— Kto to taki? — zapytała, na chwilę zapominając, że urządzenia komunikacyjne są wyłączone, prawdopodobnie na dobre. Kątem oka dostrzegła jeszcze dwa skafandry, oba z tej samej strony, wynurzające się z zasłon leniwego, ciemnego jak węgiel dymu. Kim byli? Czy to resztki oryginalnej trójki, która zeszła z wilczyskami, czy jej towarzyszki?
Pojedynczy skafander z bronią zbliżał się do niej, bardzo ostrożnie, jakby była bombą, gotową w każdej chwili wybuchnąć. Skafander stanął, nieruchomy, jego powłoka usiłowała przybrać kolor tła — kombinację barw ścian komory i zasłon dymnych, ale z miernym sukcesem. Khouri zastanawiała się, jak sprawuje się jej własny skafander. Czy jej osłona twarzy była nieprzezroczysta, czy przezroczysta? Z wewnątrz nie można było tego określić, a skromny displej o tym nie informował. Gdy ten z bronią zobaczy wewnątrz ludzką twarz, czy skłoni go to do zabijania, czy do wstrzymania ognia? Khouri wycelowała swe własne, nadające się do użytku bronie, ale nie potrafiła stwierdzić, czy kieruje je na wroga, czy na niemą towarzyszkę.
Ruszyła zdrową ręką, wskazując twarz, prosząc osobnika naprzeciw, by swą osłonę twarzy uczynił przezroczystą.
Tamten skafander wypalił.
Khouri została ciśnięta o ścianę, niewidzialny kafar walnął ją w żołądek. Jej skafander wrzasnął, bełkot przewijał się w jej polu widzenia. Zanim uderzyła w ścianę, usłyszała ryk — skompresowany wybuch, gdy odpowiedziała ogniem z własnej działającej broni.
Cholera, myślała Khouri. To rzeczywiście bolało, gdzieś we wnętrznościach, co w jakimś sensie świadczyło o tym, że potyczka nie jest symulacją.
Znowu wstała, kiedy następna salwa atakującego przemknęła obok, a trzecia trafiła ją w udo. Khouri zaczęła wywracać się do tyłu, na skraju pola widzenia dostrzegła swoje ręce machające jak cepy. Z ramionami działo się coś złego. Dokładniej: powinno dziać się coś złego, ale nic się nie działo. Były w ogóle nienaruszone, żadnego śladu, że jedna z nich została odstrzelona.
— O, gówno! — powiedziała. — Co tu się dzieje?
Atak trwał, każda salwa uderzała w Khouri i pchała ją do tyłu.
— Mówi Volyova — usłyszała głos. Wcale nie był zrównoważony. — Słuchajcie mnie uważnie, wszystkie! W scenariuszu coś się zepsuło. Wszystkie przerwijcie ogień…
Khouri znowu rąbnęła w pokład, tym razem z taką siłą, że poczuła uderzenie w plecy mimo poduszki z żelopowietrza. Udo miała uszkodzone, a skafander nie czynił nic, by złagodzić nieprzyjemne wrażenie.
To dzieje się naprawdę, pomyślała.
Broń była teraz prawdziwa, przynajmniej ta, która należała do atakującego ją skafandra.
— Kjarval — powiedziała Volyova. — Kjarval! Musisz przerwać ogień! Zabijasz Khouri!
Ale Kjarval — Khouri zgadła, że to ona ją atakuje — nie słuchała albo nie była zdolna do słuchania. Lub, co bardziej przerażające, nie mogła wstrzymać ataku.
— Kjarval — odezwała się ponownie Triumwir. — Jeśli się nie zatrzymasz, mam zamiar cię rozbroić!
Ale Kjarval się nie zatrzymała. Nadal strzelała. Khouri czuła każde uderzenie niczym bicz, wiła się pod atakiem. Rozpaczliwie usiłowała pełznąć po storturowanych ścianach komory do zacisznego miejsca z tyłu.
I wtedy Volyova zeszła ze środka komory, gdzie niewidzialna przebywała cały czas. Schodząc, strzelała do Kjarval, najpierw najlżejszą bronią, ale coraz silniejszym ogniem. Kjarval wycelowała w górę w kierunku opadającej Triumwir. Wybuch dosięgał Volyovej, zostawił na jej zbroi czarne blizny, odłupywał fragmenty elastycznej powłoki, odcinał bronie, które skafander Volyovej próbował wysunąć i ustawić. Ale Volyova utrzymała przewagę. Skafander Kjarval zaczął tracić formę i użyteczność. Jego bronie wymknęły się spod kontroli, nie tra — fiały w cel, strzelały na chybił trafił po komorze.
