— Ile razy widziałaś z bliska działania wojenne, Sudjic?
Kjarval, która do tej pory prawie się nie odzywała, wtrąciła się do rozmowy.
— Wszystkie brałyśmy udział w akcjach bezpośrednich, Khouri.
— Taaa? A doszłyście tak blisko do wroga, by słyszeć, jak wrzaskiem błaga o litość?
— Chciałam powiedzieć, że… cholera. — Kjarval właśnie została trafiona. Jej skafander przez chwilę trzepotał, przechodząc serię niewłaściwych trybów kamuflażu: kosmiczna czerń, śnieżna biel, bujne tropikalne listowie, co stwarzało wrażenie, że Kjarval jest drzwiami, prowadzącymi z komory prosto w serce dalekiej planetarnej dżungli.
Skafander zadygotał, po czym odzyskał wreszcie swój połysk.
— Niepokoją mnie tamte skafandry.
— Właśnie po to są. By cię denerwować i ogłupiać.
— Potrzebna nam pomoc, by nas ogłupić? To nowinka.
— Milcz, Khouri. Skoncentruj się na tej cholernej wojnie.
To akurat nie sprawiało jej trudności.
Mniej więcej jedna trzecia atakujących wilczysk została zestrzelona, a z ciągle otwartych drzwi w końcu komory nie wynurzały się posiłki. Inne skafandry — trzy, jak zauważyła Khouri — nie robiły dotychczas nic, jedynie krążyły w pobliżu otworu, ale teraz powoli opadły ku podłodze, wprowadzając korekty ruchu za pomocą cienkich jak igła wybuchów z pięt. Kiedy to robiły, również przybrały kolor i teksturę odpowiadające ostrzelanej podłodze. Nie można było określić, czy wewnątrz nich ktoś jest.
— Te skafandry to część scenariusza. Coś się za tym kryje.
— Powiedziałam: zamknij się, Khouri.
Khouri jednak ciągnęła dalej.
— Wypełniamy zadanie, prawda? Przynajmniej tyle musimy założyć. Musimy określić jakąś strukturę tego całego draństwa, nawet jeśli nie wiemy, kim, do diabła, jest nieprzyjaciel.
— Dobry pomysł — zauważyła Sudjic. — Wyznaczmy termin narady.
Obecnie wilczyska i ich strzelające skafandry używały promieni cząsteczkowych. Lasery mogły być prawdziwe, ale raczej na pewno każda silniejsza broń będzie jedynie symulowana. Przecież wypalenie dziury w ścianie komory i wypuszczenie całego powietrza w kosmos nie wróżyłoby nic dobrego.
— Załóżmy, że wiemy, kim jesteśmy i dlaczego się tutaj znalazłyśmy. I nieważne, gdzie jest akurat to „tutaj”. Następne pytanie: czy znamy tych sukinsynów w pozostałych trzech skafandrach?
— To dla mnie zbyt filozoficzne — odparła Kjarval, odsuwając się susami w bok, by przyciągnąć ogień.
— Jeśli prowadzimy tę rozmowę — ciągnęła Khouri uparcie, zagadując Sudjic — to musimy założyć, że nie wiemy, kim są tamci i że to w ogóle wrogowie. Zatem musimy zastrzelić te śmiecie, nim zrobią nam to, co zamierzają.
— Wszystko możesz strasznie spieprzyć, Khouri.
— No cóż, jak łaskawie zauważyłaś, mnie nie wyznaczono do zejścia na dół.
— Amen.
— Ludzie… — odezwała się Kjarval, która zauważyła coś, co do Sudjic i Khouri dotarło dopiero w następnej chwili. — Nie podoba mi się to.
Zobaczyła mianowicie, że nadgarstki trzech wrogich skafandrów ulegają transformacji: wysuwają się z nich bronie, jeszcze nie uformowane. Proces był denerwująco szybki, jakby ktoś nadmuchiwał balonik przybierający kształt zwierzęcia.
— Zastrzelmy drani — powiedziała Khouri głosem tak spokojnym, że aż dla niej samej przerażającym. — Pełna koncentracja ognia na lewym skafandrze. Przejść do trybu minimalnego impulsu PL-PP, rozproszenie stożkowe z poziomym omiataniem krzyżowym.
— Od kiedy wydajesz…
— Sudjic, do cholery, wykonaj!
Ale ona już strzelała, Kjarval również. Stały teraz we trzy w odstępach dziesięciometrowych, kierując ogień swych skafandrów na wroga. Przyśpieszone impulsy antymaterii były symulowane… oczywiście. Przy prawdziwych z komory niewiele by pozostało.
