— Khouri — zaczęła Mademoiselle — naprawdę powinnaś się zastanowić…
Ale Khouri już wypaliła.
Plamy plazmy wyciągnęły się ku broni kazamatowej, trafiając nie w samą broń, ale w komorę pajęczą. Odcięły czysto wszystkie osiem nóg, a potem wszystkie cztery liny chwytakowe. Komora z nogami uciętymi w kolanach odskoczyła od dziurawiącej dzidy napędu.
Broń kazamatowa wdryfowała w promień niczym ćma w żarzącą się lampę.
Potem wszystko następowało w nieludzko krótkich sekwencjach i dopiero w chwilę później Khouri pojęła sens wydarzeń. Fizyczne zewnętrze broni kazamatowej wyparowało w milisekundy, odpływając w obłoku metalicznych oparów. Może to dotknięcie promienia doprowadziło do dalszych zjawisk albo też w momencie zagłady broń już przeprowadzała transformację szywrót na wywrót.
W każdym razie sprawy potoczyły się niezupełnie zgodnie z intencją konstruktorów broni.
Równocześnie — lub może rozdzielone tak krótką chwilą, że nie miało to znaczenia — pozostałość broni kazamatowej pod wypatroszoną skórą wyemitowała wydłużoną erupcję grawitacyjną, beknięcie tnącej czasoprzestrzeni. W bezpośrednim sąsiedztwie broni coś strasznego działo się z materią rzeczywistości. Coś niezaplanowanego. Tęcza ugiętego światła gwiazd migotała wokół grudkowatej masy plazmy-energii. Przez milisekundę tęcza była mniej więcej kulista i stabilna, potem zaczęła się kołysać, oscylując nierównomiernie, jak bańka mydlana tuż przed pęknięciem. Ułamek milisekundy później zawaliła się do wewnątrz i zanikła z eksponencjalnym przyśpieszeniem.
1 nic — nie było nawet szczątków — tylko zwykłe popstrzone gwiazdami kosmiczne tło.
Potem pojawił się błysk światła o barwie przechodzącej w ultrafiolet. Błysk powiększył się i spuchł, rozdął do intensywnie świecącej, złowrogiej sfery. Fala ekspandującej plazmy uderzyła w statek i wstrząsnęła nim tak gwałtownie, że Khouri poczuła uderzenie mimo resorującego zawieszenia kardanowego w centrali. Popłynął strumień danych, informując Khouri — choć nie zależało jej zbytnio na tej wiedzy — że wybuch nie uszkodził poważnie żadnego z systemów kadłuba, a krótkotrwały wzrost promieniowania tła spowodowany błyskiem mieścił się w granicach dopuszczalnych norm. Obrazy grawimetryczne natychmiast wróciły do normy.
Czasoprzestrzeń została przebita na poziomie kwantowym, po czym uwolniła drobniutki błysk energii Plancka. Drobniutki w porównaniu ze zwykłymi wrzącymi energiami obecnymi w czasoprzestrzennej pianie. Jednak gdy te energie wydostały się ze swego normalnego zamknięcia, to nawet ten infinitezymalny błysk był niczym bomba jądrowa wybuchająca tuż obok. Czasoprzestrzeń natychmiast się wyleczyła, zacerowała, nim powstała prawdziwa szkoda. W dowód, że zaszedł tutaj jakiś nieszczęśliwy wypadek, pozostało tylko kilka dodatkowych monopoli magnetycznych, kwantowe dziury o małej masie i inne anomalne lub egzotyczne cząsteczki.
Broń kazamatowa zadziałała fatalnie.
— No, doskonale — powiedziała Mademoiselle tonem, w którym najsilniej brzmiało rozczarowanie. — Mam nadzieję, że jesteś dumna z tego, co zrobiłaś.
Ale uwaga Khouri została obecnie pochłonięta mknącą ku niej przez zbrojprzestrzeń nieobecnością. Próbowała się cofnąć w czasie, ale nie zdążyła. Zerwać połączenie…
Trochę za późno.
TRZYNAŚCIE
— Fotel — powiedziała Volyova po wejściu na mostek.
Fotel obniżył się ku niej gorliwie. Usiadła i odjechała pośpiesznie od amfiteatralnych ścian mostka ku olbrzymiej sferze projekcji holograficznej, zajmującej środek pokoju.
Sfera przedstawiała widok Resurgamu, najbardziej jednak przypominała powiększoną kilkaset razy wysuszoną gałkę oczną zmumifikowanego trupa. Volyova wiedziała jednak, że ten obraz to coś więcej niż dokładny wizerunek Resurgamu wydobyty ze statkowej bazy danych. Wizualizacja odbywała się w czasie rzeczywistym, za pomocą kamer, które nawet w tej chwili patrzyły w dół z kadłuba Światłowca.
