— Ilia? — odezwał się Hegazi. — Jesteśmy już prawie gotowi. Zaraz na nocnej stronie pojawi się stolica.
Kiwnęła głową. Pstrzące kadłub statku powiększające kamery zaraz skierują się na dokładnie określony teren siedemdziesiąt kilometrów za granicami miasta, skupiając się na miejscu zidentyfikowanym i uzgodnionym przed odlotem Sajakiego. Jeśli nie przydarzyło mu się jakieś nieszczęście, powinien tam teraz czekać, stojąc na szczycie nieosłoniętego płaskowyżu i spoglądając precyzyjnie w kierunku wschodzącego słońca. Niezwykle istotne było zachowanie dokładnego terminu, ale Volyova nie wątpiła, że Sajaki, będzie tam, gdzie być powinien.
— Mam go — oznajmił Hegazi. — Stabilizatory obrazu dostrajają się.
— Pokaż.
Przy stolicy w globusie otwarło się okno. Puchło gwałtownie. Z początku obraz w oknie był niejasny — zamazana plama mogła przedstawiać człowieka na skale. Ale obraz szybko się wyostrzał; postać stała się rozpoznawalna. Sajaki. Zamiast pękatej zbroi adaptacyjnej, w której ostatnio widziała go Volyova, miał na sobie długi popielaty płaszcz, którego poły łopotały wokół długich butów; zatem na szczycie płaskowyżu wiał łagodny wiatr. Kołnierz płaszcza podniesiony był na uszy, ale twarzy nic nie zasłaniało.
Twarzy nie całkiem Sajakiego. Przed opuszczeniem statku Sajaki subtelnie przemodelował swe rysy zgodnie z uśrednionym ideałem, otrzymanym z profili genetycznych oryginalnych członków ekspedycji z Yellowstone na Resurgam. Profile te z kolei uwzględniały chińsko-francuskie geny osadników na Yellowstone. Gdyby Sajaki przespacerował się w południe po ulicach stolicy, sprowokowałby co najwyżej czyjeś ciekawe spojrzenie. Nic nie zdradzało w nim przybysza, nawet akcent. Oprogramowanie lingwistyczne zanalizowało kilkanaście stonerskich dialektów należących do członków wyprawy i za pomocą złożonych modeli leksykostatystycznych stworzyło nowy planetarny dialekt dla całego Resurgamu. Wygląd, podawana biografia i sposób mówienia Sajakiego świadczyły o tym, że jest przybyszem z jakiegoś oddalonego osiedla na planecie, a nie gościem spoza układu.
Tak się przynajmniej przedstawiał cały pomysł.
Sajaki nie miał ze sobą żadnych urządzeń technicznych, które mogłyby go zdradzić, z wyjątkiem podskórnych implantów. Konwencjonalny system komunikacji między powierzchnią planety a orbitą byłoby zbyt łatwo wykryć i bardzo trudno wyjaśnić, gdyby Sajakiego z jakichś powodów zatrzymano. Teraz jednak mówił, wielokrotnie powtarzając zdanie, a statkowe czujniki podczerwieni badały przepływ krwi w obszarze jego ust i na tej podstawie budowały model ruchów mięśni i szczęk. Zestawiając te ruchy z danymi w obszernym archiwum już zapisanych rozmów, statek zgadywał, jakie słowa wypowiadał mówiący. Skomplikowana technika, ale Volyova nie dostrzegała opóźnienia między ruchem ust Sajakiego a symulowanym głosem, który słyszała niezwykle czysto i wyraźnie.
— Zakładam, że mnie teraz słyszycie — oznajmił Sajaki. — Dla porządku nadmieniam, że to moje pierwsze sprawozdanie po wylądowaniu na powierzchni Resurgamu. Wybaczcie, jeśli chwilami będę odchodził od tematu lub wyrażał się nieelegancko. Nie zapisałem wcześniej tego raportu, nie chciałem ryzykować, że przy opuszczaniu stolicy pojmają mnie wraz z notatkami. Sprawy mają się tu nie tak, jak oczekiwaliśmy.
To prawda, pomyślała Volyova. Przynajmniej część kolonistów wie, że na Resurgam przybył statek. Po kryjomu odbili od niego promień radaru. Ale nie próbowali skontaktować się z „Nieskończonością”, statek też nie próbował się skontaktować z nikim na powierzchni. To martwiło Volyovą w takim samym stopniu jak istnienie źródła neutrino. Świadczyło o paranoi i ukrytych zamiarach — nie tylko z jej strony. Sajaki mówił dalej:
— Mam wiele do powiedzenia na temat kolonii, a to okno jest krótkie. Zacznę od wiadomości najważniejszej: zlokalizowaliśmy Sylveste’a. Teraz tylko musimy go wziąć pod naszą kuratelę.