Nastąpił błysk tak jasny, że Khouri poczuła, jak wpycha w jej oczy szponiaste palce; błysk zbyt intensywny jak na symulację… wstrząs zbyt wielki. Odgłos wybuchu uderzył z siłą, która w porównaniu ze światłem wydawała się niemal łagodna, lecz uderzenie odrzuciło Khouri w tył na pstrą ścianę komory. Zderzenie odczuła jak upadek na materac w pokoju eleganckiego hotelu. Na chwilę jej skafander się wyłączył. Gdy wzrok jej się przejaśnił, zobaczyła, że displeje albo zgasły, albo wskazania zmieniły się w nieczytelną kaszę. Pozostawały w tym stanie przez kilka bolesnych sekund, potem jąkająco włączył się zapasowy mózg skafandra i zreinstalował, co mógł. Prostszy, lecz przynajmniej zrozumiały displej ożył, informując, co nadal działa, a co zostało zniszczone. Uszkodzono większość głównych broni. Autonomia skafandra spadła o pięćdziesiąt procent, jego tożsamość zbliżała się do maszynowego autyzmu. W trzech przegubach serwomechanizmy wspomagające znacznie straciły moc. Zniknęła zdolność latania — mogły ją dopiero odtworzyć protokoły autoremontowe, a potrzebowały co najmniej dwóch godzin na dostrojenie rozwiązania zastępczego.
Aha… displej biomedyczny pokazywał, że Khouri straciła jedną górną kończynę, odciętą w łokciu.
Z wysiłkiem usiadła i choć instynkt kazał jej zająć się swym bezpieczeństwem i oceną sytuacji, spojrzała na odstrzeloną rękę: prawe ramię urywało się w miejscu, które wskazał odczyt medyczny, i kończyło się obciętą zmiażdżoną masą przypalonych kości, mięsa i pogiętego metalu. W górze kikuta powietrzny żel musiał błyskawicznie skoagulować, by zapobiec stracie powietrza i krwi, ale był to szczegół, który Khouri musiała przyjąć na wiarę. Oczywiście nic jej nie bolało — to jeszcze jeden aspekt, w którym symulacja była całkowicie realistyczna, gdyż skafander kazałby się wyłączyć ośrodkom bólu.
Ocena, ocena…
W wybuchu zupełnie straciła orientację. Rozejrzała się wokół, lecz przegub szyjny skafandra się zaciął. Nagle zewnętrze wypełniło się dymem. Zwisał w splotach w prądach powietrznych samej komory. Oświetlenie z latających dron odbierało się obecnie jako przerywane szybkie błyski. W komorze widać było dwa skafandry, które doznały rozległych uszkodzeń, świadczących o uderzeniach skombinowanych impulsów PL-PP. Ale skafandry były zbyt stłamszone, by Khouri mogła stwierdzić, czy w środku są lub czy kiedykolwiek były jakieś osoby. Trzeci skafander, mniej uszkodzony i może tylko ogłuszony jak jej własny, spoczywał kilkanaście metrów dalej za wielkim łukiem pokrytej bliznami ściany komory. Wilczyska odeszły lub zostały zniszczone — trudno określić, co dokładnie się z nimi stało.
— Sudjic? Kjarval?
Cisza. Nawet jej własny głos nie brzmiał właściwie. Brak odpowiedzi. Zobaczyła teraz, że komunikacja międzyskafandrowa działa wadliwie — do tej pory Khouri nie zwróciła uwagi na ten szczegół wykazu uszkodzeń. Źle, Khouri, bardzo źle.
Teraz nie miała pojęcia, kto jest wrogiem.
Zniszczone ramię skafandra momentalnie się naprawiało, spalone części odpadły na ziemię, a zewnętrzna skóra napełzała, aby opakować kikut. Widok ten budził lekki wstręt, choć Khouri już wiele razy przedtem widziała, jak to się dzieje w innych symulowanych scenariuszach na Skraju. Naprawdę strasznie nieprzyjemna była świadomość, że podobne momentalne zaleczenie jej własnych ran nie jest możliwe, że będą musiały czekać, aż zostanie medycznie ewakuowana ze strefy.
Drugi skafander, ten najmniej uszkodzony, robił to samo co ona — podnosił się do pozycji stojącej. Miał pełny zestaw kończyn i wiele sztuk broni nadal sterczało z różnych otworów. Namierzały Khouri jak kilkanaście żmij przygotowujących atak.