W końcu Kjarval osunęła się na ziemię — od chwili, gdy zaczęła strzelać do Khouri, upłynęła najwyżej minuta. W miejscach, gdzie nie zaczerniły go trafienia, skafander przypominał kołdrę o niedopasowanych psychodelicznych kolorach i gwałtownie się zmieniającej hipergeometrycznej teksturze, wypuszczającą na wpół zrealizowane bronie i urządzenia. Ramiona skafandra biły szaleńczo, ich końce zwariowały, wypuszczały i otwierały rozmaite manipulatory i prymitywne kikuty rozmiarów dziecięcych ludzkich dłoni.
Khouri wstała, tłumiąc wrzask bólu, gdy udo zaprotestowało. Skafander zaciskał się wokół niej martwym ciężarem, ale jakoś zdołała pokuśtykać do miejsca, gdzie leżała Kjarval.
Volyova i druga postać w skafandrze — to musiała być Sudjic — już się pochylały nad tym, co pozostało ze skafandra, próbując coś odcyfrować z medycznego displeju diagnostycznego.
— Jest martwa — stwierdziła Volyova.
CZTERNAŚCIE
W dniu, kiedy nowo przybyli ogłosili o swojej obecności, Sylveste’a obudzono dźgnięciem nieubłaganego, białego światła. Uniósł rękę w pokornej prośbie i czekał, aż jego oczy przejdą procedury inicjalizacyjne. Mówienie do niego w tej chwili było niemal bezużyteczne — Sluka najwidoczniej zdawała sobie z tego sprawę. Kiedy tak wiele ich funkcji przepadło, oczom potrzebny był dłuższy niż dawniej czas, by osiągnąć funkcjonalność. Sylveste doświadczał powolnej listy błędów i ostrzeżeń — małych widmowych ukłuć bólu, gdy jego oczy krytycznie badały wadliwe tryby pracy.
Na wpół świadomie wiedział o Pascale, siedzącej przy nim na łóżku, podtrzymującej prześcieradła wokół swych piersi.
— Lepiej się rozbudźcie — powiedziała Sluka. — Obydwoje. Poczekam na zewnątrz, aż się ubierzecie.
Wbili się w ubrania. W korytarzu czekała Sluka z dwoma strażnikami, żaden z nich nie miał widocznej broni. Sylveste z żoną zostali odprowadzeni do ogólnej sali Mantell, gdzie wokół podłużnego ekranu na ścianie zebrała się poranna zmiana Zalewowców Słusznej Drogi. Butelki z kawą i racje śniadaniowe spoczywały nieruszone na stole. Sylveste wywnioskował, że cokolwiek się dzieje, wystarczy, by zagłuszyć normalny apetyt. A ekran niewątpliwie zawierał odpowiedź na pytanie, dlaczego. Z głośnika słyszał jakiś głos, wzmocniony i ostry. W tle odbywało się jednak tyle rozmów, że łapał z opowieści tylko pojedyncze słowa. Pechowo, te pojedyncze słowa, to było głównie jego własne nazwisko, wypowiadane z aż nazbyt wielką częstotliwością przez huczący z ekranu głos.
Przepchnął się do przodu, świadomy, że widzowie okazują mu więcej szacunku, niż ktokolwiek mu okazywał przez kilka ostatnich dziesięcioleci. Ale może to tylko litość okazywana człowiekowi skazanemu?
Pascale dołączyła do jego boku.
— Czy rozpoznajesz tę kobietę? — zapytała.
— Jaką kobietę?
— Na ekranie. Tym przed którym stoisz.
Sylveste widział tylko wydłużony kształt pointylistycznych szarosrebrnych pikseli.
— Moje oczy nie odczytują zbyt dobrze widea — odparł, mówiąc nie tylko do Pascale, ale i do Sluki. — I nie słyszę tego cholerstwa. Może lepiej powiecie mi, co tracę.
Z tłumu wyłonił się Falkender.
— Włączę cię do tego, neuronowo, jeśli sobie życzysz. To zajmie tylko chwilę — obiecał.
Odprowadził Sylveste’a od widzów, ku prywatnej alkowie w rogu sali ogólnej. Pascale i Sluka poszli za nimi. Tam otworzył torbę ze sprzętem i wyjął kilka instrumentów.
— Pewnie powiesz mi zaraz, że to wcale nie będzie bolało — oznajmił Sylveste.
— Ani mi się śni — odparł Falkender. — Mimo wszystko to nie byłaby całkowita prawda. — Potem pstryknął palcami, albo na asystenta, albo na Pascale. Sylveste nie był pewien, a miał zbyt ograniczone pole widzenia, by to rozróżnić. — Dajcie człowiekowi kubas kawy, to go oderwie od myśli o tej procedurze. Kiedy zobaczy ten ekran, myślę, że będzie potrzebował czegoś mocniejszego.