziej Słońca jej pomagał, nie czuła tego, choć możliwe, że sam ten brak obecności był skutkiem nadzwyczajnego sprytu. Może gdyby Złodzieja Słońca tam nie było, przegrałaby bitwę całkowicie i Mademoiselle już by wypuściła to coś, co mieściło się w broni. W tej akurat chwili ta różnica nie była zbyt istotna. Właśnie Khouri zauważyła, co zamierza zrobić Vblyova. Dysze komory pajęczej pracowały synchronicznie, opierając się ciągowi stosowanemu przez broń — większą, lecz mniej ruchliwą.

Volyova ciągnęła broń w dół statku, ku światłości plującej z najbliższej dyszy Światłowca. Miała zamiar zabić to draństwo w parzącym wyrzucie napędu Hybrydowców.

— Ilia — odezwała się Khouri — czy dobrze to… rozważyłaś?

— Rozważyłam? — Tym razem z niczym nie dało się pomylić śmiechu kobiety, mimo że brzmiał on bezosobowo. — To najmniej rozważna rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłam, Khouri. Ale w tej chwili nie widzę innych opcji. Chyba że cholernie szybko uruchomisz tamte działa.

— Ja… staram się.

— Dobrze, staraj się i przestań mnie niepokoić. Przyjmij do wiadomości, że akurat teraz mam sporo spraw na głowie.

— Wyobrażam sobie, że całe życie przepływa jej przed oczyma.

— Och, to znowu ty. — Khouri zignorowała Mademoiselle. Zrozumiała, że wtrącane przez nią zdania miały na celu rozproszenie jej uwagi. W ten sposób Mademoiselle rzeczywiście wpływała na przebieg bitwy. Nie była widzem aż tak nieskutecznym, jak utrzymywała.

Volyovej brakowało jeszcze trzystu metrów, by wciągnąć broń kazamatową w płomienie. Broń walczyła zaciekle, jej dysze szalały, ale ogólny ciąg był mniejszy od ciągu komory pajęczej. To zrozumiałe, myślała Khouri. Ci, co projektowali systemy pomocnicze ustawiania broni na pozycji, nie uwzględnili ewentualności, że broń będzie musiała również walczyć w zapasach.

— Khouri, za około trzydzieści sekund mam zamiar wypuścić svinoi — powiedziała Volyova. — Jeśli nie pomyliłam się w rachunkach, żaden ciąg korekcyjny nie uratuje tego draństwa przed zdryfowaniem w płomień.

— To dobrze, prawda?

— W pewnym sensie. Ale czuję, że powinnam cię ostrzec… — Głos Volyovej zanikał, odbiór zakłócały wrzące energie płomienia napędowego, do którego Volyova zbliżała się na odległość powszechnie uważaną za groźną dla wszelkich organizmów. — Przyszło mi na myśl, że nawet jeśli uda mi się zniszczyć broń kazamatową… część podmuchu — może coś egzotycznego — pobiegnie wzdłuż promienia napędowego. — Chwila przerwy była akurat teraz na pewno zamierzona. — Ale w takim wypadku rezultaty mogą nie być… optymalne.

— Cóż, dzięki — oznajmiła Khouri. — Doceniam, że podbudowujesz moje morale.

— Cholera — powiedziała cicho i spokojnie Volyova. — Mój plan ma drobną wadę. Broń musiała trafić komorę pajęczą jakimś obronnym impulsem elektromagnetycznym. Albo to promieniowanie z napędu statku interferuje z systemami. — Khouri usłyszała odgłosy wielokrotnego przerzucania starodawnych metalowych przełączników na konsoli. — Chyba nie jestem w stanie się odczepić — kontynuowała Volyova. — Przylgnęłam do sukinsyna.

— Więc wyłącz ten cholerny napęd. Potrafisz, prawda?

— Oczywiście. Jak ci się wydaje: w jaki sposób zabiłam Nagomego? — Jednak w jej głosie brakowało optymizmu. — Niet, odcięłam sterowanie napędem, musiałem zablokować swoje kanały przerwań, kiedy uruchomiłam „Paraliż”… — Teraz mówiła szybko i niewyraźnie. — Khouri, sytuacja robi się rozpaczliwa… jeżeli masz te bronie…

Odezwała się Mademoiselle ze specyficzną pewnością siebie.

— Ona już jest martwa, Khouri. I musiałabyś teraz strzelać pod takim kątem, że połowa tych broni zostałaby wyłączona, by zapobiec uszkodzeniu statku. Tylko mając łut szczęścia, nadpaliłabyś kadłub broni kazamatowej tym, co by ci zostało.

Miała rację: Khouri niemal nie zauważyła, jak całe zestawy potencjalnie dostępnego uzbrojenia zabezpieczyły się, ponieważ teraz żądała od nich, by się kierowały na punkt niebezpiecznie bliski istotnych części statku. Pozostało jedynie lekkie uzbrojenie, niezdolne do wyrządzenia poważniejszych szkód.

Coś jednak ustąpiło, może wyczuwając sytuację.

Nagle broń znalazła się pod kontrolą Khouri, a ograniczona siła rażenia tych systemów działała na jej korzyść. Potrzebowała teraz chirurgicznej precyzji, nie brutalnej siły.

W przerwie, zanim Mademoiselle odzyskała bronie, Khouri pozbyła się starych wzorców celowniczych i wydała rozkazy nastawienia na nowe cele. Przekazała niezwykle dokładne instrukcje. Sunąc na swe pozycje, niezgrabnie, jakby zanurzono je w roztopionym toffi, bronie ustawiły się na wybrane punkty ataku — już nie na broń kazamatową, lecz na coś zupełnie innego…