Выбрать главу

— Remilliod nigdy nie powróciłby tak szybko. — Sylveste palcami dotykał szyby. — To bardzo przebiegły handlarz. Nieliczni go przewyższają.

— Wobec tego, kto to?

— Niepokoją mnie właśnie ci nieliczni.

Sluka wezwała asystenta, by zabrał kawę. Gdy stół został uprzątnięty, zaprosiła Sylveste’a, by usiadł znowu. Potem poleciła stołowi wydrukować dokument. Podała go Sylveste’owi.

— Informacja, którą za chwilę zobaczysz, dotarła do nas trzy tygodnie temu od naszego kontaktu w stacji obserwacji wybuchów słonecznych we Wschodnim Nekhebecie.

Sylveste skinął głową. Wiedział, o co chodzi. Sam nalegał na utworzenie stacji obserwacji wybuchów słonecznych — małych obserwatoriów rozrzuconych wokół Resurgamu, monitorujących gwiazdę na wypadek pojawienia się anomalnych emisji.

Czytanie dokumentu przypominało odcyfrowywanie pisma Amarantinów: pełznął po wyrazie od litery do litery, aż w mózgu odtworzył jego sens. Cal wiedział, że znaczna część procesu czytania sprowadza się do mechaniki — do fizjologii ruchu oka wzdłuż linii. Wbudował w oczy Sylveste’a programy realizujące taką funkcję, ale odtworzenie ich wszystkich przekraczało zdolności Falkendera.

A jednak Sylveste zrozumiał istotę dokumentu.

Stacja monitorowania wybuchów we Wschodnim Nekhebecie zarejestrowała impuls energii jaśniejszy od wcześniej zaobserwowanych. Krótko mówiąc, istniało niebezpieczeństwo, że na Delcie Pawia za chwilę powtórzy się wybuch, który unicestwił Amarantinów: ogromny wyrzut masy z korony, znany jako Wydarzenie. Jednak dokładniejsze badania wykazały, że emisja nie pochodzi z gwiazdy, lecz z czegoś, co znajduje się kilka godzin świetlnych poza nią, na skraju układu.

Analiza wzorca widmowego błysku promieni gamma ujawniła, że emisję cechuje małe, lecz dające się zmierzyć przesunięcie Dopplera — kilka procent szybkości światła. Wniosek sam się nasuwał: błysk pochodził ze statku w końcowej fazie hamowania z szybkości podróży międzygwiezdnych.

— Coś się wydarzyło — powiedział Sylveste, ze spokojną neutralnością obserwując wiadomość o statkowej katastrofie. — Awaria napędu.

— Też tak sądziliśmy. — Sluka postukała w kartkę paznokciem. — Kilka dni później wiedzieliśmy, że to nie ten przypadek. Ta rzecz nadal tam była — niewyraźna, lecz niewątpliwa.

— Statek przetrwał wybuch?

— Nie wiemy, czy to wybuch. Wtedy już zaobserwowaliśmy przesunięcie ku niebieskiemu z płomienia napędu. Hamowanie przebiegało normalnie, jak gdyby nigdy nie doszło do eksplozji.

— Chyba masz jakąś teorię.

— Połowę teorii. Sądzimy, że emisja pochodziła z broni. Nie mamy pojęcia, jakiego typu. Ale nic innego nie mogłoby wyzwolić takiej energii.

— Z broni? — Sylveste usiłował mówić absolutnie spokojnie, tonem głosu zdradzał jedynie naturalną ciekawość, oczyścił go z odcieni tego, co naprawdę odczuwał — głównie z różnych odmian przerażenia.

— To dziwne, nie sądzisz?

Sylveste pochylił się, na plecach czuł wilgotny chłód.

— Ci nieznani goście… przypuszczam, że rozumieją tutejszą sytuację.

— Obraz polityczny? To mało prawdopodobne.

— Ale próbowali skontaktować się z Cuvier.

— To właśnie ta dziwna sprawa. Nie ma od nich nic. Ani pisnęli.

— Kto o tym wszystkim wie?

Słowa były teraz prawie niesłyszalne, nawet dla niego samego, jakby przydeptano mu tchawicę.

— W całej kolonii około dwudziestu osób. Ludzie mający dostęp do obserwatoriów, kilkanaście osób tutaj, kilkoro w Resurgam City — Cuvier.

— To nie Remilliod.

Sluka opuściła papier — stół wchłonął go i strawił poufną zawartość.