Resurgamu nikt nie mógłby nazwać piękną planetą. Poza przybrudzoną bielą czap biegunowych ogólna barwa była szarobura. Na to gdzieniegdzie nakładały się strupy rdzy i kilka bezładnych szaroniebieskich wiórów w pobliżu strefy równikowej. Rozległe oceany nadal spoczywały pod lodem, a cętki otwartej wody z pewnością zostały sztucznie podgrzane, albo przez siatki energii cieplnej, albo dzięki starannie zaprojektowanym procesom metabolicznym. Obłoki tworzyły smużkowate piórka, a nie złożone układy, których można by się spodziewać w rozwiniętym planetarnym systemie pogody. Tu i ówdzie obłoki gęstniały w białą nieprzezroczystą powło — kę, lecz tylko w niewielkich ganglionach w pobliżu osiedli. Tam właśnie pracowały fabryki pary, sublimujące lód polarny w wodę, tlen i wodór. Kilka łat roślinności było na tyle dużych, że dawały się dostrzec bez powiększenia do rozdzielczości kilometrowej. Niewidoczne były także oczywiste dowody obecności ludzkiej — tylko co dziewięćdziesiąt minut, gdy planeta pokazywała swe nocne oblicze, migały światła rzadko rozsianych osiedli. Nawet zastosowanie zoomu nie pozwalało dostrzec osiedli, gdyż — z wyjątkiem stolicy — na ogół zanurzały się pod powierzchnię. Ponad nią wystawało bardzo niewiele: anteny, poletka, lądowiska czy nadęte powietrzem cieplarnie. Ze stolicy…
To właśnie niepokoiło.
— Kiedy otwiera się nasze okno z Triumwirem Sajakim? — spytała, omiatając wzrokiem twarze pozostałych członków załogi, siedzących naprzeciw niej w fotelach ustawionych swobodnie pod popielatym światłem przedstawianej planety.
— Za pięć minut — odparł Hegazi. — Pięć minut męki i kochany Sajaki podzieli się z nami smakowitymi informacjami na temat naszych nowych przyjaciół kolonistów. Jesteś pewna, że zniesiesz mękę oczekiwania?
— Może byś wysunął jakąś hipotezę, svinoi?
— Nie będą dla nas stanowić wielkiego problemu, prawda? — Hegazi uśmiechał się albo przynajmniej bardzo się starał przybrać zbliżony do uśmiechu wyraz twarzy; niezłe osiągnięcie, zważywszy na liczbę chimerycznych akcesoriów inkrustujących mu twarz. — Dziwne, gdybym cię tak dobrze nie znał, powiedziałbym, że nie jesteś tym wszystkim zafascynowana.
— Jeśli nie znalazł Sylveste’a…
Hegazi uniósł dłoń w ciężkiej rękawicy.
— Sajaki nie złożył jeszcze swego sprawozdania. Nie ma co wymachiwać strzelbą…
— Więc jesteś pewien, że go znalazł?
— Nie, tego nie powiedziałem.
— Jeżeli czegoś nie znoszę — oznajmiła Volyova, patrząc zimno na Triumwira — to bezmyślnego optymizmu.
— Och, uszy do góry. Bywają większe nieszczęścia.
Tak, musiała mu przyznać rację. Ale czemu z irytującą regularnością przytrafiały się właśnie jej? Zadziwiającą cechą niepowodzeń, które nawiedziły ją ostatnio, była ich zdolność do eskalacji po każdym uderzeniu pecha. Teraz z nostalgią wspominała sytuacje zaledwie irytujące, związane z Nagornym, gdy najpoważniejszy problem, z którym musiała sobie radzić, polegał na tym, że ktoś chce ją zabić. Bez entuzjazmu zastanawiała się, czy nie nadejdzie wkrótce dzień, kiedy z tęsknotą wspomni obecny okres.
Kłopoty z Nagornym pojawiły się jako pierwsze. Teraz widziała to wyraźnie; wtedy uważała całą rzecz za osobny incydent, ale w istocie była to zapowiedź czegoś znacznie gorszego w przyszłości, podobnie jak szmery w sercu zapowiadają zawał. Zabiła Nagornego, ale nie pomogło to w poznaniu przyczyn, które doprowadziły go do szaleństwa. Potem zwerbowała Khouri i problemy nie tyle się powtórzyły, co powróciły w znacznie większej skali, jak motyw ponurej symfonii. Khouri nie wyglądała na szaloną… jeszcze. Ale stała się katalizatorem gorszego, mniej określonego szaleństwa. W jej głowie hulały burze — z tak gwałtownymi Volyova nigdy się nie spotkała. A potem ten incydent z bronią kazamatową, przez który Volyova omal nie zginęła; mógł nawet zabić ich wszystkich i sporo ludzi na Resurgamie.