Sluka siedziała naprzeciw Sylveste’a przy czarnym długim stole i popijała kawę. Wczesne słońce Resurgamu, przesączające się do pokoju przez wpółotwarte żaluzje, rysowało na jej skórze ogniste kontury.
— Potrzebna mi twoja opinia na pewien temat.
— Goście?
— Co za przenikliwość. — Nalała mu kawy, dłonią wskazała fotel. Sylveste zapadł się w siedzenie, jego głowa znalazła się niżej od głowy kobiety. — Doktorze Sylveste, zaspokój moją ciekawość i opowiedz mi, co słyszałeś.
— Nie słyszałem nic.
— Więc nie zajmie ci to wiele czasu.
Uśmiechnął się przez mgiełkę zmęczenia. Po raz wtóry tego dnia strażnicy obudzili go i półprzytomnego i zdezorientowanego wywlekli z pokoju. Nadal miał wrażenie, że otacza go zapach Pascale; zastanawiał się, czy żona śpi w swej celi, gdzieś po drugiej stronie Mantell. Odczuwał dotkliwą samotność, ale uczucie to łagodziła wieść, że żona żyje i nic jej nie jest. Mówiono mu o tym poprzednio, ale nie dowierzał ludziom Sluki. Jaki pożytek mieli z Pascale członkowie Słusznej Drogi? Jeszcze mniejszy niż z niego, a przecież zorientował się, że Sluka rozważa, czy warto trzymać go przy życiu.
Teraz jednak sprawy zaczęły się wyraźnie zmieniać. Pozwolono mu odwiedzić Pascale i chyba nie po raz ostatni. Czy to wyraz ludzkich uczuć Sluki, czy czegoś zupełnie innego? Może któreś z nich wkrótce będzie jej potrzebne i Gillian właśnie usiłuje zdobyć ich przychylność?
Sylveste łapczywie łykał kawę, zmywając resztki zmęczenia.
— Słyszałem jedynie, że ktoś może nas odwiedzić. Wyciągnąłem z tego własne wnioski.
— Którymi, jak mniemam, zechcesz się ze mną podzielić.
— Może przez chwilę pomówimy o Pascale?
Zerkała na niego znad filiżanki, a potem kiwnęła głową z wdziękiem nakręcanej marionetki.
— Proponujesz wymianę wiedzy w zamian za… właściwie za co? Za poluzowanie reżimu, w jakim was trzymamy?
— Nie byłoby to z waszej strony nierozsądne.
— Zależy od tego, co warte są twe domysły.
— Domysły?
— Na temat tożsamości przybyszy. — Sluka zerknęła ku podzielonemu na paski wschodzącemu słońcu, mrużąc oczy w rubinowym blasku. — Cenię sobie twój punkt widzenia, choć Bóg raczy wiedzieć dlaczego.
— Najpierw będziesz mi musiała powiedzieć, co wiesz.
— Dojdziemy do’,tego. — Sluka uśmiechnęła się, przygryzając wargi. — Przyznam, że twoja pozycja przetargowa jest raczej kiepska.
— Dlaczego?
— Kim są ci ludzie, jeśli nie załogą Remillioda?
Ta uwaga oznaczała, że ich rozmowa z Pascale — i prawdopodobnie wszystko, co działo się między nimi — była monitorowana. Nie przejął się tym aż tak bardzo. Oczywiście cały czas podejrzewał, że są podglądani, ale wolał to zignorować.
— Bardzo dobrze, Sluka. Kazałaś Falkenderowi, by wspomniał o gościach, prawda? To dość sprytne.
— Falkender wykonywał tylko swą pracę. Więc kim oni są? Remilliod miał już doświadczenie w handlu z Resurgamem. Czy byłoby z jego strony rozsądnie powrócić tu ponownie?
— O wiele za wcześnie. Zaledwie wystarczyłoby mu czasu na dotarcie do innego układu, nie mówiąc już o miejscu, gdzie dałoby się czymś zahandlować. — Sylveste uwolnił się z objęć fotela i podszedł do poszatkowanego okna. Przez żaluzje obserwował północne strony płaskowyży. Promieniowały zimnym oranżem, niczym ustawione w stosie książki, które za chwile wybuchną płomieniami. Zauważył teraz, że niebo ma odcień błękiny, już nie purpurowy. Zjawisko wynikało chyba z tego, że wiatrom zabrano megatony kurzu i zastąpiono je parą wodną. A może to jakaś sztuczka kalekiego postrzegania barw?