— Więc masz jakieś sugestie, kto to może być?

Sylveste zastanawiał się, czy w jego śmiechu słychać histerię.

— Jeśli się nie mylę — a mylę się raczej rzadko — to nie jest zła wiadomość wyłącznie dla mnie. To zla wiadomość dla nas wszystkich.

— Mów dalej.

— Długa historia.

Wzruszyła ramionami.

— Nigdzie mi się nie śpieszy. Tobie też nie.

— Jak na razie.

— Co takiego?

— Po prostu takie osobiste podejrzenie.

— Sylveste, skończ te gierki.

Skinął głową. Wiedział, że ukrywanie czegokolwiek nie ma sensu. Swoimi obawami podzielił się już z Pascale; dla Sluki będzie to tylko wypełnianie luk, tego, co nie było dla niej oczywiste, gdy ich podsłuchiwała. Sluka i tak znajdzie sposób, by dowiedzieć się wszystkiego. Od niego lub — co gorsza — od Pascale.

— Zaczyna się dawno temu — zaczął. — Szmat czasu. W okresie, gdy dopiero co wróciłem na Yellowstone od Całunników. Przypominasz sobie, że właśnie wtedy zniknąłem?

— Zawsze zaprzeczałeś, że coś się wtedy wydarzyło.

— Porwali mnie Ultrasi — wyjaśnił Sylveste, nie czekając na jej reakcję. — Wzięli mnie na pokład Światłowca na orbicie wokół Yellowstone. Ktoś z załogi miał obrażenia i chcieli, bym… „dokonał naprawy”.

— Naprawy?

— Kapitan był ekstremalnym chimerykiem.

Sluka zadrżała. Jak większości kolonistów, tak i jej doświadczenia z radykalnie zmienionymi członkami marginalnych odłamów społeczności Ultrasów sprowadzały się głównie do przerażających holodram.

— To nie byli zwykli Ultrasi — powiedział Sylveste. Postanowił zagrać na fobiach Sluki. — Przebywali w kosmosie zbyt długo, zbyt długo z dala od tego, co zwykliśmy uważać za normalną ludzką egzystencję. Byli izolowani, nawet jeśli uwzględnić zwykłe ultrasowskie normy — paranoidalni, militarystyczni.

— Ale mimo…

— Wiem, co myślisz. Że nawet jeśli tworzyli jakąś egzotyczną, pochodną kulturę, to w jakim stopniu mogli być źli? — Sylveste ułożył wargi w pogardliwy uśmiech i potrząsnął głową. — Tak początkowo myślałem. Potem dowiedziałem się o nich więcej.

— Na przykład czego?

— Wspominałaś o broni? Mieli i mają bronie, i gdyby tylko zechcieli, łatwo mogliby rozwalić tę planetę.

— Ale nie użyliby ich bez przyczyny?

Sylveste uśmiechnął się.

— Dowiemy się o tym, kiedy dolecą do Resurgamu.

— Tak… — Sluka powiedziała to ponurym głosem. — W zasadzie już tu są. Eksplozja nastąpiła trzy tygodnie temu… ale wtedy nie zdawaliśmy sobie sprawy z jej znaczenia. Tymczasem statek wyhamował i zajął pozycję na orbicie wokół Resurgamu.

Dobrą chwilę Sylveste nie mógł uspokoić oddechu. Zastanawiał się, czy Sluka rozmyślnie tak dawkuje rewelacje. Czy naprawdę zapomniała powiedzieć o tym szczególe, czy też specjalnie zachowała go na koniec, odsłaniając fakty w taki sposób, by czuł się stale zdezorientowany?

W takim razie wspaniale jej się to udało.

— Chwileczkę — powiedział. — Przed chwilą oświadczyłaś, że niewielu ludzi o tym wie. Ale jak można przeoczyć Światłowiec orbitujący wokół planety?

— Łatwiej niż ci się wydaje. Ich statek jest najciemniejszym obiektem w układzie. Oczywiście musi promieniować podczerwień, ale chyba potrafi dostroić emisję do częstotliwości naszej pary w atmosferze. Tych częstotliwości, które nie dochodzą do powierzchni planety. Gdybyśmy przez ostatnie dwadzieścia lat nie wprowadzili do atmosfery tyle wody… — Smętnie potrząsnęła głową. — Nieważne. Obecnie nikt nie poświęca niebu zbyt wielkiej uwagi. Mogliby przybyć obwieszeni świecącymi neonami i nikt by nic nie zauważył.