Khouri rzeczywiście znała skafandry. Na Skraju Nieba były rzadkością, importowanym dobrem, kupowanym od ultraskich kupców, zatrzymujących się wokół targanej wojną planety. Nikt na Skraju nie posiadał kwalifikacji, by skopiować tę konstrukcję, co oznaczało, że skafandry kupione przez jej stronę konfliktu były bajecznie cenne, niczym potężne totemy, rozdzielane przez bogów.
Skafander zeskanował ją, ocenił wymiary, a potem dostroił własne wnętrze, by dokładnie pasowało do jej ciała. Khouri postąpiła naprzód i pozwoliła się otoczyć, tłumiąc lekkie uczucie klaustrofobii. Po kilku sekundach skafander zamknął się szczelnie i wypełnił żelopowietrzem, umożliwiając manewry, które bez żelu zmiażdżyłyby człowieka w środku. Persona skafandra wypytywała Khouri o drobne szczegóły, które Khouri chciałaby zmienić — pozwalała zindywidualizować zestaw broni i dostroić programy autonomiczne. Oczywiście w komorze dwa zostaną użyte jedynie bronie najlżejsze. Scenariusze walki miały się składać z prawdziwego, fizycznego działania i symulowanego użycia broni — wszystkie te elementy były gładko ze sobą splecione i należało je traktować z najwyższą powagą. Również trzeba było uwzględnić to, że skafander oferował nieograniczony wybór sposobów pozbycia się przeciwnika, który miał nieszczęście wkroczyć w sferę oddziaływania skafandra.
Prócz Khouri była ich tu trójka, ale Khouri nie brano poważnie pod uwagę jako uczestnika operacji na powierzchni planety. Volyova dowodziła. Urodzona w kosmosie — tak przynajmniej opowiadała Khouri — wielokrotnie jednak odwiedzała planety i nabyła właściwych, niemal instynktownych odruchów, zwiększających jej szansę podczas planetarnych wycieczek. Niepoślednim z tych odruchów był respekt dla planetarnej grawitacji. Podobnie Sudjic: urodziła się w habitacie, a może na Światłowcu, ale odwiedziła sporo światów i potrafiła odpowiednio się ruszać. Cienka niczym ostrze noża, sprawiała wrażenie, że wystarczy jeden krok na większej planecie, a połamie sobie wszystkie kości. Jednak Khouri nie dała się ani przez chwilę zwieść temu wrażeniu. Sudjic przypominała budowlę zaprojektowaną przez wytrawnego architekta, który znał dokładne naprężenia, znoszone przez każdy przegub i rozpórkę, a estetyczną dumę czerpał z tego, że nie przyjmował dodatkowych zapasów tolerancji. Kjarval natomiast bardzo się od tamtej różniła. Odmiennie od przyjaciółki, nie wykazywała ekstremalnych cech chimerycznych, wszystkie członki miała własne. Nie przypominała jednak żadnych znanych Khouri istot ludzkich: twarz — opływowa, jakby zoptymizowana do niesprecyzowanego ciekłego środowiska; oczy — kocie posiatkowane czerwone kule bez źrenic; nozdrza i uszy — podłużne, wąskie otwory; usta — szczelina na stałe ułożona w wyraz łagodnej egzaltacji — ledwo poruszały się podczas mówienia. Kjarval nie nosiła ubrań, nawet w chłodzie magazynu skafandrów, ale nie sprawiała wrażenia nagiej. Wyglądała raczej jak naga kobieta, którą zanurzono w jakiś niesłychanie giętki, szybkoschnący polimer. Innymi słowy prawdziwa Ultraska, niewiadomego i prawie na pewno niedarwinowskiego pochodzenia. Khouri słyszała o uzyska — nych drogą inżynierii biologicznej ludzkich podgatunkach, wyhodowanych pod lodem na światach w rodzaju Europy lub o rusałkowcach zaadaptowanych do życia w kompletnie zalanych statkach kosmicznych. Sula wydawała się żyjącą dziwaczną hybrydą, wcieleniem tych mitów. Z drugiej strony mogła być czymś absolutnie innym. Może z kaprysu poddała swoje ciało tym transformacjom. Może służyły tylko maskowaniu zupełnie innej tożsamości. W każdym razie znała różne światy i tylko to miało w tej chwili znaczenie.
Sajaki również znał światy. Przebywał teraz na Resurgamie, ale jego rola w przechwyceniu Sylveste’a — jeśli takowe kiedyś nastąpi — pozostawała niejasna. Khouri niewiele wiedziała o Triumwirze Hegazim, jednak z przelotnych uwag zoriento — wała się, że nigdy nie postawił nogi na obiekcie, który nie został sztucznie wytworzony. Nic dziwnego, że Sajaki i Volyova oddelegowali Triumwira Hegaziego do zadań teoretycznych. Nie pozwolono by mu na podróż na powierzchnię Resurgamu — sam zresztą się o to nie dopominał.
Nie można było natomiast kwestionować doświadczeń Khouri. Urodziła się i wychowała na planecie i widziała działania na jednej z nich. Podczas wojny na Skraju Nieba znalazła się w sytuacjach, jakich prawdopodobnie nie doświadczył żaden inny załogant. Ich wycieczki, zaledwie wyprawy na zakupy, misje handlowe lub zwykła turystyka, zejście na dół, by napawać się skompresowanym życiem efemerydów. Khouri bywała niekiedy w sytuacjach, z których ledwo uchodziła z życiem, a jednak jako kompetentny żołnierz i szczęściara przeszła przez to wszystko w zasadzie bez szkody.
Nikt na statku tego nie podważał.
— Nie chodzi o to, że nie chcemy, byś szła z nami — stwierdziła Volyova wkrótce po incydencie z bronią kazamatową. — Z pewnością poradziłabyś sobie ze skafandrem równie dobrze jak każdy z nas. I prawdopodobnie zachowałabyś zimną krew pod ostrzałem.
— W takim razie…
— Ale nie mogę sobie pozwolić na ponowną stratę oficera. — Dyskusję prowadziły w pokoju pajęczym, a mimo to Volyova ściszyła głos. — Na powierzchni Resurgamu potrzeba tylko trojga ludzi, a to oznacza, że nie musimy cię wykorzystywać. Ja, Sudjic i Kjarval potrafimy obchodzić się ze skafandrem. Już zaczęłyśmy treningi.
— Więc przynajmniej pozwól mi do was dołączyć.
Volyova uniosła ramię, najwidoczniej chcąc zbyć tę propozycję. Zaraz jednak ustąpiła.
— Dobrze, Khouri. Trenujesz z nami. Ale to nic nie znaczy, rozumiesz?
Och, tak, rozumiała. Stosunki z Volyovą układały się teraz inaczej, po tym jak skłamała Volyovej, że jest infiltratorką pracującą dla innej załogi. Mademoiselle już dawno przygotowała ją do tej pogawędki i chyba opowieść się udała; udał się również przebiegły chwyt, by Volyova sama mogła wydedukować, że chodzi o „Galateę”, i miała z tego powodu cichą satysfakcję. Taka drobna podpucha. Volyova uwierzyła także w opowieść, że Złodziej Słońca jest zaprojektowanym przez człowieka oprogramowaniem szpiegowskim. Na razie zaspokajało to chyba jej ciekawość. Teraz były prawie równe sobie, obie miały coś do ukrycia przed resztą załogi, choć informacje Volyovej na temat Khouri zupełnie nie odpowiadały prawdzie.
— Rozumiem — stwierdziła Khouri.
— A jednak szkoda — Volyova uśmiechnęła się. — Mam wrażenie, że zawsze chciałaś spotkać Sylveste’a. Nadarzy się okazja, kiedy sprowadzimy go na pokład…
Khouri również się uśmiechnęła.
— Więc musi mi to wystarczyć, prawda?
Komora dwa była pustym pomieszczeniem, bliźniakiem kazamaty.
Odmiennie od komory kazamaty, ta była szczelna — panowało w niej ciśnienie jednej atmosfery standardowej. Nie była to jedynie ekstrawagancja — na Swiatłowcu komora tworzyła największą pojedynczą kieszeń powietrza nadającego się do oddychania i dlatego wykorzystywano ją jako zbiornik powietrza do zaopatrywania wypełnionych zwykle próżnią obszarów statku, kiedy musieli do nich wejść ludzie.
Zazwyczaj napęd dostarczał złudnej standardowej grawitacji, której siły działały wzdłuż długiej osi statku, pokrywającej się z osią mniej więcej cylindrycznej komory. Teraz napęd wygaszono — statek krążył po orbicie wokół Resurgamu — złudzenie grawitacji pochodziło z obrotów całej komory. Zatem kierunek sił grawitacji tworzył kąt prosty z długą osią, a zwrot skierowany był od środka komory. Blisko środka grawitacja prawie nie występowała — umieszczony tam przedmiot mógł unosić się przez minuty, nim odepchnęło go jakieś małe początkowe odchylenie. Potem rosnące ciśnienie wiatrów z krążącego również powietrza ściągało przedmiot szybciej i niżej. Nic jednak w komorze nie „spadało” po liniach prostych, przynajmniej z punktu widzenia obserwatora stojącego na wirującej ścianie.